SuperBiz wiadomości Pieniądze z second handu. Kto w Polsce zarabia na ciucholandach?

Pieniądze z second handu. Kto w Polsce zarabia na ciucholandach?

21.08.2016, godz. 15:40
Ciucholand
foto: SHUTTERSTOCK

Na 5-6 mld zł szacowana jest wartość polskiego rynku odzieży używanej. Nasz kraj jest w tej dziedzinie prawdziwą potęgą –  nie tylko importujemy ubrania i inne tekstylia, staliśmy się również ich znaczącym eksporterem. Jak wygląda nasz „ciucholandowy” biznes?

Według danych GUS, na które powołują się autorzy publikacji „Czas na biznes. Odzież używana”, w second handach (szmateksach, ciucholandach, lumpeksach itd.) ubiera się niemal jedna trzecia dorosłych Polaków. Połowa kupuje tam ubrania dla dzieci.  Prawdziwy boom na tanią odzież Polska przeżywała w latach 90. Wtedy tego typu sklepy wyrastały jak grzyby po deszczu, wówczas również powstawały firmy, które dziś są prawdziwą potęgą w tym biznesie. Fakt, że ciucholandy również dziś cieszą się ogromną popularnością wśród klientów to po części nadal wynik ekonomicznej konieczności (ubierają się w nich ci, których nie stać na nową odzież), ale z drugiej strony – również rodzaj mody, a także przekonania, że ceny nowych ubrań dostępnych w naszych sklepach są zupełnie nie przystają do ich jakości.

Czytaj również: Hodowla psów – miłość do zwierząt czy do pieniędzy?

Z danych GUS wynika, że w 2014 r. import do Polski używanej odzieży i tekstyliów miał wartość 451 mln zł. Sprawdzamy je najczęściej z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Holandii, Norwegii i Danii. Od dłuższego czasu Polska jest jednak nie tylko importerem,  ale również eksporterem tego typu towarów. Szacuje się, że w 2014 r. wartość naszego eksportu wyniosła prawie 520 mln zł. Nasze firmy sprzedają go do krajów Europy Wschodniej (głównie Ukraina), do krajów azjatyckich (głównie Pakistan) oraz do Niemiec i krajów afrykańskich.

Przedsiębiorstwa działającej w tej branży zrzeszone są m.in. w Krajowej Izbie Gospodarczej Tekstylnych Surowców Wtórnych. Według autorów publikacji „Czas na biznes. Odzież używana” liczba sklepów z odzieżą używaną w Polsce wynosi w tej chwili ok. 30 tys.

Skąd się biorą ubrania w lumpeksach?
Na początek warto powiedzieć, że dziś, w porównaniu do lat 90., sklepy z używaną odzieżą są zdecydowanie bardziej zróżnicowane. Znajdziemy wśród nich i małe sklepiki wciśnięte w bramy kamienic, zlokalizowanie przy nie najbardziej – mówiąc delikatnie – reprezentacyjnych ulicach miast. Do tego dodać należy sklepy z małych miasteczek, które dziś najbardziej chyba przypominają dawne lumpeksy. Do tego należałoby dodać wielkie lumpeksy mieszczące się często w dawnych magazynach, w których zakupy robią i ci, którzy szukają ubrań na własny użytek, jak i osoby, które kupują tu towar do własnych, małych second handów. 

Coraz liczniejszą grupę sklepów stanowią te, które pretendują do miana bardziej eleganckich, z lepszym wystrojem, przymierzalniami, w których każda sztuka odzieży wyceniana jest indywidualnie. Są też takie ciuchlandy, które bardziej przypominają butiki (zresztą, same siebie tak najchętniej nazywają), w których kupimy ubrania najdroższych marek.

Zobacz także: Lody rzemieślnicze. Nowa moda czy powrót do tradycji?

Najwięksi gracze na tym rynku to jednak nie ci, którzy handlują detalicznie, ale firmy, które zajmują się przede wszystkim sprowadzaniem odzieży i tekstyliów, a w ostatnich latach – również ich pozyskiwaniem, przetwarzaniem  (np. czyściwo bawełniane używane w zakładach zajmujących się naprawą samochodów) i eksportem.

Za prawdziwego potentata na tym rynku uznaje się pochodzącą Kielc Vive Group. Przedsiębiorstwo zostało założone w 1992 r. przez Holenda Bertusa Servaasa jako Vive Textile Recycling – dziś jest to jedna z dziewięciu spółek wchodzących w skład Vive Group. Samo Vive Textile Recycling chwali się dziś zatrudnieniem na poziomie 1200 osób oraz tym, że dziennie przetwarza ok. 350 ton surowca.
W skład Vive Group wchodzi dziś również Vive Profit, czyli firma zajmująca się prowadzeniem second handów. W tej chwili pod tą marką w całym kraju działają 23 sklepy, 10 sierpnia br. firma zapowiedziała otwarcie kolejnego – tym razem w Zabrzu.

Vive niemal „przez miedzę” sąsiaduje z kolejnym gigantem na tym rynku, czyli firma Wtórpol ze Skarżyska-Kamiennej założona przez Leszka Wojteczka. Również ta firma powstała na początku lat 90. O ile jednak Vive skupia się dziś głównie na imporcie tekstyliów z Zachodu, Wtórpol wyrósł na prawdziwego potentata w pozyskiwaniu odzieży nie tylko w Polsce, ale również na Węgrzech, Słowacji i w Czechach. Firma prowadzi też własne ciucholandy, znajdujące się głównie w południowej Polsce.

Może Cię zainteresować: Lodowi potentaci i nie tylko, czyli jak działa branża zimnych słodkości

Na swojej stronie internetowej Wtórpol informuje: „Jesteśmy jednym z największych przedsiębiorstw tej branży w Europie i na świecie. Wtórpol daje utrzymanie ok. dwu tysiącom rodzin. Surowiec pozyskujemy za pomocą 54 000 kontenerów, ustawionych na terenie Polski, Czech, Słowacji i Węgier. Mieszkańcy bezpłatnie mogą pozbywać się niepotrzebnej odzieży, którą my kierujemy do ponownego użytku w różnej formie”.

To właśnie ten element działalności Wtórpolu budził swego czasu sporo kontrowersji. Kontenery opatrzone logo Polskiego Czerwonego Krzyża (firma miała podpisaną umowę z PCK) zachęcały Polaków do oddawania ubrań dla potrzebujących. W rzeczywistości trafiały one jednak do sortowni Wtórpolu. PCK otrzymywał oczywiście za to pieniądze, które mógł przeznaczać na dzielność charytatywną. Dla wielu był to jednak kontrowersyjny sposób na zachęcanie do oddawania ubrań.

Dziś Wtórpol zachęca wrzucania ubrań do kontenerów w inny sposób. Firma podkreśla przede wszystkim, że pozbywając się ich w ten sposób postępujemy ekologicznie, ponieważ ubrania nie trafiają na śmietnik, tylko poddawane są recyklingowi. W 2012 r. firma powołała również „Fundację Eco Textil Dzieciom Niepełnosprawnym od Was dla Was” – i to jej logo znajduje się dziś na kontenerach Wtórpolu.

Czytaj: 34 mld zł na modernizację polskiej armii. Kontrakt dla USA i Francji

Przedsiębiorstwem znanym w branży jest Alka Hurt (w internetowych rejestrach znaleźliśmy informację, że oficjalna nazwa firmy to P.H.P.U. „ALKA” Rafał Demidowicz), której magazyny mieszczą się w Majdanie koło Warszawy. Nazwa firmy przewija się na forach internetowych (odwiedzanych zarówno przez miłośników secondo handów, jak i tych, którzy rozpocząć działalność w tym biznesie i szukają dostawcy) głównie w kontekście sieci ciucholandów „Szmizjerka” – ich właścicielem jest właśnie Alka Hurt.

Prowadzeniem własnych sklepów (również sklepu internetowego), pozyskiwaniem odzieży (również nowej, która nie sprzedała się w sklepach) oraz jej eksportem  - m.in. na rynki afrykańskie i azjatyckie zajmuje się także firma Textil Trade z miejscowości Skarszewy (woj. pomorskie).

Zyskujemy kosztem innych krajów?
Teoretycznie fakt, że z kraju, który przez lata był tylko odbiorcą odzieży używanej z krajów zachodnich staliśmy się również jej eksporterem powinien budzić zadowolenie. Jest jednak jedno „ale”. Wiele krajów afrykańskich podejmuje dziś próby obrony swoich rynków przed importem używanej odzieży z Zachodu. Dlaczego? Okazuje się, wprawdzie ich mieszkańcy mają dzięki temu dostęp do tańszych ubrań, ale z drugiej strony zalew tanich tekstyliów przyczynił się do drastycznego pogorszenia kondycji lokalnych fabryk bawełny.

Przykładem może być sytuacja Kenii. Rozkwit przemysłu tekstylnego w tym kraju przypadał na połowę lat 80. Jak wynika z opracowania "Policy Research On The Kenyan Textile Industry. Findings and Recommendations” (opublikowanego przez Affrican Cotton Textile Industries Federation), na początku lat 90., wraz z otwarciem rynku na import, tamtejsze fabryki zaczęły produkować znacznie mniej surowca.

Sprawdź: Więcej inwestujemy za granicą, niż zagranica u nas

Skutki tego kryzysu kenijski przemysł tekstylny odczuwa do dziś, a jako jeden ze sposobów na jego przezwyciężenie wskazywane jest ograniczeniu importu odzieży secondo hand – tym bardziej, że często pod tą nazwą, z powodu niższego cła, sprowadzane są do Kenii nowe ubrania.

Głównym importerem odzieży używanej do Kenii są Stany Zjednoczone, jednak jeżeli kraj ten, podobnie jak inne kraje Afryki, zdecydowałby się na przykład na wprowadzenie całkowitego zakazu importu (a takie pomysły również się pojawiają), skutki tego mogłyby odczuć także polskie firmy.

MK

REDAKCJA SE.PL POLECA
Znajdź nas: