SuperBiz firma Super Biznes - Rządowy eksperyment z podręcznikiem. Wideo

Super Biznes - Rządowy eksperyment z podręcznikiem. Wideo

22.04.2014, godz. 02:00
rządowy eksperyment  z podręcznikiem
Dr Grzegorz Śpiewak, naczelny konsultant ds. metodyki nauczania z wydawnictwa Macmillan Education, i Aleksandra Braun ze Stowarzyszenia Pomocy Dzieciom z Ukrytymi Niepełnosprawnościami „Nie-Grzeczne Dzieci” foto: Super Express

Hasło "darmowy podręcznik" jest niezwykle nośne, dlatego nikt przeciwko temu nie protestuje. Wprowadzaniu rządowego podręcznika towarzyszy jednak budzące wątpliwości tempo legislacji. Czy rząd faktycznie kieruje się troską o dzieci i kieszenie rodziców, czy raczej mamy do czynienia z podręcznikowym przykładem zabiegania o głosy wyborców?

W kolejnym śniadaniu biznesowym na temat "Podręcznikowa rewolucja - pożyteczne zmiany czy niebezpieczny eksperyment?" wziął udział prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego, przedstawiciele wydawców oraz eksperci zajmujący się edukacją.

Hubert Biskupski, z-ca redaktora naczelnego "Super Expressu", szef "Super Biznesu"

- Darmowy podręcznik dla dzieci to chyba dobra rzecz?

Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego:

- ZNP nie kontestuje samej idei darmowego podręcznika. Jesteśmy natomiast całkowicie "na nie" jeżeli chodzi o metodologię wdrażania tego słusznego skądinąd pomysłu. Nie widzimy żadnego powodu, aby reguły wpisane w ustawy dotyczące zasad wydawania podręczników szkolnych były naginane dla tego incydentalnego wydarzenia, jakim jest bezpłatny podręcznik dla klasy pierwszej. Powstaje zły precedens tworzenia podręcznika rządowego. Przy naszej zmiennej scenie politycznej powstająca formuła może zaowocować tym, że każda kolejna ekipa będzie miała otwartą drogę do wydania podręcznika, niekoniecznie dla klas pierwszych, odpowiadającego takiej czy innej opcji politycznej.

 

Proszę pamiętać, że parę lat temu ministrem edukacji był zwolennik kreacjonizmu, uważający, że należy nauczać, negując proces ewolucji. Tego rodzaju pomysły będzie mógł mieć każdy następny minister. Koalicja PO-PSL otwiera drogę do tego, żeby podręcznik do historii Polski napisał np. pan Macierewicz. Idea bezpłatnego podręcznika powinna być wdrażana z zachowaniem istniejących procedur i zasad gry rynkowej. Wdrożenie należałoby spowolnić, poddać normalnej procedurze i przygotować podręcznik na 1 września 2015 roku.

Hubert Biskupski:

- Jakie reguły, poza rynkową, zostały pogwałcone w procesie tworzenia tego podręcznika?

Sławomir Broniarz:

- Pominięto opiniowanie przez ekspertów i rzeczoznawców z listy MEN. Wybrano autorkę, kierując się nieznanymi kryteriami, i zlecono jej przygotowanie podręcznika. Sama idea darmowego podręcznika nie budzi naszego sprzeciwu, bo skorzystają na tym najubożsi, natomiast cała reszta budzi wątpliwości.

Jarosław Matuszewski,

przewodniczący Sekcji Wydawców Edukacyjnych Polskiej Izby Książki:

- Jedyna wartość tego pomysłu polega na tym, że dostarczony będzie darmowy podręcznik. Ale zgodnie z projektem ustawy, który znajduje się w MEN, wiąże się z tym zagrożenie, że przyjmując darmowy podręcznik, nie będzie można kupić nic więcej, bo w ten sposób szkoła utraci dotacje od rządu. A to jest zagrożenie dla jakości polskiej edukacji.

Wojciech Starzyński,

prezes Zarządu Fundacji "Rodzice Szkole":

- Zgadzam się, że tempo wdrożenia bezpłatnego podręcznika do nauczania początkowego jest zbyt szybkie. Powstają nawet wątpliwości, czy ustawa nie będzie zaskarżona do Trybunału Konstytucyjnego. I mam nadzieję, że zaczniemy na ten temat poważną debatę, a projekt będzie ulegał różnego rodzaju modyfikacjom.

Dr Grzegorz Śpiewak,

naczelny konsultant ds. metodyki nauczania, wydawnictwo Macmillan Education:

- W projekcie, nad którym w tej chwili się pracuje, definiującym mechanizm dofinansowania, w ogóle nie dopuszcza się możliwości współuczestniczenia rodziców w całym toku finansowania.

Jarosław Matuszewski:

- Ponieważ naszego rządu nie stać na sfinansowanie całości edukacji, zapłaci za podręcznik i 25 złotych za ćwiczenia. Resztę może sfinansować organ prowadzący szkołę. Oczywiście jeśli ma pieniądze. Dlaczego jednak nie mogą dopłacić rodzice? W wyniku tej ustawy stracą prawo do współdecydowania o edukacji swoich dzieci. Skutkiem będzie wielkie rozwarstwienie społeczne na tle edukacyjnym. Rodzice, których będzie stać na kupno podręczników za 300-400 złotych, zabiorą dziecko z publicznej szkoły do prywatnej.

Wojciech Starzyński:

- Ustawa dotycząca wprowadzenia bezpłatnego rządowego podręcznika jest w Sejmie i lada chwila będzie uchwalona. W tej sytuacji jedyne, co można zrobić, to próbować przesunąć termin wprowadzenia nowego podręcznika na 1 września roku 2015. Projekt ustawy o zmianie ustawy o systemie oświaty i zmianie ustawy o systemie informacji oświatowej jest na początku procesu legislacji. Do tego projektu proponuję zgłaszanie poprawek (tak jak zrobiła to Polska Izba Książki i kilka mniejszych wydawnictw) i lobbowanie, zgodne z prawem, na rzecz proponowanych zmian w Sejmie. Kontestowanie propozycji rządowej bez zgłaszania konkretnych rozwiązań uważam za mało skuteczne i na tym etapie legalizacji nic niedające. Jednocześnie wydaje się, że warto rozważyć i zaproponować rozwiązania co do trybu, w jakim rodzice mogliby dofinansowywać podręczniki.

Jarosław Matuszewski:

- Zarówno ZNP, jak i Społeczne Towarzystwo Oświatowe, wydawcy edukacyjni, rozmaite organizacje, zgłosili do MEN w trybie konsultacji społecznych swoje uwagi. Na spotkaniu pani minister z wydawcami powtarzaliśmy jak mantrę: zbiorem tych ustaw i rozporządzeń psuje się polską edukację. Kiedyś problemy rozwiązywały zespoły robocze. Po raz pierwszy w historii nie ma zespołu roboczego. Ministerstwo nie chce słuchać głosu tych, którzy od 25 lat tworzą polską edukację! Raport z konsultacji społecznych, przygotowany przez ministerstwo, w jednym akapicie podsumowuje, że uwagi, które wysłaliśmy do ministerstwa, nie są uzasadnione i dlatego nie mogą zostać uwzględnione. I to jest koniec dyskusji.

Aleksandra Braun, rzecznik uczniów niepełnosprawnych, Stowarzyszenie Pomocy Dzieciom z Ukrytymi Niepełnosprawnościami im. Hansa Aspergera, Nie-Grzeczne Dzieci:

- Jako stowarzyszenie rodziców napisaliśmy swoją opinię, odnosząc się do większości paragrafów znowelizowanej ustawy. Nikt na to nie zareagował. Jako osobę reprezentującą rodziców dzieci niepełnosprawnych przeraża mnie pomysł stworzenia jednego podręcznika, który będzie dobry dla wszystkich dzieci, bez względu na deficyty rozwojowe. Zgodnie z prawem podręczniki muszą być dostosowane do potrzeb uczniów z różnymi niepełnosprawnościami. Trudno, żeby np. dzieci mające deficyt słuchu nauczyły się czytać klasyczną metodą analityczno-syntetyczną. Z kolei dzieci niedowidzące będą miały problem z nauką czytania metodą sylabową czy całościową. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby ten jeden podręcznik, z jedną metodą nauki czytania, zaspokoił potrzeby tych różnych grup.

Jarosław Matuszewski:

- W tym roku pójdzie do szkół znacznie więcej pierwszoklasistów, według szacunków rządowych - ponad pół miliona. W szkołach pojawi się nowa armia nauczycieli, w tym nauczyciele wychowania przedszkolnego, którzy rozporządzeniem ministra dostali prawo do nauczania w pierwszych klasach. Dostaną podręcznik, o którym nikt niczego nie wie, ponieważ go jeszcze nie ma. W tej specyficznej sytuacji to jest wielki eksperyment na dzieciach. Dlaczego rząd chce wydać 73 miliony złotych na nowy podręcznik, którego nikt nie zna? Za te same pieniądze mógłby kupić podręczniki i zeszyty ćwiczeń, które już są na rynku. Nauczyciele je znają, są przygotowane dla sześcio- i siedmiolatków, także dla dzieci z rozmaitymi rodzajami niepełnosprawności. Jest zagadką, kto na tym zarobi?

Sławomir Broniarz:

- Kiedy zanegowaliśmy odebranie nauczycielom prawa do doboru podręcznika, ministerstwo bardzo szybko spacyfikowało środowisko, mówiąc, że presja na zachowanie tego prawa ma podtekst merkantylny. Zarzuca się też, że wydawcy mają interes ekonomiczny i lobbując na swoją rzecz, przymuszają rząd do pewnych działań. Moim zdaniem te zarzuty są krzywdzące zarówno dla nauczycieli, jak i dla wydawców.

Zygmunt Puchalski, wiceprezes Zarządu Społecznego Towarzystwa Oświatowego:

- STO powstało po to, aby wzbogacić polską edukację. Tym bardziej nie do przyjęcia jest dla nas pomysł powrotu do jednego podręcznika. To powrót do realiów sprzed ponad 25 lat, kiedy podręcznik nie miał konkurencji i przez to nie było odpowiedniej motywacji, żeby go ulepszać. Ostatnio dużo mówi się o sukcesach polskiej edukacji. Dogoniliśmy Europę w wynikach, ba, okazuje się, że dogoniliśmy ją również w nowoczesnych podręcznikach i nowoczesnej edukacji. A zawdzięczamy to w dużej mierze także konkurencji między wydawcami podręczników. Ale dotychczas wszystkie podręczniki podlegały tej samej procedurze weryfikacji przez ekspertów. Minister edukacji określał, w formie rozporządzenia, szczegółowe warunki, jakie muszą spełniać podręczniki mające być dopuszczone. I nagle pojawia się "superpodręcznik", który nie będzie miał konkurencji i o którym nic nie wiemy. Obawiamy się o rezultaty takiego eksperymentu. Nie zgadzamy się na takie zmiany, bo one psują polską edukację. Minister powinien pilnować kosztów podręczników, ale nie powinien ich zastępować, a już szczególnie w specustawie, z pominięciem normalnych reguł gry rynkowej. Jeśli organy podległe ministrowi chcą tworzyć podręczniki, niech przechodzą tę samą procedurę, co reszta autorów. I wreszcie, niech o wyborze podręczników decydują nauczyciele, a współdecydują rodzice. Jak można ustawowo zakazać rodzicowi wkładu w lepszą edukację własnego dziecka?

Jarosław Matuszewski:

- Konkurencyjność między wydawcami sprawiła, że w ubiegłym roku najlepszym podręcznikiem w Europie dla klas pierwszych został podręcznik polskiego wydawnictwa. Podręczniki i ćwiczenia, takie, jak pani minister sobie życzy, są gotowe. Trwałe, bez miejsc do wypełniania w podręczniku, przygotowane do pracy z sześcio- i siedmiolatkami, ze zindywidualizowanymi ćwiczeniami, materiałami dydaktycznymi dla nauczycieli, również tych, którzy dopiero zaczynają pracę. Dlaczego pani minister nie wybierze podręcznika spośród najlepszych w Europie, tylko zleca jego przygotowanie zespołowi powołanemu ad hoc, eliminując wszystkie przeszkody, jak recenzje, aprobaty itp.? W magazynach jest kilka milionów wydrukowanych świetnych książek. Wszyscy krzyczymy: panie premierze, niech pan to kupi! Funduje się nam książkę, która nie wiadomo jak wygląda, a pani minister już podobno przeczytała... parę stron.

Aleksandra Braun:

- Ale czy to pani minister powinna tę książkę czytać? Myślę, że merytoryczna ocena podręcznika powinna jednak należeć do osób, które się na tym znają. Od tego należy zacząć. Trzeba patrzeć na podręczniki od strony merytorycznej - do czego się nadają i czy faktycznie spełniają swoją rolę.

Grzegorz Śpiewak:

- Najpierw powinno się rozmawiać o kryterium jakościowym, a dopiero potem o tym, jakie narzędzie, czyli podręcznik, mu sprosta. Tymczasem cały proces przesunął się na to, co zrobić z narzędziem, jakby nie było świetnych podręczników, spełniających wszelkie kryteria jakościowe. Jeszcze na przełomie grudnia i stycznia podręczniki do języków obcych uzyskiwały bardzo dobre recenzje ekspertów powoływanych przecież przez samo MEN. W momencie kiedy rozgorzała dyskusja, nikt nie kwestionował jakości istniejących podręczników. Podnoszono jedynie argument, że były one za drogie. Jeżeli jednak to kryterium ekonomiczne powoduje zmianę, nie mówmy, że dbamy o poprawę jakości. Szukamy jedynie najtańszego sposobu dostarczenia narzędzia. Model finansowania, który stoi za tym projektem, wymusza, choćby z uwagi na ograniczenia budżetowe, zmiany całej konstrukcji podręczników. Tymczasem powinny one następować po to, aby podnosić jakość, a nie dlatego, że nie ma w budżecie środków, aby za podręczniki płacić częściej niż raz na trzy lata.

Zygmunt Puchalski:

- Niebezpieczne jest to, że jeżeli taka nowa powszechna książka, stworzona w okresie trzech-czterech miesięcy, wejdzie do szkoły, możemy pozbawić się dorobku wielu ludzi doskonalących w ostatnich latach polskie podręczniki, a tym samym polską edukację. A co gorsza, popierana przez wszystkich idea darmowych podręczników zostanie zaprzepaszczona poprzez trudną do zaakceptowania formę i jakość jej realizacji.

Tomasz Elbanowski, Stowarzyszenie i Fundacja Rzecznik Praw Rodziców:

- Warto się przyjrzeć temu, co rząd robił przez ostatnie 6 lat, bo pierwszy raz temat tego podręcznika pojawił się 6 lat temu, jako zasłona propagandowa dla wysłania sześciolatków do pierwszej klasy. Pani minister już 6 lat temu obiecała, że pierwszaki w podstawówce i gimnazjum dostaną nowy darmowy podręcznik. Gdyby prace nad jego koncepcją trwały kilka lat, coś sensownego mogłoby z tego wyniknąć. Pośpiech i brak recenzji sprawia, że trudno teraz mówić o podnoszeniu poziomu edukacji. Wiadomo, że jako rodzice chcemy, aby edukacja była bezpłatna, tak jak to jest zapisane w konstytucji. Natomiast sposób, w jaki rząd to robi, znowu odbieramy jako działanie propagandowe, odwracające uwagę od sześciolatków, które zostaną w przyszłym roku szkolnym wysłane do pierwszej klasy. Brak dobrych intencji rządu widać w programie "Wyprawka szkolna". Pieniądze z programu co roku wracają w dużej części do budżetu państwa. Rząd nie informuje rodziców o przysługujących im prawach, a dyrektorów o tym, że mogą udzielić pomocy większej liczbie osób.

Sławomir Broniarz:

- Nie ma potrzeby pracy nad nowym podręcznikiem. Mamy ich na rynku aż nadto. Szukajmy raczej mechanizmów wspierających rodziny, abyśmy znaleźli taki sposób finansowania, który nie odbierze rodzicom prawa do decydowania, a jednocześnie będzie rzeczywistym wsparciem najuboższych.

Hubert Biskupski:

- Czy istnieją realne szanse na modyfikację przepisów, które są w tej chwili wdrażane?

Sławomir Broniarz:

- Sądzę, że nie, ze względu na poziom zacietrzewienia ze strony rządu. To jest kwestia leżąca w sferze ambicji i chęci spełnienia deklaracji dostarczenia darmowego podręcznika, bez względu na konsekwencje.

Grzegorz Śpiewak:

- To nie jest tak, że my okopaliśmy się jako rzeczoznawcy. Bardzo chcemy uczestniczyć w rekonstrukcji tego projektu. To już ostatni moment.

Jarosław Matuszewski:

- Dwa tygodnie temu Polska Izba Książki wysłała do pana premiera list z propozycją pilnego spotkania. Nie ma odpowiedzi, nie tracimy jednak nadziei.

Hubert Biskupski:

- Myślę, że wszyscy zgodzimy się, że bez względu na to, jakie interesy się ścierają, w tym wypadku na uwadze powinno się mieć przede wszystkim dobro dzieci. Dziękuję państwu.

Czytaj: Super Biznes. Interpretacja prawa nie powinna być konieczna

Więcej
REDAKCJA SE.PL POLECA
Znajdź nas: