Alarmujące dane. Polska traci pozycję lidera w produkcji AGD
Liczby mówią same za siebie i nie są to dobre wieści dla polskiej gospodarki. Jeszcze do niedawna byliśmy europejskim potentatem w produkcji sprzętu AGD. Dziś naszą pozycję z ogromną siłą odbierają Chiny. Zgodnie z najnowszymi danymi Eurostatu i organizacji APPLiA Polska, od stycznia do lipca 2026 roku na unijne rynki trafiło ponad 26,5 mln sztuk sprzętu AGD z Chin. W tym samym czasie z Polski wyjechało zaledwie 9,1 mln urządzeń.
To nie jest chwilowe zachwianie. To stały trend, który widać gołym okiem. Podczas gdy import z Chin rośnie w tempie ponad 12 proc. rocznie, polskie dostawy spadają. Wartościowo wygląda to jeszcze gorzej. Import chińskiego AGD do Europy przekroczył już wartość 3,2 mld euro, podczas gdy eksport z Polski skurczył się do nieco ponad 2 mld euro. Azjatycki gigant kontroluje już ponad 38 proc. unijnego rynku, a udział Polski spadł do zaledwie 13,2 proc. - informuje "Rzeczpospolita".
Dlaczego chiński sprzęt jest tak tani? Nierówna walka producentów
Skąd tak gigantyczna różnica w udziale w rynku? Odpowiedź, jak zwykle, tkwi w cenie. Jak wskazują importerzy, koszt wyprodukowania jednej pralki w Chinach to średnio 150 euro. Ten sam model z fabryki w Turcji kosztuje już 220 euro, a z zakładu w Polsce – aż 270 euro. Przy takiej przepaści trudno mówić o równej konkurencji.
Nie chodzi tu jednak wyłącznie o niższe koszty pracy. Eksperci wskazują, że za agresywną ekspansją stoi polityczna decyzja chińskiego rządu, który na wielu płaszczyznach wspiera swoich eksporterów – od ulg podatkowych po pomoc logistyczną i doradczą. Najpierw chińskie firmy produkowały dla znanych europejskich marek, a potem, zdobywając rynek i wiedzę, zaczęły z całą mocą promować własne brandy.
Przedstawiciele branży mówią wprost, że tej nierównowagi nie da się już zasypać samą wydajnością.
Polska branża AGD ma skalę, kompetencje i zaplecze produkcyjne, ale nierównowagi kosztowej, zwłaszcza w zakresie energii i surowców, nie da się już zrekompensować wyłącznie efektywnością. Bez szybkich decyzji wkrótce zamiast o konkurencyjności będziemy rozmawiać o zamykaniu zakładów i utracie miejsc pracy – mówi Maurizio David Sberna, dyrektor ds. government and external relations w Beko Europe.
To problem, który narasta od lat. Jak zauważa Konrad Pokutycki, prezes BSH w Polsce, jeszcze w 2014 roku udział urządzeń AGD z Azji w europejskim rynku wynosił 15,3 proc. Dziesięć lat później, w 2024 roku, było to już 28,2 proc. Dziś, w 2026 roku, sytuacja jest jeszcze bardziej dramatyczna.
Bruksela działa zbyt wolno. Pomoc dla branży jest niewystarczająca
W obliczu narastającego kryzysu oczy całej branży zwrócone są na Brukselę. Komisja Europejska od dwóch lat pracuje nad rozwiązaniem, które ma wyrównać szanse – to mechanizm CBAM, czyli rodzaj cła węglowego. Chodzi o to, by producenci spoza Unii, np. z Chin, musieli ponosić podobne koszty emisji CO2, jakie dziś ponoszą europejskie fabryki. To w teorii brzmi dobrze, bo polskie zakłady płacą za emisje związane z produkcją stali czy aluminium, a chińska konkurencja – nie.
Problem w tym, że unijna machina działa w ślimaczym tempie, a jej propozycje są dalekie od oczekiwań. Komisja Europejska zaproponowała wpisanie na listę chronionych produktów jedynie pralek, lodówek oraz suszarek, co stanowi zaledwie 47 proc. polskiej produkcji dużego AGD. Branża od miesięcy apeluje o rozszerzenie listy o kluczowe kategorie, takie jak zmywarki (Polska produkuje 60 proc. zmywarek w UE), piekarniki czy płyty kuchenne. Bezskutecznie.
Dzisiaj mówienie o wyrównywaniu szans to już za mało, trzeba wprost powiedzieć o konieczności wsparcia sektora z ogromnym znaczeniem choćby dla zatrudnienia i eksportu. Politycy nie mieli świadomości, jak duże znaczenie ma sektor dla gospodarki – mówi bez ogródek Wojciech Konecki, prezes APPLiA Polska.
Co gorsza, nawet jeśli Bruksela w końcu poszerzy listę, to i tak nie będzie przełomu. Szacuje się, że cło CBAM podniesie koszt chińskiego sprzętu o zaledwie 2-3 euro na sztuce. To kropla w morzu potrzeb przy różnicy w cenie sięgającej ponad 100 euro.
Co dalej z polskim AGD? Ryzyko zamykania fabryk rośnie
Sytuacja jest krytyczna, a czas na działanie się kończy. W Polsce działa dziś około 30 dużych fabryk sprzętu AGD, a cały sektor wraz z poddostawcami daje pracę ponad 100 tysiącom osób. To właśnie te miejsca pracy są teraz na szali. Branża nie ma złudzeń: zagrożone fabryki AGD w Polsce to nie jest odległa perspektywa, a realne ryzyko, które może zmaterializować się w ciągu kilku najbliższych lat. Tylko w zeszłym roku w Europie zamknięto pięć zakładów, a to prawdopodobnie dopiero początek.
Producenci próbują walczyć o przetrwanie na własną rękę, ale bez wsparcia są bezradni. Jak przyznaje Robert Stobiński, prezes Grupy Amica, branża prowadzi intensywne rozmowy z politykami w Polsce i w Parlamencie Europejskim.
Bez zrównania warunków konkurowania nie jesteśmy w stanie rywalizować z producentami z Azji. W perspektywie kilku lat ryzyko zamykania kolejnych fabryk gwałtownie rośnie, a niestety działań wspierających europejskich producentów nadal nie ma – podkreśla Stobiński.
Przemysł od lat apelował do rządu o wprowadzenie programu dopłat do wymiany starych, energochłonnych urządzeń na nowe. Taki ruch nie tylko pobudziłby konsumpcję i pomógł fabrykom utrzymać produkcję, ale też przyniósłby korzyści budżetowi i pozwolił Polakom oszczędzać na rachunkach za prąd. Pomysł jednak przepadł, mimo że podobne programy z powodzeniem działały w innych krajach.
Bez natychmiastowej i zdecydowanej reakcji ze strony rządu Donalda Tuska i urzędników w Brukseli, czarny scenariusz jest niemal pewny. Etykietka „Made in Poland”, z której przez lata byliśmy dumni, może wkrótce zniknąć z pralek, lodówek i zmywarek w całej Europie.
