- Prywatna spółka neurochirurgów miała nieoficjalnie płacić pielęgniarkom w szpitalu w Mogilnie 300-450 zł miesięcznie "pod stołem" za asystę przy operacjach.
- Zabiegi w szpitalu w Mogilnie mogły być wykonywane bez kompletu badań pacjentów oraz przy użyciu aparatu rentgenowskiego bez odpowiednich atestów.
- Sprawa jest kontynuacją afery dotyczącej gigantycznych rachunków (do 26 tys. zł za godzinę operacji) wystawianych szpitalom przez tę samą prywatną firmę.
- Dziennikarskie śledztwo ujawnia patologiczny system, który łączy nieoficjalne płatności z poważnymi naruszeniami bezpieczeństwa pacjentów, wymagający pilnej kontroli.
To kolejny rozdział w sprawie, która rzuca cień na współpracę publicznych placówek z zewnętrznymi firmami medycznymi. Dziennikarze Wirtualnej Polski kontynuują swoje śledztwo dotyczące nieprawidłowości w szpitalu w Mogilnie w województwie kujawsko-pomorskim. Najnowsze ustalenia wskazują, że problem mógł być znacznie poważniejszy, niż sądzono. Nie chodzi już tylko o gigantyczne pieniądze, ale przede wszystkim o fundamentalne zasady bezpieczeństwa pacjentów.
Jak wyglądało "nieoficjalne" wynagradzanie pielęgniarek?
Według dziennikarzy, zewnętrzna spółka neurochirurgów potrzebowała do swoich zabiegów asysty instrumentariuszek. Szpital w Mogilnie nie chciał jednak zatrudniać dodatkowego personelu. Problem rozwiązano inaczej. W operacjach miały uczestniczyć pielęgniarki, które akurat pełniły dyżur. To oznaczało dla nich dodatkowe obowiązki, do których, co zrozumiałe, nie były chętne.
Wtedy miał pojawić się system "zachęt". Według ustaleń portalu, instrumentariuszki miały dostawać dodatkowo od 300 do 450 zł miesięcznie, co miało być formą nieoficjalnej zapłaty za współpracę. Pieniądze miały trafiać do personelu "pod stołem". Gdy dziennikarze WP.pl próbowali potwierdzić te rewelacje, pielęgniarki nie zaprzeczały, choć unikały rozmowy. Szefowa bloku operacyjnego miała się rozłączyć po usłyszeniu pytania.
Sprzęt bez atestu i operacje bez badań. Poważne zarzuty
Jednak pieniądze to nie wszystko. Sprawa ma drugie, znacznie bardziej niepokojące dno, które dotyczy bezpośrednio zdrowia i życia pacjentów. Z relacji jednego z lekarzy, cytowanego przez portal, wynika, że część zabiegów mogła być wykonywana w pośpiechu, bez wcześniejszego uzyskania kompletu wyników badań laboratoryjnych. To podstawowe i niezwykle groźne naruszenie procedur medycznych.
To nie koniec. Najpoważniejszy zarzut dotyczy sprzętu używanego na sali operacyjnej. Co więcej, według Wirtualnej Polski, przy zabiegach w szpitalu w Mogilnie używano aparatu rentgenowskiego, który nie był dopuszczony do użytku w sali operacyjnej tej placówki. Wykorzystywanie urządzenia bez odpowiednich atestów i kalibracji dla danego miejsca stwarza ogromne ryzyko zarówno dla pacjentów, jak i dla samego personelu medycznego.
Kontekst afery: Gigantyczne rachunki za operacje
Nowe informacje są kontynuacją głośnej sprawy, którą Wirtualna Polska opisała kilka dni wcześniej. Ujawniono wtedy model biznesowy prywatnej spółki, która świadczyła usługi dla kilku szpitali w Polsce. Okazało się, że stawki były astronomiczne.
Sprawa szpitala w Mogilnie to kontynuacja dziennikarskiego śledztwa dotyczącego działalności prywatnej spółki neurochirurgów, która miała wystawiać szpitalom rachunki sięgające nawet 26 tys. zł za godzinę operacji. Dniówki mogły przekraczać 300 tys. zł. Tak ogromne koszty, w połączeniu z najnowszymi doniesieniami o nieoficjalnym opłacaniu personelu i łamaniu procedur bezpieczeństwa, tworzą obraz patologicznego systemu, który wymaga pilnej kontroli ze strony Narodowego Funduszu Zdrowia i prokuratury.