SuperBiz firma Zbigniew Grycan: Fachu uczyłem się od ojca

Zbigniew Grycan: Fachu uczyłem się od ojca

12.03.2012, godz. 02:00
Grycan, lody
foto:

Wywiad ze Zbigniewem Grycanem, właścicielem sieci lodziarnio-kawiarni Grycan

- Slogan reklamowy "Grycan - lody od pokoleń" nawiązuje do wieloletniej tradycji rodzinnej. To kiedy zaczął pan "kręcić te lody"?

- Historia lodów Grycan sięga jeszcze czasów przedwojennych, kiedy to moja rodzina mieszkała w Buczaczu na Kresach Wschodnich. Ojciec i dziadek wytwarzali tam i sprzedawali swoje pierwsze lody. W tamtych czasach lodowe smakołyki były rarytasem. Produkowało się je na wpół ręcznie, a do mrożenia używany był lód z pobliskich rzek i stawów. Nie było wtedy agregatów chłodniczych, a lód przechowywało się aż do jesieni, przekładając trocinami i słomą jego warstwy.

- Z Kresów rodzina Grycanów została po wojnie przesiedlona do Wrocławia.

- Moi rodzice założyli tam, pod szyldem "Miś", swoją pierwszą w powojennej Polsce lodziarnię. Doskonale pamiętam smak tamtych lodów. Oprócz lodów w gałkach w Misiu można było też kupić pierwsze na naszym rynku lody na patyku - Pingwin. Pamiętam, że ojciec miał wtedy 3-4 pary koni, do tego specjalne wozy - platformy na gumowych kołach. Na nich zimą zwożono lód z pobliskich stawów, żeby wystarczyło go na całe lato, kiedy w drewnianych skrzyniach obitych blachą i obłożonych trocinami rozwoziło się lody po całym mieście.

- Kiedy zdecydował się pan kontynuować rodzinną tradycję, zaczął uczyć się fachu od najlepszych mistrzów cukiernictwa.

- Przyjechałem do Warszawy i jako 14-letni chłopak rozpocząłem naukę rzemiosła w Bristolu słynącym wówczas ze swoich wspaniałych deserów. W hotelowej pracowni cukierniczej pracowali w tamtych czasach najlepsi przedwojenni cukiernicy, a szefem i moim guru był Stanisław Kowalski.

- Po praktykach utrzymywał pan kontakt ze swoim mistrzem, który został pańskim teściem.

- Właśnie w pracowni cukierniczej w Bristolu jako 14-letni praktykant po raz pierwszy zobaczyłem dziewczynkę z warkoczykami, córkę mojego szefa, a swoją przyszłą żonę - Elżbietę. Wtedy nie spodziewałem się, że los nas kiedyś połączy. Stało się to trochę później, kiedy mój mistrz zaprosił mnie na oblewanie swego nowego domu w Aninie. Długo rozmawialiśmy, potem zaprosiłem Elżbietę na spacer, a po kilku miesiącach wzięliśmy ślub. I jesteśmy razem już ponad 30 lat.

- Pierwszą własną lodziarnię otworzył pan na Dolnym Śląsku, jednak pod szyldem "Warszawska". Czyżby już wtedy przeczuwał pan, że przeniesie swój biznes do stolicy?

- Od początku wiedziałem, że chcę mieć swoją firmę w Warszawie, ale najpierw musiałem na nią zarobić. Łatwiej było, ze względu na koszty, zacząć działalność na własny rachunek poza stolicą. Pierwsza moja cukiernia powstała 2 lutego 1962 r. w niewielkim miasteczku - Piławie. Szło mi tak dobrze, że postanowiłem zaryzykować i po 4 latach otworzyłem we własnej kamienicy w Brzegu nowoczesny zakład piekarsko-ciastkarski z wytwórnią lodów. Był to w tamtych latach największy zakład tej branży w województwie. Potem była jeszcze firma w Nysie, a na początku lat 70. powróciłem do Warszawy. W 1980 r. kupiłem znaną warszawską lodziarnię Zielona Budka, którą poprowadziłem już wspólnie z żoną Elżbietą.

- Choć Zielona Budka cieszyła się wielką popularnością wśród warszawiaków, to dopiero za pana rządów stała się sławna. Udało się panu stworzyć z niej markę ogólnokrajową.

- W ciągu 21 lat Zielona Budka przekształciła się z niewielkiej lodziarni w duże, ogólnopolskie przedsiębiorstwo, które produkowało lody w kilkunastu smakach i kilkudziesięciu rodzajach. Sprzedawaliśmy je z ponad 30 tys. własnych firmowych zamrażarek rozstawionych w całym kraju. W tym czasie wybudowaliśmy też dwie fabryki lodów, najpierw w Aninie, potem w Mielcu. Nasze lody były wysyłane nawet na Syberię.

- Jednak, mimo sukcesu, zdecydował się pan sprzedać swoje udziały w Zielonej Budce.

- Postanowiłem zwolnić, pojawiły się problemy zdrowotne. Żona jednak nadal prowadziła lodziarnię, ale lody produkowane przez nowego właściciela to już nie były "tamte" lody. Po dwóch latach od sprzedaży Zielonej Budki zachciało się nam znowu dobrych lodów, takich, jakie pamiętaliśmy z żoną z czasów dzieciństwa, jakie kiedyś sami robiliśmy.

- Wtedy już zadomowiły się u nas zagraniczne koncerny. Nie bał się pan konkurować z gigantami?

- W biznesie nie można bać się ryzyka. Zawsze wierzyłem w siebie, swoje doświadczenie, a przede wszystkim w wysoką jakość swojego produktu. Ojciec, który też był cukiernikiem, często powtarzał: jeśli twoje lody będą dobre, klient zawsze wróci. Sekret tkwi w jakości. Nie oszczędzamy na surowcach. Robimy lody według tradycyjnej technologii. Nie stosujemy substytutów ani gotowych półproduktów. Używamy śmietanki kremówki, żółtek jaj, najlepszych bakalii, a owoce obieramy ręcznie.

- Jest pan największym prywatnym producentem lodów w Polsce. Myśli pan o wejściu na giełdę?

- Jesteśmy firmą rodzinną i taką chcemy pozostać. Biznes jest rentowny, nie mam problemów z finansowaniem, nie potrzebuję wsparcia z giełdy.

- Ma pan za to wsparcie ze strony rodziny, bo w prowadzeniu firmy pomagają żona i córki. Nie marzy się panu odpoczynek?

- Całe życie byłem aktywny. Nie myślę jeszcze o emeryturze, choć miałbym komu przekazać stery. Żona pracuje ze mną już 32 lata. Córka Małgorzata skończyła SGH i jest teraz odpowiedzialna w naszej firmie za sieć lodziarni. I naprawdę tym żyje. Magda, jej siostra bliźniaczka, absolwentka romanistyki, jest doktorantką na UW, ale też od czasu do czasu włącza się w rodzinny biznes.

- Cały czas firma dynamicznie się rozwija. Gdzie sprzedaje pan najwięcej swoich smakołyków?

- Mamy już ponad 100 własnych lodziarni-kawiarni. Nasze lody trafiają również do sklepów i centrów handlowych oraz do najlepszych hoteli i delikatesów. Próbujemy podbijać również zagraniczne rynki.

- 2 lutego świętował pan jubileusz 50-lecia działalności. Szykuje pan z tej okazji jakieś niespodzianki dla klientów?

- Mamy już ponad 60 smaków i ciągle wprowadzamy nowe. Teraz pojawi się nowa, limitowana seria "Dla koneserów" w trzech wariantach - lody różane, czekolada z nutką mięty i orzech włoski. A latem kolejne smaki. Cały czas robimy, co się da, by osłodzić życie Polakom.

Zbigniew Grycan

Przedsiębiorca pochodzący z rodziny o tradycjach cukierniczych. Karierę rozpoczął w 1980, kiedy to kupił firmę "Zielona Budka". W 2000 r. sprzedał ją, ale już w 2004 roku powrócił na rynek z marką "Grycan". Dziś jest właścicielem ponad 100 własnych lodziarni-kawiarni.

autor: Danuta Rawicka zobacz inne artykuły tego autora
REDAKCJA SE.PL POLECA
Znajdź nas: