Spis treści
Jak Chiny po cichu przejmują rosyjski Daleki Wschód?
Rosyjski Daleki Wschód, gigantyczny obszar ponad dwudziestokrotnie większy od Polski, powoli, ale systematycznie wpada w chińskie ręce. To nie jest wojskowa inwazja, ani operacja hybrydowa. To pełzająca aneksja gospodarcza, ekonomiczna i infrastrukturalna.
Podczas gdy prezydent Rosji Władimir Putin i przywódca Chin Xi Jinping publicznie zapewniają o przyjaźni, podważając fundamenty obecnego łądu międzynarodowego, w tle Pekin i chińskie firmy przejmują kontrolę nad regionem na wschód od jeziora Bajkał. Puls Biznesu podaje za szwedzkim portalem Dagens Industri, że gdy na zachodzie trwa wojna z Ukrainą, chińska ekspansja na Dalekim Wschodzie gwałtownie przyspiesza, przekształcając ten bogaty w surowce region w gospodarczą quasi-kolonię Pekinu. Widać to gołym okiem. Prawie wszystkie zagraniczne inwestycje pochodzą z Chin, na sklepowych półkach królują chińskie marki, a w lokalnym handlu chiński juan coraz częściej zastępuje rosyjskiego rubla.
Odczucia wśród zwykłych mieszkańców tych terenów wydają się potwierdzać te tendencje. Coraz częściej słyszy się o rosnącej roli ChRL.
Putin potrzebuje Chin jako przyjaciela teraz, gdy relacje z Europą i USA legły w gruzach. Ale on nigdy nie zaufa Xi. Nie sądzę, aby Chiny przejęły wschodnią Rosję militarnie, ale wszędzie widać chińskie wpływy w inny sposób – mówi w rozmowie ze szwedzkim dziennikiem „Di” młoda kobieta pochodząca z Władywostoku.
Wpływy chińskie to nie tylko biznes, ale też rosnąca zależność, również kulturowa, która martwi mieszkańców i rosyjskich ekspertów.
Dlaczego Putin na to pozwala?
Trudno nie zastanawiać się, dlaczego prezydent Rosji Władimir Putin, który od zawsze kreuje swój wizerunek na obronie rosyjskiej suwerenności i podmiotowości, zgadza się na powolne przejmowanie dalekowschodnich rubieży kraju przez Pekin? Odpowiedź jest prosta i dla Kremla brutalna: nie ma innego wyjścia. Wojna na Ukrainie, załamanie relacji z Zachodem i kolejne sankcje wepchnęły Moskwę prosto w ramiona Xi Jinpinga.
To jednak układ, w którym Rosja jest słabszym, uzależnionym od woli Pekinu partnerem, co w jej najnowszej historii jest pewnym ewenementem.
Kreml potrzebuje ChRL jak tlenu – do podtrzymania gospodarki, sprzedaży surowców i posiadania sojusznika na arenie międzynarodowej. Cena za to wsparcie jest jednak ogromna. To ciche przyzwolenie na to, by region bogaty w ropę, gaz, drewno i minerały stawał się gospodarczą strefą wpływów Chin. Rosja jest obecnie w takiej sytuacji geopolitycznej, w której nie może podnosić jakichkolwiek ostrych pretensji wobec Chin, bo zagroziłoby to ważniejszym interesom - tj. wspólnym staraniom o zadławienie amerykańskiej dominacji w polityce międzynarodowej i systemie bezpieczeństwa.
Mimo publicznych uśmiechów i zapewnień o "przyjaźni bez granic", za kulisami trwa jednak gra pełna nieufności.
Obawy rosną w miarę, jak Chiny zwiększają swoje wpływy. Nawet jeśli Putin ufa Xi, i tak musi zachować czujność wobec Dalekiego Wschodu – ocenia starszy analityk ds. Azji Północno-Wschodniej w Eurasia Group, Jeremy Chan.
Puls Biznesu wskazuje, że ta czujność to jednak wszystko, na co stać dziś Kreml. Rosjanie mieszkający na Dalekim Wschodzie mają mieszane uczucia. Z jednej strony cieszą ich chińskie inwestycje i nowe miejsca pracy, ponieważ obszar dalekowschodni - choć bogaty w surowce - jest słabo zaludniony i potencjał regionu wydaje się być mocno niewykorzystany. Z drugiej jednak strony – z rosnącym niepokojem patrzą, jak ich ziemia powoli wymyka im się z rąk.
Utajony chiński rewanżyzm
W chińskich mediach społecznościowych coraz głośniej słychać głosy nacjonalistów, którzy domagają się zwrotu ziem utraconych w XIX wieku. Chodzi o ogromne połacie Dalekiego Wschodu, które należały kiedyś do chińskiej dynastii Qing. Ich zdaniem, Rosja, podobnie jak inne mocarstwa kolonialne, zmusiła osłabione Chiny do oddania tych terenów w okresie znanym jako "stulecie hańby", kiedy to obce interwencje z zewnątrz porządkowały życie i kształt tej starożytnej cywilizacji. Mamy więc tu do czynienia także z kontekstem prestiżowym, który przecież dla konfucjańskiej cywilizacji jest niezwykle istotny.
Argumenty historyczne to nie wszystko. Bardzo ważna jest też demografia. Rosyjski Daleki Wschód to region niemal pusty – na obszarze ponad 20 razy większym od Polski mieszka zaledwie 6 milionów ludzi. Po drugiej stronie granicy żyją setki milionów Chińczyków. To połączenie historycznych roszczeń i demograficznej pustki tworzy niebezpieczną mieszankę. Apetyt na bogaty w surowce, słabo zaludniony, ogromny teren, może być w pewnym momencie nieprzepartą pokusą dla Pekinu.
Historia uczy nas, że gdy jakiś obszar jest pusty, ktoś go zajmie. Dynastia Qing nie miała możliwości obrony [terytoriów - przyp. red.]. Teraz sytuacja wygląda inaczej – wskazuje chiński bloger Huaqing Chiling.
Chociaż Pekin oficjalnie tonuje nastroje i cenzuruje najbardziej radykalne wpisy, sama idea rewanżyzmu i odzyskania "utraconych ziem" krąży w chińskim społeczeństwie. To rosnące poczucie historycznej krzywdy, połączone z demograficzną pustką regionu, sprawia, że chińska ekspansja na Dalekim Wschodzie zyskuje nowy, groźny dla Rosji wymiar – roszczeń terytorialnych. Dla wielu Chińczyków nie jest to już pytanie "czy", ale "kiedy" historia upomni się o swoje.
Rosja ryzykuje utratę całej Syberii
Obecna sytuacja to dopiero początek procesu, który może zakończyć się historyczną katastrofą dla Moskwy. Liczni eksperci nie mają złudzeń – jeśli nic się nie zmieni, Rosja może stracić kontrolę nad terytorium, które bezsprzecznie stanowi o jej mocarstwowej potędze. To nie jest już tylko kwestia gospodarczej dominacji, ale realne zagrożenie dla integralności terytorialnej państwa.
Ekspansja zawsze zaczyna się od handlu, przechodzi przez inwestycje gospodarcze, a kończy wprowadzeniem komponentów politycznych i wojskowych. W obecnym tempie Rosja ryzykuje utratę swoich prowincji na Dalekim Wschodzie. Do końca stulecia Rosja może stracić całą Syberię – najpierw Wschodnią, a potem Zachodnią - twierdzi ekspert ds. polityki bezpieczeństwa w think tanku Atlantic Council, Ariel Cohen.
Choć pod rządami Władimira Putina ryzyko oderwania się regionu wydaje się niewielkie, sytuacja może zmienić się diametralnie wraz z jego odejściem. Liczni eksperci są zgodni, że w perspektywie dekad Rosja może utracić nawet Syberię, a proces ten może nieodwracalnie przyspieszyć, jeśli przyszły przywódca na Kremlu nie utrzyma, jak Putin, silnej pozycji lub nierównowaga gospodarcza między oboma krajami jeszcze bardziej się pogłębi.
Stawka jest ogromna, także w wymiarze geopolitycznym. Przejęcie kontroli nad wschodnim wybrzeżem Rosji dałoby chińskiej flocie wojennej i handlowej swobodny dostęp do Oceanu Spokojnego, co byłoby potężnym ciosem dla Japonii i strategicznej pozycji USA w regionie.
