SuperBiz firma Marek Goliszewski: Udało się zmienić wizerunek biznesmena

Marek Goliszewski: Udało się zmienić wizerunek biznesmena

28.12.2011, godz. 02:00
Marek Goliszewski
foto: Brak agencji

Rozmowa z Markiem Goliszewskim, szefem Business Centre Club

- Czy od zawsze interesował się pan biznesem?

- Kiedy zdawałem do Szkoły Głównej Planowania i Statystyki, byłem czynnym sportowcem, zapaśnikiem i bardziej był mi w głowie sport niż zagadnienia ekonomiczne. Jednak wkrótce stanąłem przed dylematem - kariera sportowa czy wykształcenie. Wybrałem naukę, ale po skończeniu studiów nie mogłem dostać pracy w swoim zawodzie.

- Jak wpadł pan na pomysł utworzenia Business Centre Club?

- Zdecydowałem się na podyplomowe studia dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim i bardzo mnie to wciągnęło. Po napisaniu pracy dyplomowej, w której wykazałem, że "Trybuna Ludu" jest gazetą, która kłamie, dostałem wilczy bilet. Pracę znalazłem dopiero w tygodniku "Społemowiec Warszawski", ale po wprowadzeniu stanu wojennego zostałem wyrzucony z redakcji i potem przez kilka lat pracowałem tylko dorywczo. W pewnym momencie zacząłem myśleć o założeniu pisma politycznego, które by łączyło różne poglądy i pokazywało władzy drogi rozwoju ekonomicznego i społecznego. Tak powstały "Konfrontacje". Jako redaktor naczelny lansowałem w nim bardzo mocno prywatną przedsiębiorczość. Moja działalność została dostrzeżona zarówno w Polsce, jak i za granicą. Zaproponowano mi członkostwo w polskim oddziale Klubu Rzymskiego, organizacji zajmującej się badaniem trendów w światowej gospodarce, polityce i stosunkach społecznych. Jako prezes Polskiej Fundacji Klubu Rzymskiego wydałem pierwszy w Polsce profesjonalnie przygotowany informator, przewodnik i katalog polskich przedsiębiorstw. W 1991 roku założyłem BCC, żeby wspierać rodzącą się właśnie polską prywatną przedsiębiorczość.

- Dlaczego wybrał pan anglojęzyczną nazwę?

- Jednym z celów organizacji było przyciągnięcie inwestorów z zagranicy. Nie znali oni polskiego języka. Angielska nazwa miała być drogowskazem dla firm zagranicznych, które chciałyby nawiązać kontakty z Polską. Polscy przedsiębiorcy nie mieli pieniędzy, dopiero wyszli z etapu składanych łóżek rozstawianych na ulicach i firm socjalistycznych. Wiedziałem, że trzeba będzie budować prawo gospodarcze z prawdziwego zdarzenia, ale nade wszystko będziemy w Polsce potrzebowali kapitału. Zorganizowaliśmy więc dużą akcję promocyjną w krajach europejskich.

- Tworząc BCC, miał pan swojego guru?

- Bardzo mi imponował Bronisław Geremek - ale raczej politycznie. A wzorem biznesmena w początkowej fazie mojej biznesowej działalności byli Zbyszek Niemczycki czy Witold Zaraska.

- Jaka jest różnica między BCC a innymi organizacjami przedsiębiorców, takimi jak np. PKPP Lewiatan czy Pracodawcy RP?

- Zasadnicza. Wszystkie inne organizacje to są związki pracodawców. Do BCC należą indywidualni prywatni przedsiębiorcy, którzy nie płacą składek, tylko wykupują pakiet kilkunastu naszych usług. Każdy członek dostaje tzw. polisę bezpieczeństwa. Jeśli coś złego dzieje się z firmą, to interweniujemy przy pomocy naszych prawników i finansistów. Kojarzymy interesy członków, promujemy ich w kraju i za granicą. Mamy jednak limit - nie przyjmujemy więcej niż tysiąc firm. Nikt nie może się sam zgłosić do nas, to my zapraszamy firmy rekomendowane przez kanclerzy, którzy stoją na czele naszych 25 lóż, czyli oddziałów. Mamy też loże w Chicago, Hamburgu i Londynie.

