SuperBiz opinie Alkohol i świętowanie

Alkohol i świętowanie

31.12.2016, godz. 17:33
alkohol
alkohol foto: Super Express

Alkohol przez wieki szukał miejsca w polskiej tradycji świętowania, ale z czasem był okres, gdzie grał pierwsze skrzypce. Nadal jest nieodłącznym towarzyszem biesiad, nawet jeśli Polacy nie piją już w święta tak dużo. A przynajmniej nie przy świątecznym stole.

Alkohol nie był popularnym atrybutem świętowania jeszcze w średniowieczu. Wyznacznikiem odświętniego ceremoniału był suto zastawiony stół i wiele rodzajów mięsiw, najlepiej świeżo upolowanych. Napoje alkoholowe odgrywały trzeciorzędną rolę, zazwyczaj były to miody i wina.

Sytuacja wyglądała podobnie w czasach, kiedy rycerze zamieniali się w sarmatów. Obowiązkowo przy każdym dworze działał browar i gorzelnia, a ziarna było w bród. Przy stole zaczęły się pojawiać mocniejsze nalewki i likiery, jednak dalej ich spożywanie bywało incydentalne i niewielkie. Raczej gospodarz popijał sobie ukradkiem, w kuchni, czy przedpokoju, niż otwarcie upijał się przy stole.

Kariera alkoholu jako towarzysza świątecznego nabrała rozpędu, kiedy w Rzeczypospolitej zaczął się kryzys. Zachodnia Europa przestała kupować nasze zboża w takich ilościach, jak wcześniej i polska magnateria i szlachta zacząła wypadać z rynku. Aby uchronić sterty jęczmienia, żyta i pszenicy przez zgniciem, przerabiano je na alkohol. Później zaczęto tym alkoholem płacić chłopom i po kilka dzieisięcioleciach zaskutkowało to masowym pijaństwem. Wiek XVIII to czasy świątecznych pijatyk, kiedy każdy świąteczny dzień był powodem do picia litrów wódek i piw.

Zwyczaje zaczęły przenikać na dwory. Jak nadal szlachta w domu hamowała się nie tylko przed nadużywaniem, ale nawet konsumpcją napojów alkoholowych, to co innego można było zaobserwować podczas wyjazdów, podróży i wypraw wojennych. Święta w gospodzie czy z towarzyszami broni w obozie wojskowym były wyśmienitą okazją do zakrapianych uczt i to również na imprezach adepci sztuki wojennej zbierali swoje szlify, musząc się nauczyć pić.

Wiek XVII i XVIII, dwa ostatnie stulecia Rzeczpospolitej Obojga Narodów, to czas wielkiego rozpolitykowania całej szlachty. Wieczne Sejmy i sejmiki, wojny i rokosze, delegacje i podróże służbowe spowodowały, że alkohol stał podstawą porozumienia. Szlachcic zapraszał drugiego szlachcica do stołu, a potem podczas uczty dobijali targu. Wielkimi imprezami kończyły się okazje w postaci wygranych bitew, bądź wyboru króla, prawdziwy sarmata nie mógł odmówić uczestnictwa w biesiadzie, bo byłby to dyshonor.

W przestrzeni publicznej alkohol pojawił się dzięki elitom, szlachta obnosiła się z swoim biesadami, odbywając je przy placach i skwerach publicznych. W czasach saskich pojawił się nowy zwyczaj - picie na umór, a uczty przeradzały się w alkoholowe zawody. Ustalił się kanon - szlachta pija nalewki i wina węgierskie, pospólstwo wódkę i piwo. To ostatnie stało się najpopularniejszy napojem, wypierając z codziennego obiegu wodę, zwłaszcza w miastach, gdzie trudno było o dobre źródło czystej wody. Jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać gospody i szynki.

"Za króla Sasa, pij jedz, a popuszczaj pasa!" - to powiedzenie mówi o czasach saskich wszystko. Kilka dekad wiecznej imprezy, jak bal na Titanicu. Utracie niepodległości towarzyszyły rzeki alkoholu, nagminne było upijanie posłów przed obradami. Na dworze królewskim organizowano zawody w piciu, w których wygranego nagradzano starostwem albo orderem.

Czasy zaborów to okres, kiedy życie przenosi się do miast, zarówno w wypadku arystokracji, jak i dawnych chłopów. W pałacach alkohol został wyparty przez kawę, herbatę, czy kakao, a pojawiał się przy okazji takich Sylwester, czy urodziny, które świętowano piciem wina, w tym musującego. Częściej jednak bił pity w trakcie podróży, w tym w zagranicznych krajach.

Wiek XIX to dalsze rozpicie się wsi. Chłopstwo traktowało to jako ulubioną formę relaksu, te zwyczaje zabierali z sobą do miasta. Jednak epoka industrialna to czas, kiesy procenty bywały wyparte przez inne używki. Arystokraci raczyli się morfiną i kokainą, na proletariat czekały na aptecznych ladach pigułki opium, które były po prostu tańsze.

Odzyskanie niepodległości zbiegło się z renesansem picia, jako sportu elitarnego. Upijali się artyści i oficerowie, mieli przeznaczone specjalnie dla siebie knajpy. Pijaństwo było tolerowane, choćby w wojsku dowództwo przymykało oko na wybryki żołnierzy. Jednak nie przenikało do "mainstreamowego" stylu bycia, publiczne picie nie było popularne, a pojawianie się "pod muchą" w miejscach publicznych uznawano za naganne. Świętowano lampką wina, albo i dwiema, ale wieczne imprezy to była domena artystów, wojska i półświatka.

Wszystko zmienił PRL. Picie zmiotło wszystkie bariery, pito wszędzie, o każdej porze i przy każdej okazji. Socjalizm wprowadził swoistą niezależność finansową - każdego pracującego stać było na wódkę. Powszechność picia nie powstrzymały akcje promujące abstynencję, czy specjalne komitety pzpr ds. walki z alkoholizmem. Tęgo popijała też władza, po wyjazdowych posiedzeniach komisji i grup inicjatywnych, często pomieszczenia goszczące "obrady" wymagały poważnego remontu.

Aby ograniczyć spożycie, władza zaczęła rzucać pijakom pod nogi kłody. A to knajpy otwierano dopiero o godzinie 13, a to zmiejszono rozmiar kieliszka urzędowo do 25 gramów. W odpowiedzi rozpoczął się wśród Polaków proceder bimbrownictwa, w latach 80. nielegalna produkcja dostarczała już połowy wypijanych w kraju trunków.

Upadek PRL i nastanie czasów gospodarki rynkowej to zmiana stylu picia na zachodnioeuropejski, tylko ilości zachowujemy wschodnieuropejskie. Nikt nie pije już w pracy, częściej decydujemy się na lżejsze alkohole, niż wódka. A jednak nie odpuszczamy żadnej okazji, alkoholowego posmaku nabrała choćby świąteczna tradycja pasterki, kiedy wigilijna msza o północy przeradza się w nocną imprezę, na którą specjalnie otwierane są knajpy. Niemniej dzisiaj żądny atrakcji Polak ma już szerszy wachlarz dostępnych opcji, niż piwo, wino i wódka.

Więcej
REDAKCJA SE.PL POLECA
Znajdź nas: