SuperBiz wiadomości Afera mięsna. Wyrok śmierci, który wstrząsnął całą Polską

Afera mięsna. Wyrok śmierci, który wstrząsnął całą Polską

19.03.2017, godz. 11:00
Skąd KARTKI na mięso
Nagie haki w sklepie mięsnym foto: FORUM

Stanisław Wawrzecki. To nazwisko do dziś kładzie się cieniem na PRL-owskim wymiarze sprawiedliwości. Dlaczego? Była to jedyna osoba skazana w tzw. aferze mięsnej na najwyższy wymiar kary, czyli śmierć przez powieszenie. Wyrok ten wydany został z naruszeniem prawa i był niewspółmierny do winy oskarżonego. Dziś mijają 52 lata od jego wykonania. Wyjaśniamy, czym była afera mięsna, dlaczego to na Wawrzeckim skupiła się największa złość PRL-owskiego systemu oraz dlaczego w PRL-u brakowało mięsa.

Mięso, a raczej jego nieustający brak, to główny symbol słusznie minionego ustroju. Jednym z pierwszych skojarzeń z PRL-em są nagie haki w sklepie mięsnym i gigantyczne kolejki, kiedy już coś do niego „rzucili”. Dlaczego na polskim rynku brakowało mięsa? Ze świecą szukać tego, kto odpowiedziałby na to pytanie jednoznacznie. W PRL-u funkcjonowało kilka teorii. Ludzie w miastach uważali, że samolubni chłopi wszystko przejadają, względnie sprzedają gdzieś pokątnie. Popularna teoria głosiła również, że prawie całe mięso jest wywożone do Związku Radzieckiego, a na rodzimy rynek trafiają tylko marne ochłapy. W obu wersjach było ziarno prawdy, ale odpowiedzialność za zły stan rzeczy należy zrzucić głównie na nieudolny system. Pośrednikiem w sprzedaży mięsa od chłopów było państwo, które w tej roli było nieporadne.

Marnotrawstwo pośród braków

- Państwo komunistyczne wciąż ustalało, komu, co, kiedy i za ile sprzeda. Dochodziło np. do sytuacji, że gdzieś tam lokalna władza zastanawiała się, co zrobić z mięsem, które leżało na hałdach obok przepełnionej chłodni. Mięso było przykryte brezentem, a właśnie kończyła się zima i trzeba było coś z tym zrobić. Paranoja. Oni się zastanawiali, a ludzie stali w kolejkach. Taka to była gospodarka – podkreślał w rozmowie z se.pl historyk dr Andrzej Zawistowski z IPN-u. Nie tylko problemy z magazynowaniem mięsa, a w konsekwencji wyrzucanie zepsutego produktu, są winne pustych półek w mięsnym. Zdaniem prof. Jerzego Kochanowskiego z Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego, który wypowiedział się dla Polskiego Radia, mięso było po prostu za tanie, przez co stało się najpopularniejszym i najbardziej pożądanym produktem spożywczym, a jego brak był tym bardziej dotkliwy.

ZOBACZ TEŻ: Tak się święcił 1 Maja w PRL-u. Wspomnienia naszych czytelników

Być może to właśnie dlatego PRL-owskie władze z Władysławem Gomułką na czele rozdmuchały aferę mięsną do granic możliwości. Chodziło o to, by proces miał wymiar propagandowy, aby już nikt nie odważył się na jakiekolwiek machloje w tak ważnej dla narodu gałęzi handlu. Wszystko zaczęło się w połowie lat 60-tych XX w. od donosu do Komitetu Partii. Ktoś zgłosił, że wie o procederze w Warszawie. Według „życzliwego” w stolicy panował układ między nadzorcami rynku mięsnego, a kierownikami sklepów. Ci pierwsi brali od drugich łapówki w zamian za większe dostawy do ich lokali. Władza zakasała rękawy. Rozpoczęło się dochodzenie. Pod lupę wzięto instytucję Miejski Handel Mięsem, która nadzorowała stołeczne sklepy. Jej dyrektorem był Stanisław Wawrzecki. Zbieżność nazwisk ze znanym aktorem Pawłem Wawrzeckim nie jest przypadkowa – Stanisław był jego ojcem.

Ile mięsa w kotlecie

Stanisław Wawrzecki urodził się w 1921 r., pochodził spod Mławy. Dorastał w chłopskiej rodzinie. Swoją przyszłość postanowił związać z Warszawą. Początkowo pracował w domu towarowym, gdzie nosił klientom dywany, ale zapisał się do partii i zaczął szybko awansować. W późniejszym czasie kontrolował np. stołeczne restauracje. Sprawdzał, czy w serwowanych kotletach znajduje się odpowiednia ilość mięsa. Tak też poznał swoją żonę, Bożenę, która kierowała jedną z knajp. Parze żyło się zupełnie nieźle, żona narzekała tylko, że Wawrzecki może za bardzo interesował „innymi babkami”, ale w końcu „który chłop tak nie ma”. Wszystko dało się wybaczyć, bo w końcu, jako dyrektor w handlu mięsem, przynosił do domu pieniądze, miał układy, był szanowany.

Idylla skończyła się 18 kwietnia 1964 r. Wawrzecki wracał ze służbowej podróży z Rumunii. Został zatrzymany już na warszawskim lotnisku Okęcie. Natychmiast przeszukano jego dom. W ogródku znaleziono zakopane złoto – koronny dowód na przyjmowanie łapówek w procederze, który, jak wyliczono, trwał 12 lat. Oprócz korupcji, władzom handlu mięsem zarzucono również nieprawidłowości przy jego sprzedaży – zaokrąglanie cen w górę, sprzedawanie tańszych rodzajów wędlin jako droższe, zezwolenie na wyjadanie zapasów przez pracowników sklepów na zapleczu. 20 listopada 1964 r. przed warszawskim Sądem Wojewódzkim rozpoczął się proces, który od początku miał maskować nieudolność władzy ludowej – ta, wpływając na prokuratorów i sędziów, chciała pokazać, że to nie z jej, lecz malwersantów, winy brakuje mięsa. Zdecydowano, że proces będzie odbywał się w tzw. trybie doraźnym, który pozwalał nadzwyczajnie zaostrzyć wyrok, od którego nie przysługiwało potem odwołanie. Decyzja ta była niezgodna z Konstytucją, ale władza nie zawracała sobie tym głowy.

Kogo krył Wawrzecki?

Wawrzecki przyznał się tylko do części zarzutów. Potwierdził, że brał łapówki, ale zaprzeczył, jakoby przywłaszczał sobie mienie sklepów, o co także został oskarżony. To jednak nie było ważne. Jego głowy zażądał ponoć sam Władysław Gomułka. Dlaczego? Być może Wawrzecki po prostu za dużo wiedział. Do dziś pojawiają się teorie, że kogoś krył – w aferze mięsnej było aż 1300 podejrzanych osób, aresztowano 400, wśród nich znalazło się 37 członków PZPR. Przed sądem, oprócz Wawrzeckiego, który był głównym oskarżonym, stanęło jednak tylko dziewięć osób. Trzem z nich groził najwyższy wymiar kary, czyli śmierć, którą w PRL-u wymierzano, oprócz najcięższych zbrodni, także za przestępstwa gospodarcze. Kontrowersje budzi fakt, że gdyby nie wspomniany tryb doraźny procesu, Wawrzecki dostałby maksymalnie pięć lat więzienia, a musiał pożegnać się z życiem. Sąd skazał go na śmierć jako jedynego z oskarżonych, choć prokurator wnosił o trzy najwyższe wyroki. Pozostałych skazano na dożywotnie lub wieloletnie pozbawienie wolności.

Stanisław Wawrzecki na ławie oskarżonych. Fot. (PAP/CAF/Bolesław Miedza), zdjęcie archiwalne

Główny oskarżony, kiedy 2 lutego 1965 r. usłyszał wyrok, był ponoć spokojny. Do końca był przekonany, że za lojalność zostanie ułaskawiony, że osądzono go wyłącznie na pokaz. Bardzo się jednak przeliczył. Kiedy 19 marca do jego celi w warszawskim więzieniu przy ul. Rakowieckiej przyszli strażnicy, już wiedział, że idzie na śmierć – i to zaledwie kilkanaście godzin po tym, jak prośbę o łaskę odrzucono. Jego współwięzień wspominał później, że Wawrzecki w okamgnieniu osiwiał z przerażenia. Miał ostatnie życzenie, chciał zapalić, choć wcześniej nie palił nigdy. Był cały zesztywniały, nie był nawet w stanie schwycić papierosa, strażnicy podpalili go i wcisnęli mu do ust. Chwilę potem było już po Wawrzeckim – wyrok wykonano przez powieszenie. Warszawska ulica komentowała to z czarnym humorem – mieli powiesić szynkę w sklepie, a powiesili Wawrzeckiego.

ZOBACZ TEŻ: Dlaczego nikt nie wykreślił PRL-u z Prawa prasowego?

Do dziś wokół kary śmierci dla Wawrzeckiego krąży wiele wątpliwości. Część akt ponoć spłonęła w tajemniczych okolicznościach, nigdzie nie zachował się też ślad po wniosku o ułaskawienie. Choć oskarżony nie zaprzeczał, że brał łapówki, na pewno nie było to przestępstwo, za które powinno się odbierać życie. Tak też w 2004 r. uznał Sąd Najwyższy, który uchylił wyrok, uznając, że został wydany z rażącym naruszeniem prawa. Sześć lat później rodzina skazańca otrzymała odszkodowania w łącznej kwocie ok. 400 tys. zł. Tylko co po tym wszystkim, skoro i tak już nic nie przywróci człowiekowi odebranego życia…

Źródła: historia.org.pl, polskieradio.pl, wyborcza.pl, se.pl, wiadomosci.wp.pl

autor: Piotr Osiński zobacz inne artykuły tego autora
REDAKCJA SE.PL POLECA
Znajdź nas: