- Polska utrzyma jednostronne embargo na import produktów rolnych z Ukrainy, ignorując naciski Komisji Europejskiej.
- Decyzja ma chronić polskich rolników przed załamaniem rynku przed żniwami, wynikającym z napływu tańszych towarów z Ukrainy.
- Ukraińskie rolnictwo nie musi spełniać rygorystycznych norm UE, co daje mu przewagę kosztową i stwarza nieuczciwą konkurencję.
- Stanowisko Polski zapowiada dalszy spór z Brukselą, która obawia się fragmentacji wspólnego unijnego rynku.
Stanowcza deklaracja Polski: Embargo na ukraińskie zboże zostaje
To już pewne. Polska nie ugnie się pod presją Brukseli i utrzyma jednostronny zakaz importu wybranych produktów rolnych z Ukrainy. Taką informację przekazał w poniedziałek w Brukseli wiceminister rolnictwa Adam Nowak po spotkaniu unijnych ministrów rolnictwa. To jasny sygnał, że rząd Donalda Tuska stawia interes krajowego rynku ponad oczekiwania unijnych urzędników.
Decyzja zapadła w kluczowym momencie – tuż przed żniwami, gdy ceny zbóż są zwykle najniższe. Jak tłumaczył wiceminister, wielu rolników nie ma gdzie magazynować swoich plonów i jest zmuszonych sprzedawać je prosto z pola, często po niekorzystnych cenach. Otwarcie granicy w takim momencie mogłoby doprowadzić do załamania rynku.
Biorąc pod uwagę sytuację na rynkach rolnych (...) nie widzimy możliwości zniesienia (...) tego jednostronnego zakazu, który wprowadziliśmy na ten moment, ponieważ byłby on niekorzystny dla polskich rynków rolnych, dla polskich rolników i, co najważniejsze, w naszej ocenie również dla konsumentów
– powiedział wiceminister rolnictwa Adam Nowak.
Dlaczego rząd Donalda Tuska nie chce importu z Ukrainy?
Argumenty rządu są proste i konkretne. Chodzi przede wszystkim o ochronę polskich rolników przed nierówną konkurencją. Wiceminister Adam Nowak podkreśla, że ukraińskie rolnictwo nie musi spełniać tak rygorystycznych norm i standardów, jakie obowiązują producentów w całej Unii Europejskiej, w tym w Polsce. To sprawia, że ich produkty są tańsze, ale ich produkcja odbywa się w zupełnie innych warunkach.
"Ukraina zyskała zliberalizowany dostęp do europejskich rynków bez konieczności spełnienia tych wygórowanych standardów, które musieli spełnić i spełniają polscy rolnicy, więc na ten moment nie widzimy takiej perspektywy" – dodał Nowak.
W praktyce oznacza to, że polski rolnik, który inwestuje w droższe, bardziej ekologiczne i kontrolowane metody produkcji, musi konkurować z towarem, który nie podlega tym samym wymogom. Zdaniem przedstawiciela rządu, embargo na zboże z Ukrainy to obecnie jedyny ratunek dla stabilizacji polskiego rynku rolnego. To stanowisko zostało jasno przedstawione unijnemu komisarzowi ds. rolnictwa Christophe'owi Hansenowi podczas jego niedawnej wizyty w Polsce 18 i 19 czerwca 2026 roku.
Komisja Europejska naciska na Polskę
Stanowisko Polski stoi w ostrej sprzeczności z oczekiwaniami Komisji Europejskiej. Bruksela od dłuższego czasu domaga się od Polski, a także Słowacji i Węgier, zniesienia jednostronnych zakazów importu. Unijni urzędnicy argumentują, że od listopada 2025 roku obowiązuje nowa umowa handlowa z Ukrainą, która ich zdaniem w wystarczający sposób chroni interesy europejskich rolników za pomocą niższych kontyngentów.
Jak mówił w zeszłym tygodniu rzecznik KE Olof Gill, utrzymywanie embarga przez poszczególne kraje jest nieuzasadnione i grozi „fragmentacją wspólnego unijnego rynku”. Innymi słowy, Bruksela obawia się, że jeśli każdy kraj zacznie na własną rękę ustalać zasady handlu, podważy to jedną z fundamentalnych zasad Unii Europejskiej – wspólny, otwarty rynek.
Mimo tych nacisków, polski rząd pozostaje nieugięty. Wiceminister rolnictwa Adam Nowak podkreślił, że rząd Donalda Tuska nie widzi obecnie możliwości zniesienia jednostronnego zakazu importu wybranych produktów rolnych z Ukrainy. Podczas czerwcowej wizyty komisarza Hansena w Polsce, przedstawiciele rządu, organizacji rolniczych i parlamentarzyści jasno zakomunikowali, że liberalizacja handlu w obecnej formie jest dla Polski nie do przyjęcia. Wygląda na to, że czeka nas dalszy spór na linii Warszawa-Bruksela.