- Czy na przestrzeni ostatnich lat zmienił się wizerunek polskiego biznesmena?

- Radykalnie. O 360 stopni w stosunku do faceta, który w 1991 roku rozstawiał łóżko polowe, a jego pierwsze zakupy to były białe skarpetki, złoty zegarek i mercedes. Teraz to jest człowiek, który nosi się skromnie, choć elegancko, który inwestuje w swoich pracowników, funduje im kursy i szkolenia, dba o firmę i zyski, ale też szczodrą ręką wspomaga potrzebujących i chce być postrzegany dobrze społecznie. To zaprzeczenie negatywnego stereotypu Polaka.

- Z jakimi barierami ciągle muszą się mierzyć polscy przedsiębiorcy?

- Z pewnością najbardziej przeszkadza biurokracja, z którą firmy, zwłaszcza małe i średnie, stykają się na każdym kroku. Urzędnicy, których liczba zwiększyła się o 60 tys., mają olbrzymią władzę w interpretacji przepisów i ją wykorzystują, przeciągając procedury w nieskończoność. Prawo jest niekompatybilne, niespójne, pełne dziur. Sądownictwo to kolejna bolączka - sędziowie nie znają się na sprawach ekonomiczno--finansowych. Sprawy ciągną się latami i zanim się wyjaśnią, firma zdąży upaść. Koszty pracy w Polsce są za wysokie. Średnio 55 proc. to różnego rodzaju obciążenia na rzecz fiskusa.

- Co najbardziej pomaga w osiągnięciu sukcesu?

- Trzeba wierzyć w siebie, być wytrwałym i liczyć tylko na siebie. Porażki należy traktować jako naukę na dalsze życie. Oczywiście, niezbędne jest wykształcenie, choć czasami zdarzają się samorodki.

- Jest pan człowiekiem zamożnym. Czym dla pana są pieniądze?

- Dla mnie są one wolnością. Nie zabiegam o to, żeby mieć dużo pieniędzy. Choć jestem zamożny, nie mam helikoptera, wielu samochodów czy posiadłości. Gromadzę pieniądze, żeby żyć tak, jak uważam za stosowane. A pieniądze, cokolwiek by o nich mówić, pozwalają mi być wolnym i podejmować takie działania, które czasami nie przynoszą pieniędzy, a pożytek dla ludzi.

- Ma pan na koncie wiele nagród za działalność społeczną. Która jest dla pana najcenniejsza?

- Każda ma swoją wagę. W ciągu 20 lat pomogłem wielu ludziom. Nie dla nagród. Miałem taką potrzebę. Teraz leżą mi na sercu zwłaszcza problemy młodych, bo sam byłem kiedyś bezrobotny. Mamy w BCC Studenckie Forum, które pomaga m.in. w nawiązywaniu kontaktów z przyszłymi pracodawcami i zdobywaniu doświadczeń.

- Oprócz BCC jest pan szefem Stowarzyszenia Euro-Atlantyckiego i członkiem wielu instytucji. Jak udaje się panu godzić to z życiem rodzinnym?

- To kwestia organizacji czasu. Ja mam kalendarz z wpisanymi obowiązkami i urlopami zaplanowany na pół roku do przodu i trzymam się tego. Inaczej nie dałbym rady. Planowanie pozwala zyskać energię, którą traci się na chaos. Żona, która jest pediatrą i sama ma stresującą pracę, rozumie mnie i bardzo wspiera.

- Największa pana zaleta i najgorsza wada?

- Zaleta - chyba jestem solidny i dotrzymuję słowa. Wada - coraz częściej się irytuję, wkurza mnie głupota, niefrasobliwość, cwaniactwo i brak odpowiedzialności.

Marek Goliszewski

Absolwent Szkoły Głównej Planowania i Statystyki oraz podyplomowych studiów dziennikarskich na UW. Był współtwórcą i redaktorem naczelnym pisma "Konfrontacje". W 1989 roku stanął na czele Polskiej Fundacji Klubu Rzymskiego. Dziś jest prezesem Business Centre Club

autor: Danuta Rawicka zobacz inne artykuły tego autora
REDAKCJA SE.PL POLECA
Znajdź nas: