Historia PRL

Bo każdy pijak to złodziej. Plagi i blagi PRL

2022-08-22 14:27

O zrzucanie stonki na Rzeszę oskarżał aliantów Goebbels. Władzom PRL nie było wstyd z powodu inspiracji. Ważne, że goebbelsowska propaganda, raz a dobrze pomyślana, działała zawsze i wszędzie. W PRL znaleźli się nawet świadkowie, przekonani, że widzieli samoloty z napisem "USA", z których wiadrami wysypywano coś drobnego

W latach 50. w stonkę zrzucaną przez imperialistów do Bałtyku, po to by czyniła spustoszenie wyszedłszy na brzeg, wierzyła większość polskich chłopów. Propaganda wykorzystała nawet północne wiatry, które podrywając stonkę z pół, zanosiły ją nad morze. Wygrzebującą się z powrotem na brzeg pokazywały potem kroniki filmowe, dla których atak stonką był pierwszym z tematów zastępczych.

Podniebne akty haniebne

Dla entomologów i specjalistów od ochrony roślin masowe pojawienie się stonki w 1950 r. nie było zaskoczeniem. Pierwszy komunikat na ten temat ukazał się w NRD, gdzie od razu zasugerowano, że za plagą stoją Amerykanie. Stonkę mieli oni zrzucać z samolotów na pola w NRD i Czechosłowacji oraz właśnie do Bałtyku. Minister rolnictwa ZSRR, Iwan Benediktow, pisał o zagrożeniu upraw ziemniaka przez "koloradskowo kartofelnowo żuka amierikancow".Ta plaga wskazała wroga, który rujnuje, co z kolei sprawia, że nie można za wiele zbudować. Władza w Polsce Ludowej, jak każda dyktatura, potrzebowała wyimaginowanych zagrożeń i wrogów. Bez nich nie miałaby kogo oskarżać o niepowodzenia, a nie powodziło się jej na potęgę. Plag spadło na Rzeczpospolitą Ludową kilkanaście. Żeby zadziałały, w umysłach większości rodaków musiały panować "egipskie ciemności" – ciągnące się za krajem "kościółkowe" dziedzictwo sanacji. Większość obywateli była zdania, że najlepiej, kiedy wokół jest "po bożemu". Dotyczyło to nie tylko tego, co dzieje się w domu, gdzie trzeba prać swoje brudy, ale i poza domem, gdzie "nie wypada się wyróżniać, a panienkom śmiać się głośno nie uchodzi".

Podkopujący but na słoninie

Do Polski przenikały echa zachodnich mód i ruchów społecznych, zwłaszcza młodzieżowych. Stąd nasi bikiniarze, dzięki paczkom UNRY i bazarom ubrani całkiem stylowo. Co nie podobało się w nich władzy? Krótko mówiąc, wszystko. Bikiniarskie buty na słoninie, marynarki w kratkę i fryzury z fantazją nad czołem były wystarczająco oryginalne, by zostać wyszydzonymi przez ciemny lud. Ale poza tym trzeba było mieć w zanadrzu coś, co sprawi, że młodzież odbiegająca modelem od junaka w proletariackiej czapce zacznie być uważana za niebezpieczną dla kraju i jego "zdrowego jądra". Zaczęto więc piętnować pesymizm i zblazowanie - nie tylko u niespełniających oczekiwań artystów, ale i u młodzieży: najpierw u bikiniarzy. W PRL postęp społeczny szedł noga w nogę z konserwatywnym rygoryzmem pedagogicznym. To właśnie na nim oparto oskarżenia bikiniarzy o podważanie wartości własnej kultury, destrukcję sumień i podkopywanie fundamentów życia rodzinnego. Obywatel na wskroś konserwatywny musiał w tym względzie przyznać komunistom świętą rację. I bum! - genialne posunięcie działało, dzięki czemu bikiniarzy nie lubił nikt. Bici i znieważani wykruszyli się, zanim ich podeszwy na słoninie zdążyły się zetrzeć. Kroniki filmowe jeszcze długo epatowały materiałem nakręconym gdzieś na warszawskiej Pradze, gdzie grupę malowniczych bikiniarzy mających wyszukane fryzury milicja obywatelska legitymowała na okoliczność "co obywatel robi tu w godzinach pracy". Ponieważ obywatel, który tańczył do jazzu z tranzystorowego radyjka, nie robił tu nic, załadowano go do suki. Twarze praskich bikiniarzy pokazywano z bliska, aby uwydatnić "pesymizm i zblazowanie". Materiały o bikiniarzach montowano, na przemian z nimi pokazując młodych ludzi ciężko pracujących w miejscach, do których zblazowanie nie ma wstępu.

Startowanie z mety

Upijanie się kilka razy w tygodniu było w PRL normą. Robotnicy pili wódkę do obiadu po przyjściu z pracy, przesypiali na kanapie do wieczora, a potem zaczynali pić na serio, jedną lufę po drugiej, z sąsiadem, z kolegą, z dorosłym synem, czasem z żoną. Uczniowie starszych klas podstawówki wychylali na przerwach tanie wina kupione na mecie. Pojawiła się genialna układanka słowna, kto wie, czy nie sklecona w pijackim widzie: "Tanie wino jest dobre, bo jest dobre i tanie". Państwo, w którym regularnie upijało się pięć milionów mieszkańców zawdzięczało taki stan władzy, która przychody Państwowego Monopolu Spirytusowego uczyniła jedną z najważniejszych pozycji budżetowych, przynoszących do 15 proc. wpływów. Polacy kupowali alkohol, zapobiegając galopującej inflacji. Gdyby społeczeństwo, w którym władza widziała podpity motłoch, porzuciło zamiłowanie do trunków, państwu groziłoby bankructwo. Mimo to lansowano plagę pijaństwa jako tę, która ograbia naród z dóbr. Odtąd - to pijani inżynierowie projektowali buble, zalani w trupa pracownicy zakładów krawieckich przyszywali podszewki na wierzchu, a zaprawieni drwale, zamiast w drzewo uderzali siekierami w siebie. Liczba wypadków w leśnictwie przekładała się sprytnie na niewystarczającą liczbę mebli na rynku. Piciem można było uzasadnić i usprawiedliwić wszystko. Z lubością pokazywano w telewizji, jak obywatele, którzy dawno powinni być w domu, spędzają noce dochodząc do siebie na przystankach PKS. Na pijaków zwalano winę za wszelkie niedociągnięcia, niedobory, a nawet nieurodzaje. Bo pijani lotnicy zrzucali nawozy nie na te pola, co trzeba, robili akrobacje odwracające uwagę od pracy itd.

Złodziejska smykałka

Społeczeństwo pozbawione podstawowych dóbr, zmuszane do spędzania życia w kolejkach i w urzędach z powodu przerośniętej biurokracji, resztę czasu przeznaczało (jeśli nie na picie) na kombinowanie. Wiele rozwiązań przejęto z czasów okupacyjnych, reszta pojawiała się w miarę potrzeb. Łapówki i dowody wdzięczności stały się codziennością. Przyjmowano je już bez krygowania się, a wręczano bez żenady. Innym przejawem złodziejstwa, było wynoszenie z pracy wszystkiego, co może się przydać w domu. Kreślarze kradli z biur projektowych ołówki, "Flamastry Alfa 7 kolorów", brystol, a nawet gumki. W fabrykach zaczęto wypełniać kieszenie śrubkami, biustonosze wełną, a specjalne woreczki w podszewkach cukierkami. Z budów wynoszono materiały budowlane, w PGR-ach niemal jawnie szabrowano "państwowe, czyli niczyje". Kradziono na potęgę, co nie znaczy, że nieskradzionego pozostawało niewiele. Było zupełnie inaczej: wszystkiego było za mało, a to, co skradziono, stanowiło promil niedoboru. Zrzucanie ekonomicznych problemów na złodziejstwo stało się pierwszym naprawdę poważnym alibi polskiej władzy komunistycznej. Picie trwało zbyt długo, żeby dobrze się na nim wesprzeć. Złodziejstwo było czynem wypromowanym w odpowiednim momencie, powszechnie potępianym z ambon, trafiającym do wyobraźni głodnych, ale uczciwych, a poza tym można było tak manipulować jego efektami, żeby stworzyć winę, ustanowić drakońską karę i jeszcze się na ukaranych wyżyć z użyciem błota i śliny. Przechodnie, pytani przez Kronikę Filmową, jak walczyć ze złodziejstwem, mieli receptę jeszcze przedwojenną: "Lać w mordę!". Władza miała własne pomysły.

Zobacz twarz dywersji

Za przywłaszczenie dwóch koszul, kalesonów i kilku kur wydała wyrok 7 lat i 6 miesięcy pozbawienia wolności, za wyjście ze szpitala z piżamą pod ubraniem posłała pacjenta na 8 miesięcy za kratki. Za zrabowanie z hotelu dwóch żyletek z importu - na rok. Sprawy nagłaśniano w mediach, pokazywano "delikwentów" z komentarzem: "zapamiętaj tę twarz, to twarz dywersji!". Lansowano tezę, że złodziejstwo jest świadomym narażaniem kraju na straty, a więc stawaniem po stronie wroga. Prywatnych przedsiębiorców ukazywano jako złodziei wspólnego dobra: Jerzy Czesław Blikle został w 1956 r. aresztowany za zakup 15 jajek (w państwowym sklepie na potrzeby prywatnej firmy). To była jaskółka ulubionej plagi komunistów. Za spekulantów uważano niemal wszystkich "prywaciarzy". Sądzono, że ich dochód pochodzi właśnie ze spekulacji, czyli z uzyskiwania wyższej ceny za to, co kupili taniej. Spekulant był kimś, kto kradł własność społeczną, za jaką uważano np. mięso, i na nim zarabiał. Spekulantów poszukiwano pośród osób z dyrekcji zakładów pracy, fabryk czy z kierownictwa PGR-ów. Jeśli komuniści trafili na obiecujący trop, montowali ogólnokrajową aferę. Tak było z aferą mięsną, w której głównego oskarżonego, Stanisława Wawrzeckiego, dyrektora przedsiębiorstwa Warszawa-Praga, ukarano śmiercią. W trakcie śledztwa aresztowano 400 podejrzanych w sprawie kradzieży, fałszowania dokumentów i podmiany towaru. Dążono do tego, żeby to spekulantów Polacy obwiniali za brak mięsa na sklepowych półkach, a nie władzę. Gomułka mówił: "Mięso by było, gdyby nie aferzyści”. Blagi z plagami spadały władzy jak z nieba. Całą tą szarańczą komuniści potrafili uderzyć nie tylko w krytykę swojego nieudolnego systemu, ale i w konkretne grupy społeczne. Po każdej z plag Polska była coraz mocniej kontrolowana. "Inkwizycyjny" kodeks karny miał rzekomo powstrzymywać plagi, ale komuniści dobrze wiedzieli, że wysokość kar nie wpływa na przestępczość. Dlatego "w temacie plag" byli zabezpieczeni: Jak im się ktoś nie podobał, to go karali, a plagi, jako alibi dla nieudolności rządzących, miały się doskonale.

Vlog Sławomira Kopra - najzabawniejsze momenty

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki

Najnowsze