SuperBiz opinie Pot, noga i gafy. Jak debaty prezydenckie wpływały na historię? [ZDJĘCIA]

Pot, noga i gafy. Jak debaty prezydenckie wpływały na historię? [ZDJĘCIA]

01.10.2016, godz. 12:00
Ważne debaty prezydenckie w Polsce i USA
Wałęsa - Tymiński, 1990 foto: YouTube

Gdy w 1960 r. Richard Nixon zgodził się na spotkanie przed kamerami z mało znanym senatorem o irlandzkim pochodzeniu, nie zdawał sobie sprawy, że będzie to dla niego polityczny samobój. Doświadczony polityk po przegranej pierwszej w dziejach telewizyjnej debacie prezydenckiej, zamknął sobie drogę do Białego Domu na prawie dekadę. Od tego czasu przykładano do niej ogromną wagę. Także w Polsce.

Tym mniej znanym i doświadczonym politykiem, był kandydat Partii Demokratycznej senator John F. Kennedy. Pomimo urazu kręgosługu z czasów studiów i sporego bólu jaki stale mu towarzyszył, w pierwszej w historii debacie telewizyjnej, to senator wypadł energicznie i porywająco. Do klasyki gatunku przeszło zdenerwowanie i zmęczenie Nixona, a milionom widzów w kraju ukazał się spocony ze stresu kandydat, który nie mógł być przekonujący.

Zobacz również: Debata Clinton-Trump. Kto wygrał pierwsze prezydenckie starcie? [SONDAŻ]

Chociaż Nixon, mający reputację wytrawnego dyskutanta, wykazał się lepszą znajomością problemów, telewidzom bardziej spodobał się Kennedy. Debata rozstrzygnęła o rezultacie wyborów – minimalnie wygrał je Kennedy. Nixon, który został prezydentem osiem lat później, zrażony złym doświadczeniem z telewizją, odmawiał udziału w debatach w swoich dwóch kampaniach wyborczych w 1968 i 1972 roku.

O jedno zdanie za dużo
Następna debata odbyła się dopiero w 1976 roku, kiedy naprzeciw siebie stanęli: urzędujący prezydent republikański Gerald Ford i ubiegający się o urząd demokratyczny gubernator Georgii Jimmy Carter. Sondaże wskazywały, że w wyborach obaj mają mniej więcej równe szanse. Debata początkowo przebiegała remisowo - do chwili, gdy Ford powiedział, że "nie ma żadnej sowieckiej dominacji nad Europą Wschodnią i nigdy jej nie będzie pod rządami mojej administracji".

Kompromitująca wpadka prezydenta kosztowała go reelekcję.

Bodaj najbardziej decydujący wpływ na wynik wyborów miała debata w 1980 roku między prezydentem Carterem a republikańskim gubernatorem Kalifornii Ronaldem Reaganem. Znanego z konserwatywnych opinii i apeli o zaostrzenie kursu wobec ZSRR Reagana demokraci przedstawiali jako polityka niebezpiecznego, który doprowadzi do wojny z Sowietami.

Sondaże pokazywały niewielką przewagę Cartera, chociaż sytuacja mu nie sprzyjała – inflacja i bezrobocie w USA przekraczały 10 procent, a w Iranie byli uwięzieni jako zakładnicy amerykańscy dyplomaci. Debata okazała się triumfem Reagana. Gubernator był rozluźniony, co kontrastowało ze sztywnością Cartera. Z łatwością odpierał ataki prezydenta, wypominając mu mijanie się z prawdą na temat jego poglądów i polityki w Kalifornii.

There you go again
W sprawach stosunków z ZSRR wypowiadał się w sposób wyważony i umiarkowany, co całkowicie zaprzeczało jego wizerunkowi "podżegacza wojennego". Wyborcy uznali, że Reagana nie ma się co obawiać. Tydzień później wygrał wybory z wielką przewagą nad Carterem, zdobywając 489 na 538 głosów elektorskich. Do historii przeszedł bon mot Reagana, który po którymś z kolei ataku Cartera uśmiechnął się ironicznie i zaczął swoją wypowiedź od: "There you go again..." (Pan znowu swoje...). Odtąd "sound-bites", jak Amerykanie nazywają zgrabne, zapadające w pamięć powiedzonka, zaczęły odgrywać kluczową rolę w debatach – zwłaszcza gdy te przekształcały się stopniowo w "infotainment", połączenie poważnej informacji z rozrywką (ang. information plus entertainment).

Reagan, były aktor filmowy, zabłysnął również cztery lata później, kiedy ubiegał się o reelekcję, innym powiedzonkiem w debacie z ówczesnym kandydatem demokratów, Walterem Mondale'em. - Nie będę wykorzystywał dla celów politycznych młodości i niedoświadczenia mojego oponenta - powiedział do młodszego o prawie 20 lat demokraty. Nawet sam Mondale roześmiał się z żartu prezydenta.

Czytaj też: Ile kosztują wybory prezydenckie w USA?

Debaty odbywają się także między kandydatami na wiceprezydenta. W debacie w 1988 roku republikanów reprezentował senator Dan Quayle. W konfrontacji z kandydatem demokratów senatorem Lloydem Bentsenem powiedział, że ma tyle samo doświadczenia politycznego, co kandydujący w 1960 roku do Białego Domu senator John F. Kennedy, zwany Jackiem. - Senatorze, ja pracowałem w administracji Jacka Kennedy'ego. Znałem Jacka Kennedy'ego. Jack Kennedy był moim przyjacielem. Senatorze, pan nie jest Jackiem Kennedym - replikował mu Bentsen. Cios był celny - Quayle zbladł i wykrztusił tylko: - Senatorze, to było bardzo niestosowne.

Która jest godzina?
Czasami najbardziej pamiętnym momentem z debaty okazują się nie wypowiedziane słowa, lecz mimika i gestykulacja. W 1992 roku w debacie prezydenckiej uczestniczyli trzej politycy: urzędujący prezydent George H. W. Bush, kandydat Demokratów Bill Clinton i kandydat niezależny, teksaski miliarder Ross Perot. Pytania zadawali widzowie z sali. Dotyczyły one głównie spraw krajowych. Clinton odpowiadał szczegółowo i ze swadą. W pewnej chwili kamery uchwyciły Busha, jak spogląda na zegarek. Nie uczynił tego ukradkiem; gest był niemal ostentacyjny, prezydent nawet wstał w tym momencie z wysokiego krzesła, na którym siedział, jakby chciał wyjść. Był najwyraźniej znudzony – zawsze bardziej interesowała go polityka zagraniczna. Miał na tym polu sukcesy, ale po zakończeniu zimnej wojny Amerykanie woleli, by ich przywódca zajął się gospodarką, bo trwała recesja.

Bush przegrał walkę o reelekcję. Trudno ocenić jak bardzo zaważył na tym moment jego zniecierpliwienia w czasie debaty, ale na pewno potwierdził wrażenie, że Clinton bardziej interesuje się troskami zwykłych ludzi, niż urzędujący prezydent. Język ciała w czasie debaty odegrał prawdopodobnie ważną rolę w 2000 roku, kiedy o Biały Dom walczyli republikanin George W. Bush i ustępujący demokratyczny wiceprezydent Al Gore.

Bush miał opinię ignoranta, zwłaszcza w kwestiach międzynarodowych, i przebieg debaty zdawał się ją potwierdzać. Gore jednak popełnił kardynalny błąd – kiedy Bush mówił, ostentacyjnie wzdychał, pobłażliwie się uśmiechał i wywracał oczami, jakby nie mógł znieść tego, co słyszy. Zapomniał, że w czasie telewizyjnej transmisji z debaty ekran bywał podzielony na dwie części, tak, że widzowie mogli oglądać mówiącego i jednocześnie reakcję jego oponenta. Zachowanie Gore'a widzowie odebrali jako wyraz zarozumiałości kogoś, kto wie lepiej, arogancji przedstawiciela elit, kontrastującej z bardziej skromnym i swojskim sposobem bycia Busha.

Chociaż Gore wygrał pojedynek na argumenty, nie zyskał sympatii i uznania Amerykanów. Wybory zakończyły się słynnym sporem o liczenie głosów na Florydzie, rozstrzygniętym przez Sąd Najwyższy USA na korzyść Busha. Niewykluczone, że wynik byłby inny, gdyby w czasie debaty Gore nie okazywał swemu przeciwnikowi lekceważenia.

W zeszłym tygodniu Amerykanie i światowania opinia publicznia przyglądała się najnowszej odsłonie debaty prezydenckiej Clinton-Trump. Była sekretarz uchodzi za mistrzynię sztuki prowadzenia sporów; prowadziła publiczne dyskusje od początku swej kariery w polityce. Eksperci zwracają jednak uwagę, że w debatach prezydenckich coraz bardziej zdaje się liczyć nie treść polemik, a wrażenie powstałe z zachowania dyskutantów i kilku efektownych, użytych przez nich sformułowań. Na tym polu może zyskać kandydat republikanów, który uwielbia robić show. Tego z pewnością nie zabraknie w październiku podczas dwóch kolejnych spotkania Hillary Clinton i Donalda Trumpa przez telewizyjnymi kamerami (wybory 8 listopada).

Debata po polsku
Po 1989 r. zwyczaj prezydenckich debat zagościł w odradzającej się demokracji nad Wisłą. Do pierwszego starcia telewizyjnego doszło już rok po Okrągłym Stole. Przed drugą turą wyborów w studiu zasiedli Lech Wałęsa - legenda "Solidarność (wówczas jeszcze autorytet dla miażdżącej większości Polaków) oraz nieznany biznesmen Stan Tymiński, który w pierwszej turze pokonał Tadeusza Mazowieckiego. Tymiński przyszedł z czarną teczką, w której rzekomo miał kompromitujące Wałęsę dokumenty. Nigdy ich jednak nie ujawnił. Za jego sprawą pojawiło się w polityce polskiej określenie "teczka" jako zbiór domniemanych kompromitujących materiałów. Wybory ostatecznie wygrał przywódca "Solidarności", otrzymując ponad 74 proc. głosów.

Zobacz koniecznie: "Selfie" Marka Belki - o sobie, ekonomii i polityce

Pięć lat później Wałęsa starając się o reelekcje, ponownie walczył przed kamerami. Tym razem naprzeciw niego stanąl młody polityk z dawnego obozu komunistycznego Aleksander Kwaśniewski. Po zakończeniu rozmowy Kwaśniewski chciał pożegnać się z kontrkandydatem. - Panu to ja mogę nogę podać - zareagował Wałęsa. Urzędujący prezydent zdenerwował się, bo jego rywal, wchodząc do studia, przywitał się ze wszystkimi, tylko nie z nim.
W drugiej turze wyborów wygrał Aleksander Kwaśniewski (zdobył 51,72 procent głosów). Lecha Wałęsę wybrało 48,28 proc. głosujących.

Na kolejną debatę prezydencką Polacy czekali aż 10 lat. Po dwóch kadencjach Kwaśniewskiego, w Polsce będącej już członkiem NATO oraz UE, do walki o Pałac Prezydencki stanęli nowi kandydaci. W drugiej turze znaleźli się Lech Kaczyński z PiS oraz Donald Tusk z PO. Wiele emocji wzbudziło pytanie o największe wady przeciwników. - Przyszły prezydent powinien lubić ludzi, nie może nikogo wykluczać. Nie ma w Polsce "dziadów", są obywatele - powiedział Tusk, nawiązując do słynnych słów Lecha Kaczyńskiego. - Nie najsilniejszą stroną Tuska jest uleganie politycznej poprawności, która prowadziła go do zaprzeczania oczywistym faktom - zrewanżował się były prezydent Warszawy. Ostatecznie zwyciężył kandydat PiS, który zdobył 54,04 procent głosów (choć przegrał z Tuskiem w pierwszej turze).

Po katastrofie Smoleńskiej o prezydenturę walczył Bronisław Komorowski oraz brat zmarłego prezydenta - Jarosław Kaczyński. Debata odbyła się przed II turą wyborów i trudno będzie jej w przyszłości zapamiętać z jej przebiegu, poza tym, że odbywała się w szczególnym czasie narodowej żałoby. Rozmowa była merytoryczna i bez osobistych utarczek. W 2010 obecny prezydent Bronisław Komorowski uzyskał 53,01 proc. głosów poparcia, a 46,99 proc. - Jarosław Kaczyński.

Ostatnią prezydencką debatę w Polsce mieliśmy zaledwie rok temu. W studiu telewizyjnym znalazło się 11 kandydatów, ale zabrakło urzędującego prezydenta, który przekonywał, że woli bezpośrednie starcie z jednym, najpoważniejszym konkurentem. Brak głowy państwa zaznaczył Paweł Kukiz, który przyniósł dla Komorowskiego krzesełko. Krótko później, po drugiej turze wyborów w której wygrał kandydat PiS, doszło do spotkania Komorowski-Duda. Polityk PO p raz kolejny potwierdził, że daleko mu do charyzmy i uroku Tuska. Ostatecznie w maju zeszłego roku wygrał Andrzej Duda. Kolejnej debaty możemy się spodziewać w 2020 r.

Źródło: PAP, "Newsweek", materiały własne

REDAKCJA SE.PL POLECA
Znajdź nas: