SuperBiz opinie Smakowite kąski na czterech kółkach

Smakowite kąski na czterech kółkach

03.05.2016, godz. 06:00
Food trucki
Food Port foto: Facebook

Foodtrucki uratowały życie już wielu osobom, czy to w południe, kiedy można szybko w locie przekąsić coś pożywnego, albo w nocy, zwłaszcza w weekend. Wylądowały już nawet na torze wyścigowym na Służewcu, słynącym ze swoistej elegancji. Uliczne jedzenie wchodzi na salony.

Kierownictwo Toru Służewiec podjęło decyzję o zaproszeniu foodtrucków na tor z paru względów. Przede wszystkim po to, aby poszerzyć ofertę gastronomiczną na torze w dni wyścigowe.

- Chcemy, aby widzowie mieli jak najszerszy wybór i możliwość próbowania różnych rzeczy. Innym aspektem była niewątpliwie popularność foodtrucków wśród grupy z naszych widzów. Foodtrucki są nieodłącznym elementem wydarzeń skierowanych do ludzi młodych - mówi Sylwester Puczen, rzecznik Toru Służewiec.

Foodtrucki stały się bardzo modne i - jak wspomina rzecznik Służewca – kojarzą się z młodością. Czym właściwie są te pojazdy? Foodtruck to samochód dostawczy albo ciężarówka, przerobiona na cele gastronomiczne. Przeróbki mają umożliwić przygotowanie posiłków (tzw. kuchnia pół-produktowa) i ich wydanie, część zapewnia też miejsce do ich spożycia. Oczywiście muszą spełniać wymogi sanepidu.

- Dzisiaj ten termin oznacza praktycznie więcej, niż same same foodtrucki. Główną zaleta jest mobilność, więc można dołożyć jeszcze i rowery z kawą i lodziarnie na skuterach i wszelkie podobne inicjatywy – mówi Krzysztof Cybruch, twórca weekendowego Targu Śniadaniowego, który gości również foodtrucki.

O sile „ulicznego jedzenia” (street foodu) mówią imprezy, w których biorą udział foodtrucki. Nie chodzi już nawet o te, na których są jednymi z wielu gości, jak wspomniane Targi Śniadaniowe czy wyścigi na Służewcu, czy choćby wiele letnich festiwali. Są zloty … samych foodtrucków. W Warszawie w czwartek skończyła się już trzecia impreza w tym roku, która zwiastowała „początek sezonu”. I była już cała gama lokalizacji: od biznes-parku, przez ekskluzywne miejsce zakupowe, po Stadion Narodowy. A największa impreza, festiwal foodtrucków, dopiero przed nami. Oprócz Warszawy imprezy odbywają się w Gdańsku, Poznaniu, Krakowie, Łodzi, a nawet mróz nie powstrzymał organizatorów obchodów otwarcia Europejskiej Stolicy Kultury we Wrocławiu. To właśnie dzisiaj charakteryzuje klimat wokół foodtrucków – nadają się praktycznie na każda okazję i otoczenie. I z miesiąca na miesiąc stają się bardziej popularne.

Organizatorzy jednego z cyklu imprez branżowych, Żarcie Na Kółkach, przyznają że to miała być jednorazowa akcja. Obecnie mają na koncie kilka cykli w rożnych miastach, pomagają też przy organizacji FoodPortu, stałej miejscówki na warszawskim brzegu Wisły. Niedawno odebrali nagrodę Nocne Marki, przyznawaną przez magazyn Aktivist, jako Wydarzenie Roku 2015.

Wokół foodtrucków nagromadziło się wiele mitów. Pierwszy to taki, że mogą stawiać samochód gdzie chcą. Nic bardziej mylnego.

- Miasto tylko wystawia nam mandaty. Aby spokojnie pracować, musimy wynajmować plac od prywatnego właściciela – mówi Mateusz Wojnarowski, właściciel Pan Szama.

W Warszawie nie dość, że nie ma specjalnie wyznaczonych stref dla foodtrucków, jak w śródmieściach Paryża czy Monachium, ale nawet samo ustalenie, kto jest właściwym zarządcą terenu publicznego, jest często trudne. Rozwiązaniem jest Feel Good Food, firma która zarządza terenami pod biurowcami, podnajmując za 50 złotych dziennie miejsce rożnym foodtruckom, każdego dnia innym.

Kolejnym mitem jest to, że to interes młodych ludzi, którzy skrzyknęli się i razem „ogarnęli biznes”. Bolesław Dubowski z Wurst Wagen przyznaje, że foodtruck to bardziej rodzinny interes, niż szajka kumpli. Można go prowadzić na luzie, ale wymaga to i tak kilkunastu godzin pracy na dobę. A właściciele foodtrucków to ludzie, którzy mają już często kilkanaście lat doświadczenia zawodowego, zazwyczaj w innych branżach.

I ostateczny mit – że łatwo wystartować. Otóż nie do końca łatwo – sama inwestycja w samochód to minimum 50 000 złotych, niektórzy wydaja na to ok. 100 000. Niektórzy biorą kredyt, inny pożyczają od teściów. Wybór kuchni jest nie mniej ważny. Zdarza się, że minimum 90 procent foodtrucków na festiwalu czy na zlocie oferują burgery, i wszystkie mają przepyszne bułki własnego wyrobu i wyjątkowe, siekane przed chwilą mięso. Oryginalność oferty to bardzo istotna sprawa, ostatnio popularnością cieszy się kuchnia tajska, hinduska, a nawet niemiecka czy polska.

Mateusz, właściciel Pana Szamy opowiada, że szukając czegoś oryginalnego zastanawiał się czy będzie równocześnie fit i eko.

- I nasze klopsiki spełniają wszelkie wymagania. Nie dość, że odcinają się na tle burgerów, to są zdrowe. Codziennie  serwujemy rożne sosy i sałatki, aby nasi klienci o pierwsze się nie nudzili, a po drugie mieli poczucie, że jest świeżo – mówi Mateusz Wojnarowski.

Krzysztof Cybruch zwraca uwagę, że wielu posiadaczy foodtrucków, nawet jak odniosą sukces i trafią nawet na „listy najlepszych”, to kończą sezon na jesieni i później wypadają z obiegu, bo nie ma ich po prostu gdzie zjeść. A foodtruck żyje cały rok i cały tydzień. W tygodniu to lancze, w weekendy imprezy w lokalach, a w lato festiwale, zloty, wyścigi. Często się zdarza, że właściciele foodtrucków zakładają swoje stacjonarne „oddziały” i prowadzą interesy równoległe. Takim przykładem jest Bobby Burger, który kwitnie nad wyraz, jako sieć lokali w całej Polsce i to po kilka na miasto. Niektóre za to idą w innym kierunku, np. Kiełba w Gębie.

- Jak zaczynaliśmy, to foodtrucków było o wiele mniej i mimo wszystko łatwiej było zdobyć klienta. Także eventy branżowe nie zawsze solidnie są zorganizowane i mogą narazić właścicieli na straty. Podjęliśmy decyzję o wyjściu z branży i finansowo na tym zyskaliśmy – mówi Jarek Czechowski, do niedawna właściciel foodtrucka Kiełba w Gębie.

Obecnie Kiełba funkcjonuje jako kontener – w tym sezonie w Cudzie nad Wisłą, rok temu w Temacie Rzeka oraz jako jeden z pawilonów w … podziemnym pasażu na Dworcu Centralnym. Ale historia ma oryginalny happy end – Jarek foodtrucka sprzedał parze, która przyjeżdża z Francji po to, żeby prowadzić ten interes nad Wisłą i z tego żyć. Tak więc czekamy na Burrito In Love.

tagi: foodtruck
REDAKCJA SE.PL POLECA
Znajdź nas: