SuperBiz wiadomości #myfirst7jobs: a czy Ty opisałeś już swoje pierwsze siedem prac?

#myfirst7jobs: a czy Ty opisałeś już swoje pierwsze siedem prac?

20.08.2016, godz. 16:00
Pierwsza praca
foto: SHUTTERSTOCK

Emocjonalny ekshibicjonizm, kolejny sposób na budowanie wizerunku w internecie – a może przeciwnie – chęć pokazania drugiej, mniej oficjalnej twarzy, którą mają zwłaszcza ci, którzy na co dzień pełnią „ważne” stanowiska? Teorii wyjaśniających popularność akcji #myfirst7jobs jest wiele, choć sama akcja zaczęła się raptem kilkanaście dni temu.

#myfirst7jobs to akcja, która rozpoczęła się na Twitterze, ale w Polsce cieszy się sporą popularnością również na Facebooku. Jej idea jest prosta: pod hasłem #myfirst7jobs (moich pierwszych siedem prac) internauci wyliczają zajęcia, dzięki którym zarabiali swoje pierwsze pieniądze, ale nie tylko. Na ich listach pojawiają się także zajęcia, które trudno uznać za zarobkowe, wielu uczestników akcji sięga bowiem do „zamierzchłych” czasów i opisuje, jak pomagali babci na wsi, sprzątali pokój czy pomagali rodzicom.

W wielu internetowych wyliczankach pojawiają się takie zajęcia jak rozdawanie ulotek, kelnerowanie, wyprowadzanie psa sąsiadów, opieka nad dzieckiem, praca za barem. Niektórych uczestników akcji dopada przy tym ponura refleksja: „Wypisałam sobie #myfirst7jobs i wynika z tego, że moje życie to (prawie) wieczny wolontariat” – pisze eV.

Czytaj również: GUS: Firmy chętniej zatrudniają i płacą więcej

Moda na #myfirst7jobs zapanowała także wśród blogerów, którzy szeroko opisują swoje zajęcia. Cała akcja bowiem to doskonała okazja do powspominania starych, dobrych (?) czasów. Pojawiają się opinie, że właśnie w tym tkwi sekret jej popularności. „Każda akcja, która odkurza korytarze wspomnień w naszej pamięci ma szanse nabrać rozpędu i szybko się rozpowszechnić” - pisze SlatterySheehan.

Swoje zdanie na ten temat mają też marketingowcy, PR-owcy i specjaliści od mediów społecznościowych. Sebastian Umiński, lider mediów internetowych regionu CEEMEA w firmie 3M w rozmowie z portalem WirtualneMedia.pl tłumaczy, że to sympatyczna inicjatywa dzielenia się tymi aspektami naszego życia, które nie są powszechnie znane. – Uzupełniają nasz obecny status: dodają dodatkowy wymiar aktualnemu stanowisku zawodowemu. Znajomi w humorystyczny sposób dzielą się swoimi porażkami i sukcesami, prześcigają w co bardziej egzotycznych wspomnieniach. To inny sposób zagadnięcia towarzystwa anegdotycznym „A wiecie, kiedyś zdarzyło mi się nawet pracować przy…” – mówi Umiński.

Zobacz także: Coraz więcej umów-zleceń. 13 zł za godzinę zatrzyma ten trend?

Jak przy każdej tego typu modzie pojawiają się również ci, którzy ją krytykują. Ich zdaniem #myfirts7jobs to kolejny sposób, za pomocą którego wrzucamy do sieci dużą porcję informacji na własny temat, ułatwiając tym samym zadanie tym, którzy na gromadzeniu takich danych zarabiają spore pieniądze (ewentualnie zarabiają je analizując te informacje).

Michał Wiśniewski, menażer OS3 w rozmowie z portalem WirtualneMedia.pl tłumaczy jednak, że raczej nie powinno się demonizować tego zjawiska. Chwaląc się „swoimi pierwszymi siedmioma pracami” należałoby być jednak ostrożnym. –  Mimo wszystko są to informacje sentymentalne i powinny być udostępniane jedynie wąskiej grupie znajomych. Podejrzewam, że może być to sztucznie napędzany trend przez firmę, a jeśli nie to w głowie chodzą mi już marki, które powinny zagarnąć potencjał tej akcji (…) – podkreśla. 

Specjaliści wskazują, że #myfirst7jobs to gotowy materiał do wykorzystania np. przez działy HR czy osoby zajmujące się employer brandingiem (budowaniem wizerunku firmy, które bazuje na pokazaniu, jak dobrym jest ona pracodawcą; często polega on na tym, że firmy w kampaniach marketingowych chwalą się swoimi pracownikami – teraz mogą to robić również pokazując, jakie były ich zawodowe początki).

MK

REDAKCJA SE.PL POLECA
Znajdź nas: