- Przedsiębiorca z Bielska-Białej kupił prezerwatywy i wystawił fakturę na Kancelarię Premiera.
- Chciał w ten sposób udowodnić, że KSeF jest "dziurawy"
- Ekspert podatkowy ostrzega przed konsekwencjami prawnymi takich działań.
Kupił prezerwatywy z fakturą na Kancelarię Premiera. Chciał tak skrytykować KSeF
Przedsiębiorca Tomasz Sidorczuk z Bielsko-Białej opublikował na TikToku nagranie, jak kupuje prezerwatywy w aptece, a później bierze fakturę na Kancelarię Premiera. Jak podała Wirtualna Polska, w rozmowie z autorem nagrania przyznał, że chciał w ten sposób pokazać ułomności Krajowego Systemu e-Faktur (KSeF) wprowadzonego 1 lutego.
Sidorczuk w ten sposób zarzuca, że w toerii każda osoba może wygenerować fakturę na zakupy podając dane dobrowolnej instytucji publicznej. W efekcie księgowi instytucji otrzymają takową fakturę i będą musieli ją zweryfikować. Autor nagrania przyznał, że poprosił potem o anulowanie faktury, bo nie chciał szkodzić księgowym kancelarii premiera, a jedynie zwrócić uwagę na problem w systemie.
Akcja była nietrafiona? Wcześniej też dało się wystawiać fikcyjne faktury
Główny doradca podatkowy InFakt w rozmowie z Wirtualną Polską powiedział, że materiał wcale nie pokazuje luki w systemie, bo wystawiać fikcyjne faktury można było jeszcze przed wprowadzeniem KSeF. Wystarczyło poprosić o papierową fakturę na dowolny NIP i cudze dane.
Podstawowa różnica polega jednak na tym, że przed wprowadzeniem systemu cyfrowych faktur, dokument mógł zginąć, zostać zniszczony, lub funkcjonować jedynie w obiegu papierowym - a w KSeF pozostaje na trwale zapisany w systemie. Dopiero na etapie rozliczeń podatkowych i czynności sprawdzających następuje weryfikacja, czy faktura dotyczy rzeczywistej transakcji.
Juszczyk ostrzegł także, że wystawianie faktur dla żartu może skończyć się poważnymi problemami z prawem.
- Jeśli ktoś świadomie wprowadza w błąd osobę wystawiającą fakturę co do danych nabywcy i doprowadza do sporządzenia dokumentu poświadczającego nieprawdę, naraża się na odpowiedzialność karną. Za tego typu czyn grozi kara do trzech lat pozbawienia wolności - powiedział Juszczyk w rozmowie z WP.
