SuperBiz wiadomości Karnawałowy bal w PRL

Karnawałowy bal w PRL

07.01.2017, godz. 11:00
KARNAWAŁ W PRL.
foto: SHUTTERSTOCK

W Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej na karnawałowe szaleństwo czekało wiele osób. Obywatele naszego kraju w mroźne noce doskonale bawili się na rozmaitych balach organizowanych przez zakłady pracy, domy kultury i restauracje. A jeśli komuś było mało, to z powodzeniem mógł liczyć na zaproszenie na prywatki.

W Polsce w latach 1952-1989 bale karnawałowe odbywał się praktycznie wszędzie. Na takich imprezach chętnie bawili się mieszkańcy zarówno większych, jak i mniejszych miast. Prominenci tańczyli na parkietach sal balowych renomowanych wówczas hoteli. Robotnicy i niżsi rangą pracownicy fabryk i urzędów musieli zadowolić się mniejszymi salami kameralnymi przy swoich zakładach pracy, w lokalnych domach kultury, restauracjach, a nawet remizami strażackimi. Jednak na złą zabawę nikt nie miał prawa narzekać.

Kolejka z miejscem

W siermiężnych czasach sezon karnawałowych zabaw rozpoczynał huczny sylwester. Kolejne bale swym charakterem i scenariuszem niewiele od niego odbiegały. Jeśli ktoś chciał się bawić na zorganizowanej imprezie w lokalu czy domu kultury musiał o to dużo wcześniej zadbać i zapisać się na listę uczestników oraz wpłacić zadatek. Spóźnialscy o zabawie mogli pomarzyć, bo miejsca zapełniały się błyskawicznie. Ci, którzy nie załapali się na bardziej wykwintny bal, mogli liczyć wyłącznie na obowiązkowy bal karnawałowy organizowany przez swój zakład pracy.

Lorneta i meduza

Na balu karnawałowym każdy miał miejsce przy stoliku zaścielonym białawym, niekiedy tu i ówdzie przypalonym papierosami, obrusem. Karnawałowe menu było tradycyjne. W bardziej wykwintnym wydaniu nie mogło zabraknąć klasycznego tatara, galarety z mięsem i marchewką oraz schabowego w grubej panierce. Zaś na balu zakładowym potrawy obowiązkowe to śledzik w śmietanie, sałatka jarzynowa formowana w kule, grzybki marynowane i gorący bigos z podłą kiełbasą. Posiłki miały być przede wszystkim zagryzką do czystej wódki. Na popitkę najbardziej nadawała się gazowana słodka oranżada. O deserach raczej nie myślano. Zdarzało się, że na stoły wjeżdżały proste ciasta i tłuste pączki.

Bal na sto par

Jednak najważniejsza była sama zabawa. Wszystkim zależało na szaleństwie do białego rana koniecznie przy prawdziwej orkiestrze, jak często szumnie nazywano zespół kilku grajków. Ale najważniejsze było to, że muzyka była grana na żywo. Cały bal prowadził wodzirej. Taniec obowiązkowy to wąż. Prowadzący taki pociąg nie odpuścił nikomu. Niekiedy rozrastał się on do takiej długości, że musiał wyjść na zewnątrz sali.

Na balach nie mogło zabraknąć również bardziej eleganckiego tańca, czyli czekoladowego walczyka. W tym przypadku panowie kupowali od np. przedstawiciela organizacji charytatywnej czekoladę lub wyrób czekoladopodobny, wręczali słodycze partnerce i dopiero ruszali na parkiet lub kupowali mdłe słodkości już w trakcie tańca.

Punktem obowiązkowym balu karnawałowego były wybory króla i królowej balu. Teoretycznie tytuły te zdobywali najlepsi i najbardziej wytrzymali tancerze. W praktyce bywało różnie. Nierzadko korony wędrowały np. do dyrektora zakładu i jego sekretarki albo jakiegoś lokalnego prominenta i jego towarzyszki.

Hitem parkietu były rozmaite zabawy praktykowane do dziś na przaśnych weselach. Na prawdziwym balu karnawałowym nie mogło zabraknąć tańca wokół krzeseł, tańca z partnerką trzymaną na rękach czy rozmaitych konkursów sprawnościowych.

Klient w krawacie

Nie bez znaczenia były stroje. Panowie koniecznie musieli wkładać na siebie garnitur. Do tego biała koszula i krawat lub muszka. Panie miały większe pole do popisu i kreacje dobierały do obowiązującej w danym czasie mody. Zdarzały się połączenia czerni z bielą. Jednak największy prym przez lata na karnawałowych balach wiodło srebro i złoto. Najważniejsze, by kreacja po prostu błyszczała. Taki efekt dawały przeplecione przez tkaninę błyszczące nitki, a w późniejszych latach mieniące się cekiny. Panie przed balem musiały obowiązkowo odwiedzić fryzjera i wyczesać na głowie pokaźny kok lub wykręcić ogromne loki. Rzecz jasna i fryzura musiała błyszczeć. A że nie było wówczas tylu kosmetyków, to musiano sobie radzić samemu. Panie przynosiły do fryzjera choinkowe bombki, ten je rozbijał, rozwałkowywał i takim własnej roboty brokatem obsypywał głowy. Każdy uczestnik karnawałowej zabawy już przy wejściu otrzymywał jeszcze kolorowy bardzo często po prostu kiczowaty kotylion, który należało elegancko przyczepić przy piersi.

W dobie PRL-u bywały też bale przebierańców. Oczywiście ze strojem nie należało przesadzać i lepiej było dokonywać wyboru kostiumu bardzo rozważnie. Mimo wszystko tutaj punktem wieczoru było rozstrzygnięcie konkursu na najlepsze przebranie męskie i żeńskie.

Prywatka, czyli domówka

Jeśli komuś bale organizowane przez zakład pracy czy restauracje nie wystarczały, mógł bawić się jeszcze na prywatkach. W okresie karnawału Polacy młodsi i nieco starsi z wielką chęcią zapraszali gości do domu. Specjalnie na tę okazję dekorowali mieszkania balonami i serpentynami. Na takie imprezy każdy przynosił coś do jedzenia. Prym wiodły domowe przetwory, sałatka jarzynowa, jajka w majonezie i krokiety z barszczem. Muzykę na żywo zastępowały aktualne hity płynące prosto z płyt winylowych. Obowiązkowo nad głowami gości kłębił się papierosowy dym.

REDAKCJA SE.PL POLECA
Znajdź nas: