- Powstająca w Lidlu organizacja związkowa z ramienia OPZZ Konfederacja Pracy.
- Główne żądania: 1000 zł podwyżki dla każdego i zwiększenie zatrudnienia.
- Porównanie sytuacji do sporów pracowniczych w innych sieciach, jak Dino i Biedronka.
- Odpowiedź Lidl Polska: firma podkreśla wysokie zarobki i status "Top Employer".
- Zapowiedź przeznaczenia 240 mln zł na podwyżki i nowe etaty w 2026 roku.
W strukturach sieci Lidl Polska rodzi się nowy ruch pracowniczy. Przedstawiciele OPZZ Konfederacja Pracy poinformowali o zarejestrowaniu organizacji związkowej i od razu przechodzą do konkretów. Ich żądania są jasne i dotyczą spraw, które według nich są dla załogi najważniejsze: pieniędzy i warunków pracy - relacjonuje serwis www.wiadomoscihandlowe.pl.
Głównym żądaniem jest podwyżka w wysokości 1000 zł brutto dla każdego pracownika. To jednak nie wszystko. Kolejny postulat dotyczy realnego zwiększenia zatrudnienia. Związkowcy uważają, że obecna liczba pracowników jest niewystarczająca, by zapewnić płynną pracę i odpowiednią obsługę klientów, bez nadmiernego obciążania załogi.
Inicjatorzy związku twierdzą, że start nie był łatwy. W komunikacie piszą o problemach w nawiązaniu dialogu z pracodawcą. „Zamiast dialogu – od razu kłody pod nogi” – przekazują, wskazując na trudności z dostępem do dokumentów i brak odpowiedzi na prośby o spotkanie. Trzecim, równie ważnym postulatem, jest więc żądanie bezwzględnego przestrzegania polskiego prawa w firmie.
Co na to Lidl Polska? Sieć przedstawia swoje liczby
Firma w oświadczeniu nie odnosi się bezpośrednio do żądania 1000 zł podwyżki, ale przedstawia własną perspektywę na warunki zatrudnienia i wynagrodzenia. Z komunikatu wynika, że Lidl pozycjonuje się jako jeden z liderów płacowych w branży handlowej.
Firma podkreśla, że stawia na otwarty dialog z pracownikami, ale przez własne, wewnętrzne kanały, a nie przez nowo tworzone struktury. Jej przedstawiciele zaznaczają, że wskazany podmiot nie ma na ten moment statusu organizacji międzyzakładowej, a dialog z załogą odbywa się poprzez regularne badania opinii, a nie nowo powstałe związki zawodowe w Lidlu.
W odpowiedzi na zarzuty dotyczące niskich płac, sieć przedstawia konkretne liczby. Pracownicy sklepów na start mogą liczyć na pensję od 5 600 zł do 6 750 zł brutto. W centrach dystrybucji stawki początkowe wynoszą od 6 000 zł do 7 700 zł brutto. Z kolei menedżerowie sklepów zaczynają od 8 500 zł brutto, otrzymując dodatkowo samochód służbowy. Co więcej, Lidl zapowiada kolejne inwestycje w pensje. W odpowiedzi na rosnące napięcie, Lidl Polska zapowiedział, że na podwyżki w 2026 roku przeznaczy ponad 240 mln zł, które zostaną przeznaczone także na utworzenie nowych miejsc pracy.
W oświadczeniu czytamy:
Fundamentem naszej strategii są ludzie – zespół liczący obecnie blisko 30 tysięcy pracowników każdego dnia tworzy sukces naszej sieci. Zapewnienie stabilnych, konkurencyjnych rynkowo warunków zatrudnienia oraz ciągły rozwój oferty benefitów stanowią dla nas absolutny priorytet.
Firma chwali się też szerokim pakietem ponad 20 benefitów pozapłacowych, które mają budować jej pozycję jako atrakcyjnego pracodawcy.
To nie pierwsza taka sytuacja. Czy w handlu dojdzie do strajku?
To nie pierwszy raz, kiedy pracownicy Lidla próbują się zorganizować. Już w 2013 roku w jednym z łódzkich sklepów powstała komórka związkowa przy wsparciu NSZZ „Solidarność”. Tamta próba jednak ostatecznie nie przetrwała. Dzisiejsza sytuacja ma inny ciężar gatunkowy – za organizacją stoją konkretne, ogólnopolskie postulaty finansowe i jasny plan działania.
Inicjatorzy powstania związków zawodowych w Lidlu, w swoim komunikacie przywołują przykłady sporów pracowniczych z innych dużych sieci handlowych, takich jak Dino, Biedronka czy Kaufland. Powołują się m.in. na głośną sprawę Katarzyny Kiwerskiej z Dino, która doprowadziła do interwencji posła Adriana Zandberga i kontroli Głównego Inspektoratu Pracy. To pokazuje, że pracownicy handlu coraz odważniej upominają się o swoje prawa.
Organizatorzy protestu w Lidlu idą o krok dalej i stawiają pytanie, czy w całej branży może wkrótce dojść do strajku generalnego. Ich zdaniem „wszystko do tego dąży”, ponieważ handel od lat pozostaje sektorem o bardzo niskim poziomie uzwiązkowienia, a jednocześnie narasta w nim frustracja związana z warunkami pracy i płacy.