- Ceny ropy naftowej Brent i WTI poszybowały do ponad 96 i 88 dolarów za baryłkę, osiągając najwyższe poziomy od miesięcy.
- Główną przyczyną wzrostów jest eskalacja konfliktów na Bliskim Wschodzie, w tym naloty USA na Iran i ataki rebeliantów Huti na Morzu Czerwonym.
- Ataki na tankowce zagrażają kluczowym szlakom transportowym ropy, co skłania armatorów do omijania niebezpiecznego regionu.
- Analitycy ostrzegają, że obecna sytuacja może wkrótce doprowadzić do wzrostu ceny baryłki ropy Brent do 100 dolarów.
Ceny ropy szybują. Co się dzieje na giełdach?
Sytuacja na rynkach paliw jest coraz bardziej napięta. Ceny ropy naftowej rosną kolejny dzień z rzędu, a inwestorzy z niepokojem patrzą na Bliski Wschód. W czwartek rano notowania wyraźnie poszły w górę.
Baryłka ropy West Texas Intermediate (WTI), wydobywanej w USA, w kontraktach na wrzesień kosztuje już 88,25 dolara. To wzrost o 1,64 proc. Jeszcze mocniej drożeje ropa Brent, kluczowa dla europejskiego rynku. Za baryłkę tego surowca trzeba zapłacić 96,05 dolara, czyli o 2,10 proc. więcej niż dzień wcześniej. To najwyższe poziomy od miesięcy.
Dlaczego cena ropy naftowej rośnie? Ataki USA na Iran i Huti na Morzu Czerwonym
Odpowiedź jest prosta: wojna i geopolityka. Głównym powodem, dla którego cena ropy naftowej tak gwałtownie rośnie, jest eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie, która grozi przerwaniem kluczowych szlaków dostaw.
Z jednej strony, wojska amerykańskie nie przerywają nalotów na Iran. Dowództwo Centralne USA (CENTCOM) poinformowało, że ostatniej nocy przeprowadzono już dwunastą z rzędu serię uderzeń na cele wojskowe w tym kraju. Atakowane są głównie obiekty marynarki wojennej, magazyny z rakietami i dronami oraz systemy obrony przeciwlotniczej. Celem, jak twierdzą Amerykanie, jest osłabienie zdolności Iranu do atakowania statków handlowych.
Z drugiej strony, na Morzu Czerwonym sytuację zaogniają wspierani przez Iran jemeńscy rebelianci Huti. Przyznali się oni do zaatakowania dwóch saudyjskich tankowców. To otwiera zupełnie nowy front w tym konflikcie. Arabia Saudyjska, z powodu blokady cieśniny Ormuz wywołanej wojną Izraela z Iranem, zaczęła eksportować więcej ropy przez porty nad Morzem Czerwonym. Teraz Huti grożą zablokowaniem również tej drogi, co sprawia, że coraz więcej armatorów po prostu omija cały ten niebezpieczny region.
Analitycy nie mają złudzeń. Baryłka ropy po 100 dolarów jest realna
Eksperci rynkowi nie ukrywają, że sytuacja jest poważna. Uważają, że ataki na tankowce na Morzu Czerwonym to nie incydent, a poważna eskalacja, która może sparaliżować kolejny ważny szlak transportowy.
Trwałość zwyżek cen ropy naftowej zależeć może od tego, czy atak na Morzu Czerwonym okaże się odosobnionym aktem, czy też wywoła długotrwałe zakłócenia w łańcuchu dostaw. Priyanka Sachdeva, starsza analityczka rynku w Phillip Nova Pte.
Sachdeva dodaje, że w obecnej sytuacji „byki”, czyli inwestorzy grający na wzrosty, mogą już spokojnie celować w cenę 100 dolarów za baryłkę ropy Brent. Wtóruje jej Daniel Hynes, starszy strateg ds. rynków surowcowych, który ocenia działania Huti jako "poważną eskalację konfliktu". Ostrzega on, że jeśli ruch na tej trasie zostanie zakłócony, napięcie na rynku ropy jeszcze bardziej się pogłębi.
Co ciekawe, w tym samym czasie amerykański Departament Energii poinformował o wzroście zapasów ropy i paliw w USA. W normalnych warunkach taka informacja powinna obniżać ceny. Obecnie jednak globalny konflikt na Bliskim Wschodzie i ryzyko zakłóceń w dostawach mają znacznie większy wpływ na rynek niż dane o zapasach z jednego kraju. Inwestorzy wyceniają przede wszystkim ryzyko, a to jest dziś bardzo wysokie.
Polecany artykuł:
