SuperBiz firma Andrzej Blikle: Firma rodzinna to wyzwanie

Andrzej Blikle: Firma rodzinna to wyzwanie

07.06.2011, godz. 02:00
Andrzej Blikle
foto:

Rozmowa z prof. Andrzejem Blikle, biznesmenem

Super Express: - Blikle to firma rodzinna. Czy to dobra forma prowadzenia interesów?

Andrzej Jacek Blikle: - Jest to społecznie, a także z punktu widzenia każdej rodziny z osobna, forma, którą bym polecał. Jeżeli firmę rodzinną zostawiamy w spadku lub w pewnym momencie przekazujemy kolejnemu pokoleniu, to nasze dzieci mają zapewnione miejsca pracy, a my możemy liczyć na wypłacaną przez nie emeryturę. Jest to jednak forma trudna do prowadzenia, bo rodzina jest przesiąknięta firmą, a firma rodziną. Dla higieny psychicznej należy więc przyjąć zasadę, że w domu o firmie nie rozmawiamy, bo inaczej nigdy nie przestajemy pracować. Prowadząc firmę rodzinną, trudno też narzucić sobie dyscyplinę polegającą na tym, że w pracy nie jesteśmy już mężem i żoną, tylko mamy swoje stanowiska i nie powinniśmy wykorzystywać tej relacji małżeńskiej.

- Czy w Polsce jest dużo firm rodzinnych. Jakie mają znaczenie dla naszej gospodarki?

- Szacuje się, że w Polsce jest 2,2 mln czynnych firm, z tego co najmniej 60 proc. to przedsiębiorstwa rodzinne, czyli jest ich dobrze ponad milion. Większość małych i mikroprzedsiębiorstw to firmy rodzinne. Wytwarzają 67 proc. krajowego produktu brutto, czyli stanowią bardzo ważny segment gospodarki. W dodatku zapewniają znacznie więcej miejsc pracy niż duże firmy. Są ważne jeszcze dlatego, że są bardziej zdeterminowane, mają większą zdolność przetrwania trudnych czasów, co pokazał kryzys. Firmy rodzinnej tak łatwo się nie likwiduje czy nie sprzedaje, bo ona nosi nasze nazwisko. To także zobowiązanie wobec tych pokoleń, które budowały firmę przed nami, i tych, dla których my ją budujemy. To wszystko powoduje, że właściciel firmy rodzinnej nie zważa na trudy, uciążliwości, brak pieniędzy czy brak możliwości wyjazdu na urlop, tylko pracuje po 12 godzin dziennie przez 7 dni w tygodniu, żeby tę firmę uratować.

- Jak firmie Blikle udało się przetrwać ciężkie czasy - dwie wojny, komunizm, zmiany ustrojowe - i ocalić jej tożsamość?

- Kilka powodów było po temu. I paradoksalnie jednym z nich było właśnie to, że żaden z kolejnych właścicieli nie miał lekko. Statystyki pokazują, że wiele firm upada w trzecim pokoleniu. Mówi się tak: pierwsze pokolenie karczuje las i buduje dom z prostych bali, drugie - kupuje pierwszy traktor i powiększa areał uprawy, a trzecie - ma już zagospodarowaną farmę i nie musi się tak bardzo starać. A niestety w biznesie jest tak, że starać się trzeba bez względu na to, czy w firmie jest dobrze, czy źle. Natomiast u nas było tak, że właściwie żaden z Bliklów nie miał łatwo i poza Blikle Drugim w pewnym sensie każdy zaczynał od początku. Mój ojciec, Blikle Trzeci, kiedy objął firmę, była ona w trudnej sytuacji finansowej po kryzysie ogólnoświatowym w latach 30. Udało mu się wyprowadzić firmę na czyste wody, ale zaraz wybuchła II wojna światowa. Gdy się skończyła, nie mieliśmy nic, wyszliśmy z Warszawy, zostawiając wszystko w banku, który spłonął. Przedtem ojciec miał dwie kamienice, ale zostały zburzone i potem zabrane przez państwo. Nasz majątek to były dwie beczki ciasta piernikowego i dwie beczki marmolady, które znaleźliśmy pod gruzami.

- I trzeba było zaczynać od zera.

- Właściwie tak, ale ojciec miał jedno bardzo ważne aktywo, którym była renoma firmy. Dzięki temu zdobył kredyty i odbudował pracownię wraz z cukiernią. Wprawdzie potem mu to wszystko zabrano, a dom upaństwowiono, ale jednak firmę udało się utrzymać jako przedsiębiorstwo prywatne. Ojciec zawsze mówił mi tak: "Wiesz, ja sobie postanowiłem, że jak mi siłą firmę odbiorą, to trudno, ale sam nie oddam". W tamtych czasach większość małych, prywatnych warsztatów rzemieślniczych upadała, bo właściciele nie byli w stanie dłużej znosić strasznego nacisku psychicznego w postaci stałych kontroli, zagrożenia zamknięciem, więzieniem i po prostu rezygnowali. Natomiast mój ojciec był człowiekiem niezwykle zdeterminowanym, a przy okazji zdolnym przedsiębiorcą i udało mu się przetrwać.

- Firma Blikle zawsze przywiązywała dużą wagę do promocji swojej marki.

- Ojciec potrafił docenić znaczenie działalności marketingowej dla istnienia i rozwoju firmy. Jedną z form docierania do opinii publicznej było prowokowanie wypowiedzi prasowych na nasz temat. Oczywiście, reklama nie była możliwa w tamtych czasach, natomiast ojciec postanowił, że musimy być wszędzie tam, gdzie coś ważnego się dzieje. Konkurs Chopinowski - posyłamy pączki na konkurs, wizytę składa prezydent de Gaulle - posyłamy tort, przyjeżdża Guliette Greco - 100 pączków i 60 róż. I wtedy prasa o nas pisała.

- Jak to się stało, że z profesora został pan sprzedawcą pączków?

- Przez 30 lat pracowałem w nauce. Po zmianach ustrojowych w 1989 roku postanowiłem przyjrzeć się firmie, którą wtedy prowadziła moja kuzynka śp. Maria Szukałowicz. Poświęciłem na to mój urlop narciarski i przekonałem się, że firmę trzeba rozwinąć. Zdałem też sobie sprawę, że jeden punkt sprzedaży nie zarobi na ten rozwój. Największym wyzwaniem było zdobycie pieniędzy na rozwój. Marka znów pomogła w uzyskaniu kredytów. Przez pierwsze 10 lat wszystkie pieniądze przeznaczałem na spłatę zobowiązań. Przez cały czas czułem ciężar odpowiedzialności za kilka pokoleń Bliklów. Zdarzyło się parę bardzo trudnych momentów, ale w sumie oceniam ten okres jako wspaniałe wyzwanie. To była moja druga młodość, bo zacząłem coś robić i uczyć się zupełnie od początku.

- Jest pan wielkim zwolennikiem modelu zarządzania kompleksowo jakością. Na czym to polega?

- Opiera się na 3 zasadach - stałego doskonalenia, jedności zespołu i racjonalności. Jeżeli chcemy doskonalić produkt, który trafia do klienta, to nie ma do tego innej drogi niż przez doskonalenie wszystkiego w firmie - produktów, narzędzi pracy, procesów produkcyjnych, organizacji firmy i nade wszystko tzw. społecznego środowiska pracy (żeby pracownicy przychodzili nie tylko po pieniądze, ale też mogli realizować swoje ambicje).

- Miał pan trudne zadanie. Trzeba było połączyć tradycje trzech pokoleń z nieuchronnymi zmianami.

- Chcieliśmy te tradycje zachować, ponieważ były elementem naszego wizerunku. Przede wszystkim podjęliśmy decyzję strategiczną, że nie chcemy być dużą firmą przemysłową, bo przestanie być taka jak przez 120 lat.

- Przekazał pan stery firmy synowi i synowej. Czy Blikle się zmieni?

- Linia wizerunkowa firmy się nie zmienia. Chociaż ostrożnie wprowadzamy nowe linie produktów trwałych, nie oznacza to, że chcemy zmieniać profil firmy na przemysłową. Nadal będzie to produkcja ręczna, wysoka półka i firma ekskluzywna.

andrzej jacek blikle

Informatyk, profesor doktor habilitowany, członek Rady Języka Polskiego i Fundacji Kultury oraz polski biznesmen. W latach 1991-2007 prezes zarządu istniejącej od 1869 rodzinnej firmy cukierniczej A. Blikle sp. z o.o., a od 2008 prezes rady nadzorczej tej firmy.

autor: Danuta Rawicka zobacz inne artykuły tego autora
REDAKCJA SE.PL POLECA
Znajdź nas: