SuperBiz wiadomości Ile zarabia prostytutka. Czego chcą klienci

Ile zarabia prostytutka. Czego chcą klienci

07.06.2017, godz. 10:15
Prostytucja za granicą
Tabliczka przedstawiająca napis "Dzielnica Czerwonych Latarni w Amsterdamie" foto: SHUTTERSTOCK

W Polsce prostytutki zarabiają od 120 do 200 zł za godzinę. Coraz częściej świadczą usługi zupełnie inne niż te, z którymi powszechnie się kojarzą – stanowią dla swoich klientów wsparcie, gwarantują im bliskość, której ci nie doznają na co dzień. Można zaryzykować twierdzenie, że dostęp do ich działalności jest powszechny… W jaki sposób polski seksbiznes zawędrował do tego miejsca, w którym jest teraz?

Temat prostytucji jest tak szeroki, jak odległą genezę ma to zjawisko, czyli bardzo. W końcu o paniach lekkich obyczajów nie na darmo mówi się, że wykonują najstarszy zawód świata. Kobiety oferujące usługi seksualne można było spotkać niezależnie od epoki i zakątka globu. Jeśli chodzi o Europę, prostytucja - nawet w średniowieczu - albo nie wzbudzała większych kontrowersji, albo była traktowana jak zło konieczne.

ZOBACZ TEŻ: Wstydliwe początki bankomatu

Jako coś nagannego postrzega się ją od połowy XVI w., czyli czasów reformacji. W Polsce nie było okresu, w którym nierząd byłby prawnie traktowany na równi z innymi profesjami, ale też nieszczególnie z nim walczono. W okresie II Rzeczypospolitej społeczeństwo uważało seksbiznes za coś zupełnie naturalnego, a jeśli nawet wzbudzał on negatywne emocje, po prostu się o tym nie mówiło. Do 1919 r. w Polsce działały nawet domy uciech, ale te zamknięto dekretem Ministerstwa Zdrowia Publicznego – chodziło tu jednak nie o względy ideologiczne, a sanitarne, czyli walkę z szalejącym syfilisem.

Od 1922 r. prostytutki mogły wykonywać swoją pracę tylko pod ścisłą kontrolą służb sanitarnych. Nadzór sprawowali lekarze państwowi oraz funkcjonariusze policji obyczajowej. Prostytutki musiały posiadać legitymacje sanitarne nazywane żółtymi książeczkami i co tydzień poddawać się kontroli lekarskiej. Dr Urszula Glensk, zajmująca się tematem prostytucji w międzywojniu, uważa jednak, że dawało to tylko złudne poczucie bezpieczeństwa, bo możliwości ówczesnej medycyny były zbyt ograniczone, by skutecznie chronić zdrowie pań lekkich obyczajów oraz ich klientów, a nadzór służył bardziej jako forma represji. W dodatku kontrola była nieskuteczna – książeczki posiadało tylko 30 proc. prostytutek.

Panie świadczące usługi seksualne dzieliły się na kilka grup. Kobiety najbardziej oczytane czy tancerki erotyczne brylowały na bankietach, na ulicy można zaś było spotkać tzw. piesze prostytutki, które wyczekiwały swoich klientów. Najtańsze z nich brały za usługę 50 gr, za co mogły sobie kupić pół bochenka chleba czy dwa litry mleka. Szanse na większy zarobek miały ciężarne. Te w II RP cieszyły się wyjątkowym powodzeniem… Najsmutniejsze jest to, że kobiety bardzo często trudniły się nierządem, bo były do tego przymuszane przez alfonsów a nawet własnych mężów. Przemoc wobec prostytutek była na porządku dziennym.

ZOBACZ TEŻ: Jak rosyjski oligarcha kupił sobie noblowski medal

Choć prostytucję dopuszczano, nie wolno było prowadzić domów rozkoszy. Te zeszły do podziemia, ale przeważnie wszyscy sąsiedzi takiego przybytku i tak świetnie wiedzieli, co się tam znajduje. Bardzo często takie miejsce nie było pod opieką mężczyzn, a jakichś „przedsiębiorczych” kobiet, które w II Rzeczypospolitej nazywano pieszczotliwie ciotkami. Niezależnie od płci, prowadzący domy schadzek musieli się liczyć z tym, że za łamanie prawa trafią do więzienia na pięć lat. Trzyletnia odsiadka groziła też samym osobom do towarzystwa, ale tylko w przypadku odpłatnego świadczenia usług homoseksualnych, mimo że same w sobie takie akty nie były penalizowane.

Po wybuchu II wojny światowej na terenie okupowanej Polski powstawały niemieckie sieci domów publicznych dla wojskowych. Jak działał ten biznes? Źródła dotyczące tego tematu są bardzo skąpe, szerzej dostępna jest właściwie tylko praca niemieckiej historyk, Maren Roeger. W swojej książce opisuje ona domy uciech, które założono na ziemiach polskich zaledwie w ciągu roku od początku okupacji. Niemcom chodziło o to, by ich żołnierze mogli zaspokoić swoje potrzeby bez narażania się na choroby weneryczne, stąd też seks poza oficjalnie wyznaczonymi do tego lokalami był surowo zabroniony.

Nie każdy niemiecki żołnierz mógł wejść do każdego domu uciech – działały oddzielne miejsca dla szeregowych i dla oficerów. Co ciekawe, mimo że seks z Polkami (według ideologii nazistowskiej - podludźmi) był surowo zabroniony, to w oficjalnych domach publicznych przymykano na to oko. Jeśli jednak Niemiec korzystał z usług polskiej prostytutki poza takim lokalem, mógł za to trafić do obozu koncentracyjnego. Zdarzało się, że Polki pracujące w niemieckich domach uciech były do tego przymuszane, ale wiele z nich godziło się na to, aby po prostu mieć jakiekolwiek środki do życia w tych koszmarnych czasach, czy nawet w zamian za ocalenie swoich bliskich.

ZOBACZ TEŻ: Polska rajem dla krętaczy? Wszystko o szarej strefie

Nie lepiej było w PRL-u. W komunistycznym państwie oficjalnie takie zjawisko jak prostytucja nie istniało. Władza uważała je za patologię zgniłego Zachodu, a w tak doskonale funkcjonującym jak Polska Rzeczpospolita Ludowa kraju o ucisku kobiet przez nierząd nie mogło być mowy. Realia nie były jednak tak kolorowe. Najtrudniej prostytutkom żyło się tuż po wojnie. Kobiety oddawały się za drobne sumy, tani alkohol czy nawet jedzenie. Zmuszała je do tego sytuacja, bo w zrujnowanym kraju przymierały głodem. Swoje usługi świadczyły na gruzach zburzonych domów. W powojennej Warszawie nazywano je więc „gruzinkami”.

Komunistyczne władze, dostrzegając problem, nie zdecydowały się na wprowadzenie zakazu prostytucji, ale stworzyły sekcję do walki z nierządem. Prostytutki, jak przed wojną, musiały się rejestrować i przechodzić okresowe badania lekarskie. Szybko jednak się z tego wycofano, a w 1952 r. Polska ratyfikowała konwencję ONZ, która zakazywała rejestracji osób świadczących usługi seksualne. Cztery lata później ewidencję prostytutek przywrócono jednak w 16 miastach, bo nierząd zaczął się szerzyć. Na przełomie lat 40-tych i 50-tych szacowano, że w Polsce pracuje ok. 4 tys. prostytutek. Dane te jednak celowo zaniżano, a jaki był stan faktyczny, do dziś nie wiadomo.

ZOBACZ TEŻ: Zobacz, ile zarabia się w Warszawie

W latach 60-tych prostytucją zajmowały się bardzo często panie zatrudnione w państwowych instytucjach, dorabiając sobie w ten sposób po godzinach. Z tego powodu ukuto na nie określenie „biurwa”. Taka działalność nie była karana - w 1969 r. ustawodawca wprowadził za to do Kodeksu karnego zakaz sutenerstwa. Osoby, które z nierządu innych czerpały korzyści, mogły za to trafić za kratki nawet na 10 lat. Z biegiem czasu wśród prostytutek zaczęły kształtować się kasty. Prócz tanich kobiet, z których oferty mógł skorzystać zwykły Kowalski, usługi zaczęły świadczyć panie znające języki, dzięki czemu mogły polować na przyjeżdżających do Polski obcokrajowców. A ci płacili amerykańską walutą.

Średnia stawka za noc wynosiła 10 dolarów. Pieniądze wystarczyło wymienić u cinkciarza, by spokojnie żyć przez cały miesiąc. Za cztery noce dolarowa prostytutka mogła zarobić tyle, ile za 30 dni pracy otrzymywał dyrektor dużego przedsiębiorstwa! A stawki rosły – na nierządzie w jedną noc można był zarobić nawet 20-50 dolarów. Zdarzało się, że kobiety lekkich obyczajów w niedługim czasie odkładały sobie pieniądze na zakup mieszkania. Prostytutki pozyskiwały swoich klientów, obstawiając hotele, bary czy kawiarnie. Popularne stały się wyjazdy na Pomorze, gdzie dolary można było dostać od marynarzy czy niemieckich turystów. Tak narodziły się „mewki”, czyli kobiety pracujące na północy Polski. Później określenie to rozszerzyło się na prostytutki w całym kraju.

ZOBACZ TEŻ: Uwaga na oszustów! Nowa metoda „na nieboszczyka”

Do połowy lat 80-tych w Polsce praktycznie nie istniały domy uciech. Te pojawiły się wobec wzrostu świadomości ludzi możliwością zakażenia wirusem HIV. Choć nie było ich dużo i funkcjonowały nielegalnie, przyciągały klientów, którzy zapewne czuli się bezpieczniej, uprawiając seks w takich przybytkach, zamiast w jakimś przypadkowym miejscu. Kiedy nastały lata 90-te, a wraz z nimi zmiana ustroju, seksbiznes zaczął się rozwijać. Nie było już cenzury, więc panie lekkich obyczajów mogły publikować w gazetach swoje anonse, a za szybami aut pojawiły się ulotki zachęcające do skorzystania z usług domów publicznych.

Te jednak nie mogły (i nie mogą) działać oficjalnie. Zaczęto je więc określać mianem agencji towarzyskich, salonów masażu czy klubów dla panów. W latach 90-tych pojawiły się też sekstelefony. Dzwoniąc pod legendarny już numer z prefiksem 0-700, klient, płacąc za minutę połączenia krocie, mógł zaspokoić swoje potrzeby bez wychodzenia z domu, poniekąd przy udziale drugiej osoby. Przy drogach na skalę masową pojawiały się zaś tzw. tirówki, świadczące usługi kierowcom samochodów ciężarowych. W 1997 r. w życie weszła nowelizacja Kodeksu karnego. Po raz kolejny prostytucji nie zakazano i do dziś jej kwestia jest nieuregulowana prawnie. A jak wiadomo, skoro coś nie jest zabronione, to jest dozwolone. W Kodeksie zamieszczono jednak zapis o karze dla sutenerów. Za czerpanie korzyści z nierządu drugiej osoby można dziś trafić za kratki na pięć lat. Jeśli ktoś pozyskuje w ten sposób środki dzięki osobie nieletniej, kara ta wzrasta do lat dziesięciu.

ZOBACZ TEŻ: Banknot wraca do NBP po 9 mies., moneta – po 25 latach! Jak to możliwe?

Mimo że jest to zabronione, domy publiczne działają, ale ich pracownice oficjalnie nie świadczą usług seksualnych. W wielu przypadkach policja nie jest w stanie udowodnić właścicielowi takiego przybytku, że pozwala on na uprawianie seksu z klientami, bo ten przedstawia regulamin albo też umowy pracownic, w których znajdują się zapisy, że nie spółkują one za pieniądze, a umilają panom czas samym swoim towarzystwem. Sporą rewolucję seksbiznes przeszedł dzięki internetowi. Coraz częściej zdarza się, że to same panie biorą sprawy w swoje ręce, reklamując się w sieci i przyjmując klientów we własnych mieszkaniach. Policja uważa jednak, że często i tak stoi za tym zorganizowana grupa przestępcza, która pobiera od prostytutek haracz „za ochronę”. Wynosi on nawet 50-70 proc. zysków.

Szacuje się, że obecnie w Polsce działa 200 tys. prostytutek. Ile zarabiają? Organizacja Havoscope, która zajmuje się analizami szarej strefy na świecie, podaje, że polskie prostytutki mogą liczyć na 30-50 dolarów (120-200 zł) za godzinę pracy. Główny Urząd Statystyczny szacuje, że polski rynek usług seksualnych wraz z przemytem oraz produkcją i obrotem narkotykami wart jest nawet 16 mld zł rocznie. Z całej wspomnianej trójki legalna jest wyłącznie prostytucja, ale nie jest opodatkowana, a żadne rozsądne rozwiązania do dziś w tym zakresie się nie pojawiły.

Zmienia się za to profil działalności prostytutek. Coraz częściej mają one do czynienia z klientami, którzy przychodzą do nich, aby się wyżalić czy po prostu porozmawiać. Trend ten zauważa znany seksuolog, prof. Zbigniew Izdebski, który od lat bada zjawisko prostytucji. Mówi on, że panie lekkich obyczajów skarżą mu się, iż dziś są bardziej psychoterapeutkami niż córami Koryntu. Tak samo uważa Jolanta, krakowska prostytutka, z którą w 2014 r. rozmawiał „Newsweek”. – Zamiast się bz...ć jak ludzie, klienci ciągle gadają o problemach. Co to, ja Ewa Drzyzga jestem? – pyta retorycznie kobieta.

ZOBACZ TEŻ: Uważaj, wymieniając zniszczone banknoty. Możesz dostać tylko pół ich wartości

Prostytucja to zajęcie niewdzięczne, ale nie ma się co łudzić, że seksbiznes kiedykolwiek zniknie. Może więc powinien w końcu zostać w pełni zalegalizowany? W tym przypadku mogłoby być tak, jak jest z papierosami i alkoholem, ze sprzedaży których część zysku trafia na leczenie chorób wywołanych tymi używkami. A więc Skarb Państwa korzystałby dzięki wpływom z podatków, a przy tym przeznaczał jakiś procent np. na pomoc kobietom w wyjściu z seksbiznesu. Aby jednak podjąć kroki w kierunku zmiany przepisów, należałoby wszcząć dyskusję, na którą na razie się nie zanosi, bo taki pomysł mógłby być źle postrzegany w naszym wciąż konserwatywnym społeczeństwie. Jak z kolei wygląda świat seksbiznesu za granicą? Odpowiedź poznancie dzięki galerii nad tekstem.

Źródła: cpk.org.pl, havocscope.com, newsweek.pl, onet.pl, wysokieobcasy.pl, dw.com, interia.pl

autor: Piotr Osiński zobacz inne artykuły tego autora
REDAKCJA SE.PL POLECA
Znajdź nas: