SuperBiz opinie Przywileje prezydentów USA. Potężna władza i supersprzęt

Przywileje prezydentów USA. Potężna władza i supersprzęt

06.11.2016, godz. 17:32
Duda jak Obama
Barack Obama foto: EAST NEWS

9 listopada poznamy nazwisko 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych. Każdy z potencjalnych wyników wyborów będzie sensacyjny. Bowiem albo po raz pierwszy w historii do Białego Domu wprowadzi się kobieta w roli głowy państwa, albo zostanie nim miliarder do niedawna niezwiązany z wielką polityką. Bez względu na nowego przywódcę USA, do jego dyspozycji będą niezbyt duże zarobki i supersprzęt.

Każdy prezydent USA posiada ogromną władzę. Nie tylko dlatego, że jest przywódcą najpotężniejszego nadal państwa na świecie, ale również dlatego, że łączy w sobie funkcje przypisywane w Europie zarówno głowom państw jak i premierom. To gospodarz Białego Domu ma dostęp do kodów atomowych uzbrajających głowice jądrowe i sprawuje nadzór nad potężną armią oraz licznymi służbami. Dodatkowo stoi na czele rządu, ale sam nie posiada inicjatywy ustawodawczej. Może jednak bez porozumienia z Kongresem wysłać wojsko za granicę. Jednak parlament może ograniczać zapędy prezydentów poprzez obcinanie budżetu na poszczególne wydatki czy nie ratyfikowanie umów międzynarodowych wcześniej już sygnowanych prezydenckim podpisem.

Na co dzień liderzy Stanów Zjednoczonych mają do dyspozycji opancerzoną limuzynę, zwaną "bestią", samoloty umożliwiające rządzenie krajem z powietrza, stałą ochronę, która początkowo została stworzono do łapania skarbowych oszustów, a to wszystko przy niespecjalnie dużej pensji - w 2011 roku Barack Obama uzyskał 394 tysiące dolarów (ok. 1,5 mln zł) z pensji prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Zobacz także: Wybory w USA, czyli jak wygląda głosowanie w Ameryce

Bestia - pancerna limuzyna
Czasy kiedy prezydenci USA jeździli kabrioletami odeszły w niepamięć po zamachu na Johna F. Kennedy'ego ponad 60 lat temu. Obecnie korzysta się z pancernych fortec, którym bliżej do pojazdu bojowego niż zwykłego samochodu. Mowa o Cadillacu One, nazywanej "bestią". Niewiele o niej wiadomo, gdyż dla bezpieczeństwa najważniejszego pasażera, szczegóły techniczne pojazdu są trzymane tajemnicy. Z tego co zdradziły już wcześniej amerykańskie służby, "Bestia" jest limuzyną zbudowaną na podwoziu Chevroleta Kodiak, waży osiem ton i zużywa 30 litrów benzyny na 100 km. Obecny model limuzyny wszedł do użytku 20 stycznia 2009 roku. Cena samochodu wynosiła 600 tys. dolarów, czyli równowartość około 2 mln zł.

Auto jest wyposażone w system wewnętrznego obiegu powietrza, dzięki czemu przez jakiś czas - bez opuszczania pojazdu - prezydent i jego ochrona, kierowca są w stanie przetrwać. Cadillac One jest kuloodporny, jego opony są w stanie jechać nawet jeśli są poprzebijane. Pojazd jest zdolny uchronić pasażerów przed pożarem, a nawet atakiem biologicznym czy chemicznym.

Superauto czasem jednak zawodzi. Pokazała to wizyta Baracka Obamy w Dublinie, kiedy wyjeżdżając z terenu ambasady USA, prezydencka limuzyna nie była w stanie przejechać progu zwalniającego i dosłownie zwisła w powietrzu. Szczęśliwie wówczas prezydent nie przebywał w samochodzie.

"Bestia" nie jest odporna również na inne błędy ludzkie. Trzy lata temu maszyna została unieruchomiona i odholowana na platformie w Tel Awiwie, kiedy kierowca przez pomyłkę zatankował benzynę zamiast oleju napędowego.

Podniebny Biały Dom
Jeszcze większe wrażenie niż Cadillac One, robi wrażenie Air Force One, czyli samolot w prezydenckiej służbie. Air Force One ma pancerne okna, opancerzoną powłokę, systemy służące do zmylenia radarów wroga, wyrzutnie flar do przechwytywania pocisków.

Jest przygotowany do pokonania na "jednym baku" aż 13 tys. km, ale po tym dystansie nie musi lądować, ponieważ można go zatankować w locie. Do niedawna prezydentom służyły dwa Boeingi 707-320B, a obecnie na wyposażeniu są dwa identyczne Jumbo Jety wykonane na specjalne zamówienie - koszt obu maszyn to wydatek rzędu 650 mln dol.

Ciekawostką jest fakt, że przydomek "Air Force One" i "Air Force Two" - samolot wiceprezydenta, przyjmuje każda maszyna na pokładzie której znajduje sie głowa państwa.

Agenci od podatków
Są cieniem prezydenta i wiceprezydenta, amerykańskich VIP-ów, a nawet kandydatów do Białego Domu. United States Secret Service (ang. Tajna Służba Stanów Zjednoczonych) kojarzona się z ochroną osób publicznych, jak w Polsce Biuro Ochrony Rządu.

Sprawdź również: Pot, noga i gafy. Jak debaty prezydenckie wpływały na historię

Jednak to niejedyne uprawnienia agentów Secret Service. Mają oni za zadanie ochronę emisji i wykrywania fałszerstw pieniędzy, przeciwdziałaniu korupcji, oszustwom finansowym, kradzieżom tożsamości oraz przestępczości komputerowej.

Może to dziwić, ale takie były też pierwotne zadania funkcjonariuszy Secret Service, kiedy powoływano ją do działania jeszcze w połowie XIX w. Jednak już na samym początku kolejnego wieku zaproponowano, aby agenci chronili prezydentów po tym jak dokonano zamachu na prezydenta Williama McKinleya w 1901 roku. Dlaczego nie powołano do życia nowej agencji? W tamtych czasach tajna federalna służba, która mogła legalnie działać na terenie całych Stanów Zjednoczonych.

W 1968 roku, po zamachu na kandydującego wówczas na prezydenta USA Roberta Kennedy'ego, Kongres USA zatwierdził także ochronę osobistą dla kandydatów ubiegających się o fotel prezydenta. W 1994 roku zostało zatwierdzone, że każdy prezydent, opuszczający stanowisko po 1997 r., otrzyma osobistą ochronę Secret Service na 10 lat. 16 lat później Obama rozszerzył ochronę dla byłych prezydentów dożywotnio.

REDAKCJA SE.PL POLECA
Znajdź nas: