Wymuszona ewakuacja budynku przy Hirszfelda 2 na warszawskim Ursynowie to sygnał ostrzegawczy dla mieszkańców bloków z wielkiej płyty. Ponad 40 rodzin musiało opuścić mieszkania z powodu zagrożenia katastrofą. Nadzór budowlany nakazał opróżnienie obiektu, zabezpieczenie i wyłączenie z użytkowania, mimo że mieszkańcy słyszeli wcześniej zapewnienia, że sytuacja jest pod kontrolą.
Decyzja została później uchylona, a prokuratura wszczęła śledztwo dotyczące zaniechania napraw i zbyt późnej ewakuacji mieszkańców. Wstępne ekspertyzy wskazują, że źródłem pęknięć może być błąd konstrukcyjny z lat 80. – brak dylatacji między segmentami budynku, połączony z nierównomiernym osiadaniem gruntu. Ale mieszkańcy i lokalna prasa wskazują też na zmiany stosunków wodnych po budowie pobliskiego tunelu Południowej Obwodnicy Warszawy.
Sytuacja przy Hirszfelda 2 ma więc konkretny powód i nie oznacza, że miliony mieszkań w całej Polsce zaczną składać się jak domki z kart. Warto jednak potraktować ten przypadek jak sygnał ostrzegawczy i zadać sobie pytanie o kondycję PRL-owskich osiedli. Błyskawiczne tempo ich budowy, błędy wykonawcze i nierówna jakość materiałów sprawiają, że po pół wieku coraz ważniejsze staje się nie to, ile lat ma dany blok, lecz to w jakim stanie jest jego konstrukcja.
„Produkujemy nowy dom”
Początki dzisiejszych problemów sięgają czasów PRL. Wyż demograficzny, industrializacja i związana z nią, masowa migracja ze wsi do miast sprawiły, że tradycyjne budownictwo nie mogło sprostać potrzebom państwa, które wciąż odbudowywało się po II wojnie światowej. Odpowiedzią stały się „fabryki domów”, produkujące gotowe, betonowe elementy przewożone na place budów.
CZYTAJ WIĘCEJ: Wielka płyta z PRL - historia, fakty i mity. Będą w niej mieszkać jeszcze nasze wnuki?
Prefabrykacja pozwalała budować szybko i dawała milionom rodzin szansę na awans cywilizacyjny – „własne M” z bieżącą wodą i centralnym ogrzewaniem. Tempo tego awansu miało jednak cenę. Słaba izolacyjność, problemy z wentylacją i błędy montażowe były częstą bolączką ówczesnych inwestycji. Świetnie pokazuje to kultowy serial „Alternatywy 4” Stanisława Barei, kręcony zresztą w prawdziwym ursynowskim bloku, niewiele ponad kilometr od Hirszfelda 2.
Projektowany okres użytkowania konstrukcji z wielkiej płyty określano zwykle na 50-70 lat i wiele bloków właśnie ten wiek osiąga. Nie znaczy to jednak, że kończy się ich „termin ważności”. Badania Instytutu Techniki Budowlanej przeprowadzone kilka lat temu, na około 400 obiektach, nie wykazały zagrożenia dla podstawowych elementów konstrukcji. Ciekawym przykładem jest też wieżowiec przy Młodej 4 w Kielcach, przeznaczony przez miasto do rozbiórki po latach dewastacji. Owiany złą sławą budynek posłużył naukowcom Politechniki Świętokrzyskiej do przeprowadzenie unikalnych badań. Jak informowało Radio Kielce, ich rezultat okazał się przewrotny: konstrukcja jest w dobrym stanie i spełnia wymagania wytrzymałościowe. Problem stanowią głównie zdewastowane instalacje, elementy wykończenia oraz parametry budynku, niedostosowane do dzisiejszych przepisów. Władze miasta podtrzymują więc plan rozbiórki.
Nie taki blok straszny?
Po 1989 roku wielka płyta stała się obiektem masowej krytyki. Marzeniem przestało być „własne M”, a stał się dom pod miastem albo „apartament” od dewelopera. Blokowiskom przepowiadano techniczną degradację i problemy społeczne znane z części osiedli w USA czy Europie Zachodniej.
CZYTAJ WIĘCEJ: Zwykłe bloki na zwykłym osiedlu? A gdzie tam. Właśnie tu stoi pierwszy w Polsce blok z wielkiej płyty
Rzeczywistość potoczyła się inaczej. Urbanistyka PRL – duże odstępy między budynkami, bujna już teraz zieleń, szkoły, przedszkola, żłobki i usługi – z czasem zaczęła wyglądać i działać całkiem dobrze, szczególnie w porównaniu z nowymi osiedlami pozbawionymi dostępu do tego wszystkiego, o „łanowej” zabudowie terenów podmiejskich nie wspominając. Stare osiedla mają też coś, czego brakuje nowym, położonym na peryferiach: dobrą komunikację z centrami miast. I znów: Ursynów, z metrem, zielenią i zabudową w ludzkiej skali, jest tu dobrym przykładem. Okazał się nie tylko wygodny, ale też na tyle bezpieczny, że oparł się obsesji grodzenia osiedli płotami.
Na przełomie wieków, gdy przedstawiciele kolejnego demograficznego wyżu tworzyli na tych podwórkach pierwsze hip-hopowe nagrania, dominował w nich obraz blokowiska jako getta. I tu znów rzeczywistość okazała się bardziej złożona. W wielu przypadkach bloki nie tylko nie zostały symbolem społecznej degradacji, ale przeciwnie – stały się częścią miejskiego dziedzictwa i przedmiotem zainteresowania architektów, badaczy i autorów. Dobrym symbolem tej zmiany jest „Przewodnik po warszawskich blokowiskach” Jarosława Trybusia, który wpisywał się w nową modę.
Własny komentarz dopisał też rynek. Analiza PKO BP z 2021 roku wskazywała, że w największych miastach mieszkania w wielkiej płycie należały do najszybciej drożejących segmentów rynku wtórnego. Innym przejawem rynkowej weryfikacji wartości PRL-owskich osiedli pozostaje ich dogęszczanie współczesnymi budynkami. Zjawisko podwójnie ironiczne, bo raz, że stopniowo pozbawia okolicę atutu, z którego samo korzysta, a dwa – bo ulokowane tam „apartamenty” są czasem mniejsze, niż wskazywały PRL-owskie normatywy.
Czas zajrzeć pod styropian
Nie znaczy to jednak, że problemu nie ma. Największym wyzwaniem staje się dziś ustalenie, co dzieje się pod kolejnymi warstwami tynków. W Polsce podstawową odpowiedzią na starzenie się bloków była termomodernizacja: ocieplenie elewacji, wymiana okien czy instalacji. Poprawiało to bilans cieplny, lecz nie rozwiązywało potencjalnych problemów ze złączami płyt, stalowymi elementami mocującymi czy wentylacją.
Jeszcze mniej wiemy o budynkach w małych miejscowościach i dawnych osiedlach PGR-owskich. Duże miejskie spółdzielnie dysponują funduszami remontowymi i prowadzą kompleksowe modernizacje. Małe wspólnoty mają zazwyczaj znacznie mniejsze możliwości. Przede wszystkim jednak, brakuje twardych danych, które pozwalałyby powiedzieć, w jakim stanie jest ta część zasobu.
CZYTAJ WIĘCEJ: Wielka płyta nie musi być ani brzydka, ani szara - nawet jeśli jest leciwa. Wystarczy spojrzeć na bloki z Sosnowca
Podobne problemy pojawiły się po zjednoczeniu Niemiec na osiedlach typu Plattenbau, we wschodniej części kraju. Na kryzys techniczny nałożył się tam gwałtowny odpływ mieszkańców. Część bloków wyburzono, inne głęboko zmodernizowano: obniżano, przebudowywano, dodawano windy i balkony. Te doświadczenia pokazują, że prefabrykat nie musi być ani nietykalnym zabytkiem, ani kandydatem do rozbiórki – może być materiałem do dalszej przebudowy miasta.
Powrót do „fabryki domów”
W Polsce problem zaczyna się od tego, że nie wiemy nawet dokładnie, ile wielkiej płyty mamy. Popularna liczba 12 mln mieszkańców bloków jest prawdopodobnie zawyżona. Badania Anny Ostańskiej z 2014 roku wskazywały na około 3,9 mln mieszkań w budynkach prefabrykowanych, z czego około 2,6 mln znajdowało się w budynkach wielkopłytowych, a 1,3 mln – głównie w starszej technologii wielkoblokowej.
Brak jednolitego rejestru wieku i kondycji budynków utrudnia planowanie większych remontów. Jednocześnie eksperci wskazują, że odpowiednio utrzymane i modernizowane konstrukcje mogą służyć 100–120 lat. Nie ma więc jednej daty, po której wielka płyta staje się niebezpieczna. Jest za to coraz większa potrzeba regularnej diagnostyki.
Paradoks polega na tym, że w chwili gdy bloki z PRL wchodzą w wiek wymagający szczególnej uwagi, sama prefabrykacja wraca do łask. Polska jest nawet znaczącym producentem i eksporterem prefabrykowanych budynków, i elementów konstrukcyjnych. Trafiają jednak one przede wszystkim do Niemiec, Holandii, Wielkiej Brytanii i krajów skandynawskich, gdzie prefabrykacja pozwala też znacząco skrócić czas budowy nowych domów. Nasz rynek do prefabrykacji podchodzi póki co ostrożnie.
Hirszfelda 2 nie jest jednak dowodem na ostateczną klęskę wielkiej płyty. Jest przypomnieniem, że bloków zbudowanych pół wieku temu nie wystarczy ocieplić i pomalować. Jeśli mają służyć przez kolejne dekady, trzeba wreszcie dokładnie sprawdzić, co naprawdę kryje się pod styropianem.