Spis treści
Francja wprowadza opłaty na "ultraszybką modę"
Francuskie ulice to od lat światowa stolica mody, ale teraz rząd w Paryżu chce, by moda stała się "bardziej odpowiedzialna". 1 września weszły w życie przepisy, które mają ukrócić proceder zalewania rynku przez tanią odzież produkowaną na masową skalę. Francja wprowadziła nowy podatek od fast fashion, który ma ograniczyć sprzedaż ubrań z platform takich jak Shein czy Temu. Władze francuskie zapewniają, że nie chodzi o dyskryminację konkretnych firm, ale o ochronę środowiska i promowanie gospodarki o obiegu zamkniętym.
W skrócie: chodzi o to, by kupowanie nowej, taniej bluzki za kilka euro stało się mniej opłacalne niż jej naprawa. Nowe prawo uderza w model biznesowy, który opiera się na błyskawicznym wprowadzaniu tysięcy nowych wzorów i zachęcaniu klientów do ciągłych, często nieprzemyślanych zakupów. Dla klientów oznacza to jedno – koniec ery absurdalnie tanich ubrań z Chin jest coraz bliższy, przynajmniej na francuskim rynku.
Jak będzie naliczany nowy podatek od fast fashion i kogo dotknie?
Jak to będzie działać w praktyce? System opłat jest dość prosty i opiera się na dwóch głównych kryteriach. Pierwsze to skala działalności, czyli liczba nowych produktów, jakie firma wprowadza na rynek w ciągu roku. Drugie to wpływ na środowisko, a konkretnie opłacalność naprawy danego produktu. Im więcej ubrań i im trudniej je naprawić, tym wyższa będzie opłata.
Minister handlu Francji, Serge Papin, zobrazował to na konkretnym przykładzie. Podczas gdy znana francuska sieć Kiabi wprowadza rocznie około 17,4 tysiąca nowych produktów, chiński gigant Shein proponuje ich aż 1,7 miliona. To przepaść, która pokazuje, z jak ogromną nadprodukcją mamy do czynienia. Nowe opłaty za Shein i Temu będą kalkulowane na podstawie ceny produktu i mogą wynieść od 25 eurocentów do nawet kilkunastu euro za jedną sztukę odzieży. Prawo zakłada jednak, że opłata nie może przekroczyć 50% ceny produktu przed opodatkowaniem.
Shein i Chiny protestują. Wojna handlowa na horyzoncie?
Nowe przepisy, choć chwalone przez ekologów, od razu wywołały ostrą reakcję firm, w które są wymierzone. Chińscy giganci e-commerce nie zamierzają biernie przyglądać się, jak francuski rząd utrudnia im biznes. Rzecznik Shein we Francji, Quentin Ruffat, nie ma wątpliwości, że ostatecznie za wszystko zapłacą konsumenci, bo ceny pójdą w górę. To prosty mechanizm – dodatkowe koszty zostaną przerzucone na kupujących.
Na tym jednak nie koniec. Głos zabrało również ministerstwo handlu Chin, które określiło francuskie regulacje jako „dyskryminację” i „barierę dla handlu”. To już poważny sygnał, że spór może wykroczyć poza branżę modową i wejść na poziom polityczny. Francja, wprowadzając jako pierwszy kraj w Europie tak odważne przepisy, ryzykuje małą wojnę handlową z Pekinem.
Jednocześnie staje się poligonem doświadczalnym dla reszty Unii Europejskiej. Jeśli ten model się sprawdzi i faktycznie ograniczy problem śmieciowych ubrań, niewykluczone, że wkrótce podobne rozwiązania zobaczymy także w innych krajach, w tym w Polsce. Na razie jednak wszyscy z uwagą obserwują, czy Francuzom uda się pogodzić ochronę planety z miłością do tanich zakupów.