Jak podsumowuje Paula Allen, strateg inwestycyjna z Australian Strategic Policy Institute: "Może nie jest to kwestia najbliższej przyszłości, ale staje się to coraz bardziej prawdopodobne w miarę osłabiania się Rosji. Mogłoby do tego dojść z niewielkim wyprzedzeniem lub bez żadnego ostrzeżenia".
Ucieczka rosyjskich firm do Chin
Sprawa jest dla Rosji poważna i nabiera tempa. Okazuje się, że nie tylko biznes chiński penetruje rosyjski Daleki Wschód, ale... Pekin skłania rosyjski kapitał do inwestowania w Państwie Środka. Business Insider poinformował, że podczas Wschodniego Forum Ekonomicznego Aleksander Kalinin, który stoi na czele kluczowej organizacji zrzeszającej przedsiębiorców „Opora Rossii”, mówił wprost o trendzie rejestracji firm, działających na Dalekim Wschodzie, w Chinach.
Jego zdaniem chińscy partnerzy aktywnie namawiają rosyjskie firmy do przenosin.
Nasi chińscy koledzy już kuszą firmy z Dalekiego Wschodu, aby przenosiły się do chińskich parków przemysłowo-technologicznych — mówiąc prościej, na drugą stronę rzeki – stwierdził Kalinin.
Ta „druga strona rzeki” to oczywiście graniczny Amur. Metafora jest dla wszystkich czytelna: biznes zamiast działać w Rosji, woli przenieść się dosłownie kilka kilometrów dalej, ale już na chińską ziemię. To nie są odosobnione przypadki.
Trend ucieczki firm z Rosji do Chin potwierdza firma doradcza „Delovye Resheniya i Tekhnologii” (DRT), czyli dawny rosyjski oddział Deloitte. Analitycy DRT przyznają, że zainteresowanie rosyjskich przedsiębiorców takim ruchem jest coraz większe. Szacuje się, że w Chinach działa już blisko 3,8 tysiąca firm z rosyjskim kapitałem. Są to głównie importerzy, producenci elektroniki, sprzętu AGD, części samochodowych czy firmy z branży odzieżowej.
Dlaczego rosyjski biznes tak chętnie patrzy w stronę Chin? Odpowiedź jest prosta: chodzi o pieniądze. Oferta chińskich parków technologicznych jest dla firm zmagających się z rosyjską biurokracją i kosztami jak powiew świeżego powietrza. Chiny proponują konkretne korzyści, którym trudno się oprzeć.
Co dokładnie leży na stole?
- Niższe podatki: Stawka VAT w Rosji to obecnie 22 proc. W Chinach dla większości towarów wynosi ona 13 proc., a małe firmy mogą liczyć na preferencyjną stawkę w wysokości zaledwie 3 proc. Różnica jest więc ogromna.
- Tanie kredyty: W Rosji, z powodu wysokich stóp procentowych, dostęp do taniego finansowania jest praktycznie niemożliwy. Chińczycy oferują rosyjskim firmom kredyty oprocentowane na 3 proc.
- Dotacje: Chińskie władze są gotowe dopłacać do inwestycji, oferując dotacje na pokrycie części wydatków kapitałowych.
Przeniesienie działalności za granicę, nawet tę najbliższą, wiąże się oczywiście z poważnymi wyzwaniami. Największym problemem, na jaki natrafiają rosyjskie firmy, są rozliczenia finansowe z Rosją.
Jak zauważa przedstawicielka firmy DRT, Chobrakowa, chińskie banki podchodzą do transakcji z rosyjskimi podmiotami z dużą ostrożnością. Wymagania dotyczące płatności ciągle się zmieniają, a niektóre instytucje finansowe po prostu blokują przelewy w zależności od tego, kto jest drugą stroną transakcji lub jakiego towaru ona dotyczy. Wszystkie operacje z udziałem zagranicznych firm podlegają w Chinach ścisłej kontroli bankowej i walutowej. To spore utrudnienie, które sprawia, że choć oferta podatkowa i kredytowa jest kusząca, to codzienna działalność operacyjna może być prawdziwym polem minowym.