Spis treści
Ogromne koszty nagród dla poszukiwaczy skarbów
Nowa ustawa o ochronie zabytków, która ma wejść w życie 1 stycznia 2027 roku, zapowiada prawdziwą rewolucję, choć dla wielu szokujące są jej koszty. Państwo szykuje się na wydatek przekraczający 6 miliardów złotych rocznie.
O jakich dokładnie kwotach mowa? Nowe przepisy mówią wprost: za znalezisko o „szczególnej wartości historycznej, artystycznej lub naukowej” poszukiwacz może otrzymać nagrodę pieniężną w wysokości do 25-krotności przeciętnego wynagrodzenia. "Rzeczpospolita" wskazuje, że mowa tu o kwocie sięgającej 222 tys. zł. W wyjątkowych przypadkach może to być nawet 30-krotność, czyli ponad 267 tys. zł. Jeśli znalezisko nie zostanie uznane za tak cenne, nagrodą będzie jedynie dyplom.
Główną pozycją na liście są oczywiście obiecane nagrody dla poszukiwaczy skarbów. Zgodnie z szacunkami, które już w 2024 roku przedstawiła generalny konserwator zabytków Bożena Żelazowska, same nagrody mogą pochłonąć w pierwszym roku aż 3,25 mld zł. Do tego trzeba doliczyć koszty administracyjne: stworzenie 59 nowych etatów dla konserwatorów, zakup samochodów służbowych i przygotowanie magazynów na znaleziska. To wszystko razem daje kwotę 3,277 mld zł.
Ale to dopiero połowa historii. W tych wyliczeniach nie uwzględniono bowiem kosztów ekspertyz, które będą niezbędne do oceny wartości każdego znaleziska. A to od nich zależy, czy poszukiwacz dostanie nagrodę pieniężną, czy tylko dyplom. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego szacuje, że same ekspertyzy mogą kosztować dodatkowe 3 mld zł rocznie. W ten sposób łączne koszty nowelizacji ustawy o zabytkach sięgają ponad 6 mld zł rocznie, co stanowi niemal 70% całego budżetu resortu kultury. Dla porównania, na promocję czytelnictwa w Polsce przeznacza się rocznie niewiele ponad 8 mln zł.
Jak ma działać aplikacja dla poszukiwaczy?
Pomysł był prosty: koniec z biurokracją i czekaniem na zgodę konserwatora. Zgodnie z nowymi przepisami, każdy hobbysta będzie mógł zgłosić chęć poszukiwań za pomocą specjalnej aplikacji mobilnej. Wystarczy podać swoje dane, termin, obszar działania i złożyć oświadczenie o posiadaniu zgody właściciela terenu. System automatycznie wygeneruje potwierdzenie i można ruszać w teren.
W praktyce aplikacja, która ma kosztować 2,5 mln zł, wciąż nie istnieje, mimo że ustawa została uchwalona w lipcu 2023 roku. Co więcej, jej stworzenie zlecono Instytutowi Łączności z pominięciem przetargu, co od razu wzbudziło poważne wątpliwości prawne. Resort kultury dopiero teraz zamawia opinie, czy taka ścieżka była w ogóle dopuszczalna.
Jednak największym problemem jest brak fundamentu, na którym aplikacja miałaby działać. Chodzi o dokładne, cyfrowe mapy stanowisk archeologicznych. Te, które są dostępne w portalu „e-zabytek”, nie mają precyzyjnych współrzędnych geograficznych. Tymczasem wojewódzkie urzędy ochrony zabytków wciąż pracują na mapach papierowych. Bez digitalizacji tych danych zakaz poszukiwań na chronionych stanowiskach archeologicznych, który podtrzymuje nowa ustawa o ochronie zabytków, staje się fikcją. Poszukiwacz, zaznaczając obszar w aplikacji, nie będzie miał jak sprawdzić, czy nie wchodzi na teren objęty ochroną.
Dlaczego archeolodzy krytykują nową ustawę o zabytkach?
Wprowadzenie wysokich nagród pieniężnych budzi ogromne emocje społeczne i sprzeciw w środowisku naukowym. Archeolodzy wieszczą prawdziwą „gorączkę złota” i wskazują na poważne ryzyko nadużyć. Jak zwraca uwagę prof. Maciej Trzciński z Uniwersytetu Wrocławskiego, ustawa nie chroni przed zgłaszaniem do nagród przedmiotów znalezionych w przeszłości.
Nikt nie będzie w stanie zweryfikować, czy np. 10 grotów z epoki brązu zostało znalezionych w 2027 r., czy kilka lat wcześniej – ostrzega.
Zdaniem ekspertów, perspektywa wysokich zarobków sprawi, że dla wielu osób poszukiwania staną się sposobem na życie, a nawet mogą powstać firmy, które uczynią z tego swój model biznesowy. Prof. Jacek Górski, dyrektor Muzeum Archeologicznego w Krakowie, nie kryje oburzenia.
Byłbym szczęśliwy, gdyby taka fortuna była przeznaczana na badania archeologiczne i ochronę zabytków, która jest niedofinansowana – mówi w "Rzeczpospolitej".
Problemów jest jednak nawet więcej. Każde znalezisko pociąga za sobą kolejne wydatki: na ekspertyzę, konserwację i magazynowanie. Tymczasem muzea już teraz pękają w szwach.
Mam nieodparte wrażenie, że za państwowe pieniądze finansujemy hobby poszukiwaczy – dodaje prof. Trzciński.
Inaczej widzą to sami zainteresowani. Paweł Kozłowski z Polskiego Związku Eksploratorów uważa, że argumenty o gigantycznych kosztach są przesadzone. Jego zdaniem, wysokie nagrody dla poszukiwaczy skarbów będą przyznawane tylko za znaleziska o szczególnej wartości, a w większości przypadków skończy się na dyplomie. Przekonuje też, że szacunki kosztów wysyłki dyplomów, tj. 5 mln zł, są zawyżone, a samo kwestionowanie wydatku rzędu 10 zł na list polecony w zamian za cenny zabytek jest kompromitujące. Jako przykład podaje własne doświadczenia.
Oddałem do tej pory średniowieczny topór z XIV w., monetę rzymską o wartości 400–500 zł, kilkadziesiąt różnych monet o wartości ok. 1500 zł, krzyż biskupi o wartości ok. 300 zł i wiele innych, i za żaden z tych zabytków nie dostałem ani nagrody, ani dyplomu, ani nawet wzmianki w muzeum, że to ja byłem znalazcą – wylicza Kozłowski dla "Rzeczpospolitej".
Pozostaje też kwestia braku dokładnych, cyfrowych map stanowisk archeologicznych budzi ogromne zdziwienie w środowisku poszukiwaczy. Paweł Kozłowski z Polskiego Związku Eksploratorów nie rozumie, jak to możliwe, że państwo po tylu latach wciąż nie ma odpowiednich narzędzi, skoro na samą digitalizację map w ramach projektu zabytek.pl wydano 42 miliony złotych.
Czy mamy rozumieć, że fundusze, które poszły na stworzenie np. projektu Archeologicznego Zdjęcia Polski, wydano w sposób nieefektywny? Dlaczego obywatel ma być ofiarą niesprawności państwa? – pyta Kozłowski.
Faworyzowanie amatorów?
Archeolodzy wskazują na jeszcze jeden problem, który ich zdaniem narusza konstytucyjną zasadę równości wobec prawa. Chodzi o skrajnie różne wymagania stawiane amatorom i profesjonalistom. Jak gorzko podsumowuje prof. Jacek Górski, dyrektor Muzeum Archeologicznego w Krakowie, poszukiwacz-amator po prostu zgłosi chęć przez aplikację i może zacząć działać. Tymczasem naukowiec musi przejść przez biurokratyczną gehennę.
Ja, aby zacząć kopać, muszę przedstawić program badań, zapewnić finansowanie, spełniać określone wymagania, jak wykształcenie czy staż pracy, znaleźć instytucję, która przechowa materiały, i wreszcie przywrócić teren do stanu pierwotnego – wylicza prof. Górski.
Jego zdaniem to dowód na to, że państwo abdykowało w kwestii ochrony dziedzictwa. Naukowiec stwierdził, że "historia to oceni, zapewne jednoznacznie, ale niestety stanowiska archeologiczne, w przeciwieństwie do drzew, nie odrosną”.
"Okrągły stół"
Zdaniem części naukowców, kolejne przesuwanie terminu wejścia ustawy w życie to żadne rozwiązanie. Jak pokazuje doświadczenie ostatnich lat, byłoby to tylko „przedłużenie terminu, w którym nic się nie dzieje”. Prof. Bartosz Kontny, dziekan Wydziału Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego, idzie o krok dalej. Uważa on, że ustawa, przeprowadzona bez żadnych konsultacji ze środowiskiem archeologicznym, powinna zostać w całości uchylona.
Jego propozycja to rozpoczęcie prac od nowa, ale tym razem we właściwy sposób. Nie może być tak, że skoro wcześniej poszukiwacze narzucili swoją wersję, to teraz prawo stworzą sami naukowcy. Potrzebny jest „okrągły stół”, przy którym usiądą detektoryści, archeolodzy i konserwatorzy, by wypracować kompromis. Prof. Kontny dodaje, że doświadczenia innych krajów pokazują, że współpraca pasjonatów i profesjonalistów jest możliwa i może przynieść świetne rezultaty.
Ministerstwo nabiera wody w usta
Co Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego zamierza zrobić z tykającą bombą, jaką jest nowa ustawa? Czy termin wejścia w życie, wyznaczony na 1 stycznia 2027 roku, zostanie po raz kolejny przesunięty, a może cała ustawa trafi do kosza? Odpowiedzi na te pytania są równie niejasne, jak przyszłość samych przepisów, gdyż resort nie pospieszył ze szczegółowymi informacjami.
Rzecznik ministerstwa Piotr Jędrzejowski przyznaje, że trwają prace nad zmianami w ustawie, ale unika konkretów.
Zmiany w zakresie zasad prowadzenia poszukiwań zabytków nie przybrały jeszcze ostatecznej formy projektu ustawy skierowanego do Rządowego Centrum Legislacji. Tym samym nie jest aktualnie możliwe wskazanie ostatecznego zakresu planowanych zmian ani przesądzenie terminów ich procedowania – informuje rzecznik.
Ministerstwo dodaje, że ma plan na weryfikację znalezisk – konserwator będzie mógł przeprowadzić oględziny na miejscu lub zdalnie. Co zaś z pieniędzmi na nagrody? Tu również pojawia się warunek.
Rzecznik MKiDN zapewnia, że środki na nagrody za znalezienie zabytków archeologicznych zaplanowano, ale ich ostateczna kwota będzie zależna od przyjętego budżetu, a nagrody będą przyznawane w miarę dostępności środków. To stawia pod znakiem zapytania całą ideę finansowego motywowania poszukiwaczy.
Wygląda na to, że państwo uchwaliło prawo, do którego wdrożenia samo nie jest gotowe ani finansowo, ani technicznie, pozostawiając w niepewności zarówno archeologów, jak i tysiące pasjonatów z wykrywaczami metali.