- Zapowiedź premiera Donalda Tuska o możliwej obniżce cen paliw.
- Warunek: podpis prezydenta pod ustawą o podatku od nadzwyczajnych zysków.
To informacja, na którą czeka wielu kierowców. Przed wtorkowym posiedzeniem rządu premier Donald Tusk złożył jasną deklarację. Jak zapowiedział, rząd ma plan na obniżenie kosztów tankowania, ale jego realizacja zależy od jednej decyzji. Chodzi o podpis prezydenta Karola Nawrockiego pod ustawą, która ma opodatkować ponadprzeciętne zyski firm z sektora paliwowego.
Co musi się stać, żeby ceny paliw w 2026 roku spadły?
Według Tuska, piłka jest po stronie Pałacu Prezydenckiego. Premier postawił sprawę jasno – jeśli prezydent podpisze ustawę, rząd natychmiast uruchomi kolejną odsłonę programu "Ceny Paliwa Niżej" (CPN). To właśnie ten mechanizm ma bezpośrednio przełożyć się na portfele kierowców.
Ja gwarantuję, że jeśli prezydent wreszcie podpisze ponownie złożoną teraz ustawę o nadzwyczajnych zyskach, to natychmiast po tym podpisie zrealizujemy kolejny wariant CPN, czyli obniżenia cen paliw
– powiedział premier Donald Tusk. Podkreślił, że to nie obywatele są winni kryzysowi paliwowemu, dlatego nie oni powinni ponosić jego największe koszty.
Jak tłumaczy premier, na każdym kryzysie paliwowym obywatele tracą, a wielkie koncerny zarabiają krocie. Jako przykład podał Orlen, którego zysk netto za pierwsze półrocze 2026 roku sięgnął prawie 16 mld zł, podczas gdy rok wcześniej było to niecałe 6 mld zł. Rząd chce opodatkować tę różnicę, by mieć środki na obniżenie podatków w cenie paliwa, takich jak VAT i akcyza.
Polityczny spór o miliardy. Dlaczego prezydent Karol Nawrocki zablokował poprzednią ustawę?
To już drugie podejście rządu do tego samego pomysłu. Pierwsza ustawa została uchwalona przez Sejm na początku lipca 2026 roku, ale ostatecznie nie weszła w życie. Zdecydował o tym prezydent Karol Nawrocki, który zamiast złożyć podpis, skierował dokument do Trybunału Konstytucyjnego. Jego główny zarzut dotyczył zasady niedziałania prawa wstecz.
Problem polegał na tym, że ustawa miała wejść w życie w sierpniu, ale podatek obejmowałby zyski firm osiągnięte już od marca. Według prezydenta była to niedopuszczalna próba nałożenia podatku za okres, który już minął. Premier widzi to inaczej. Ostrzega, że bez tych pieniędzy i w obliczu wojny na Bliskim Wschodzie, ceny na stacjach mogą niedługo osiągnąć poziomy, „o jakich nikt nie śnił w najgorszych snach”. Wprost obarcza prezydenta odpowiedzialnością za ewentualne rekordowe podwyżki.
Panie prezydencie, więc proszę to podpisać, bo tu chodzi o pieniądze ludzi, więc szkoda naprawdę każdego dnia
– apelował premier Donald Tusk.
Co dokładnie zakłada nowy podatek? Najważniejsze założenia i harmonogram prac
Nowy projekt ustawy, którym we wtorek zajęła się Rada Ministrów, w swoich kluczowych założeniach jest niemal identyczny jak ten zablokowany przez prezydenta. Zakłada, że firmy paliwowe zapłacą 60-procentowy podatek od nadwyżki przychodów, którą osiągnęły między marcem a grudniem 2026 roku. Podstawą do obliczenia daniny ma być różnica między faktycznymi przychodami a tymi, które firmy osiągnęłyby przy swojej średniej marży z 2025 roku, powiększonej o 20 procent.
Rząd szacuje, że do budżetu państwa z tego tytułu wpłynie około 4 mld zł.
Co więc się zmieniło? Przede wszystkim argumentacja prawna. W uzasadnieniu nowego projektu, rząd powołuje się na orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego. Przekonuje, że zasada niedziałania prawa wstecz nie jest absolutna, a w nadzwyczajnych sytuacjach – jak obecny kryzys na Bliskim Wschodzie – można od niej odstąpić, by chronić inne wartości konstytucyjne.
Rząd chce, by nowe przepisy weszły w życie już 1 listopada 2026 roku. Sprawy nabierają tempa – Sejm ma zająć się projektem już w środę, a głosowanie zaplanowano na piątek. Wszystko zależy teraz od tego, czy argumenty rządu tym razem przekonają prezydenta Karola Nawrockiego.