- W 2024 roku liczba łóżek na oddziałach położniczo-ginekologicznych w Polsce spadła o 4,3%, a na neonatologicznych o 5%, głównie z powodu malejącej liczby urodzeń i nierentowności porodówek.
- Ministerstwo Zdrowia proponuje utworzenie "izb porodowych" w szpitalach bez porodówek (oddalonych o ponad 25 km od najbliższej), gdzie poród mógłby przyjąć dyżurująca położna w nagłych przypadkach.
- Propozycja MZ budzi kontrowersje: Fundacja Ogólnopolski Strajk Kobiet krytykuje "porody na SOR-ach" i domaga się realnych konsultacji oraz planu zabezpieczenia kobiet.
- Eksperci wskazują, że "izby porodowe" mają być zabezpieczeniem na wypadek nagłego porodu, a ich efektywność zależy od zapewnienia szpitalom odpowiedniego finansowania za "gotowość", a nie tylko za wykonane świadczenie
Dlaczego szpitale zamykają oddziały położnicze?
Skala problemu jest coraz bardziej widoczna w oficjalnych statystykach. Jak wynika z danych GUS, tylko w 2024 roku na oddziałach ginekologiczno-położniczych ubyło 585 łóżek (4,3 proc.), co stanowi największy spadek w całym szpitalnictwie. Zmniejszyła się także o 363 liczba łóżek na oddziałach neonatologicznych.
Główną przyczyną zamykania porodówek w szpitalach powiatowych jest postępujący kryzys demograficzny. W 2024 roku urodziło się zaledwie 252 tys. dzieci, podczas gdy jeszcze w 2022 roku było to 305 tys., a w latach 80. – ponad 700 tys. rocznie. Niska liczba urodzeń sprawia, że utrzymywanie całych oddziałów staje się nieopłacalne, ponieważ NFZ płaci za wykonane procedury, czyli głównie za porody. Kiedy ich nie ma, szpital wciąż ponosi koszty utrzymania kadry i infrastruktury. Jak podawał portal Rynek Zdrowia, od stycznia 2024 r. do lipca 2025 r. zlikwidowano co najmniej 19 oddziałów położniczych właśnie z powodu ich nierentowności.
Izby porodowe z położną. Jak ma działać rozwiązanie resortu?
Ministerstwo Zdrowia, świadome problemu, przedstawiło projekt zmian w rozporządzeniu dotyczącym świadczeń gwarantowanych. Ma on być odpowiedzią na zjawisko białych plam na mapie opieki okołoporodowej. Pomysł zakłada, że w szpitalach posiadających izbę przyjęć lub SOR, które są oddalone o ponad 25 km od najbliższej placówki z oddziałem położniczym, mogłyby powstać specjalne punkty do przyjęcia porodu.
W odpowiedzi na to zjawisko, Ministerstwo Zdrowia zaproponowało, aby w szpitalach bez oddziałów położniczych powstały specjalne izby porodowe, w których dyżurować będzie położna. Wiceminister zdrowia Tomasz Maciejewski wyjaśniał, że miejsce to ma mieć charakter doraźny „w przypadku nagłych sytuacji, gdyby kobieta ciężarna transportowana przez zespół ratownictwa medycznego, poszerzony o położną, nie mogła bezpiecznie dojechać do szpitala położniczo-ginekologicznego”. Według resortu takich incydentalnych porodów w skali kraju jest od pięciu do dziewięciu rocznie.
Państwowa prowizorka czy konieczne zabezpieczenie? Głosy ekspertów.
Propozycja resortu zdrowia wywołała burzliwą dyskusję. Z jednej strony organizacje pacjenckie, jak Fundacja Ogólnopolski Strajk Kobiet, ostro krytykują pomysł, nazywając go „porodami na SOR-ach”. W piśmie do szefa rządu organizacja napisała, że położna nie powinna być zostawiona sama z odpowiedzialnością systemu, a kobieta w porodzie nie może być „kolejną ofiarą państwowej prowizorki”.
Z drugiej strony pojawiają się głosy, że to pragmatyczne i potrzebne rozwiązanie. Bernadeta Skóbel, ekspertka Związku Powiatów Polskich, tłumaczy, że punkt z położną to przede wszystkim zabezpieczenie na wypadek, gdy do szpitala bez porodówki trafi kobieta w trakcie akcji porodowej. – Lepiej, żeby w szpitalu była położna na wszelki wypadek, niż żeby jej nie było. Tak trzeba czytać przepisy resortu zdrowia – zaznaczyła w rozmowie z PAP. Ekspertka podkreśliła jednocześnie, że kluczowe dla powodzenia projektu będzie jego finansowanie – szpitale oczekują ryczałtu „za gotowość”, a nie płatności wyłącznie za wykonane świadczenie.
