Hubert Biskupski: Prokuratura Okręgowa w Warszawie umorzyła postępowanie przeciwko Lechowi Wałęsie w sprawie składania fałszywych zeznań dotyczących teczek gen. Kiszczaka. Śledczy uznali, że brak dowodów, iż był on autorem dokumentów, a w uzasadnieniu podano opinię świadków, że był wówczas „wtórnym analfabetą”. Zaskoczyła pana ta decyzja?
Leszek Miller: Uzasadnienie prokuratury w tej części jest słabe merytorycznie. To niedźwiedzia przysługa dla Wałęsy, który sam zareagował z irytacją na określenia o analfabetyzmie czy debilizmie. Prokuratura chciała zamknąć okres podejrzeń, ale mogła użyć neutralnego argumentu. Mogliby zastosować standardową konstrukcję procesową, że nawet gdyby zeznania były nieprawdziwe, mieściły się w prawie do obrony. A tak użyli sformułowania, które łatwo wyśmiać i które niczego nie zamyka.
Czy da się podsumować skomplikowane życie Lecha Wałęsy jednym słowem lub zdaniem?
Nie. Wałęsa ma swoje miejsce w historii. Spór dotyczy tego, czy ma być pomnikiem, czy człowiekiem. Wolę człowieka z jego słabościami. Niezależnie od podejrzeń, legenda Wałęsy ma niezwykłą siłę i nic nie usuwa jego zasług. W ruch solidarnościowy zaangażowane były miliony, ale symbolem pozostał Lech Wałęsa.
W latach 1980-1981 „Solidarność” liczyła około 10 milionów członków, w tym milion z PZPR. Jak to się stało, że to właśnie Wałęsa stał się twarzą związku na świecie, wyprzedzając Andrzeja Gwiazdę czy Annę Walentynowicz?
Trzeba cofnąć się do strajków sierpniowych z 1980 roku, gdzie objawił się jako lider potrafiący zapanować nad emocjami robotników. Potem na Zjeździe wygrał prawdziwą walkę wyborczą o fotel szefa związku. Nikt później tego nie kwestionował i nie zdołał rzucić mu rękawicy.
Zostaje sprawa współpracy z SB. Czemu Wałęsa nie chciał stanąć w prawdzie i powiedzieć, że współpracował w latach 70-tych, kiedy był młody i niedoświadczony, ale odkupił to późniejszą działalnością?
Tak, to byłoby to znacznie prostsze. Każdy człowiek ma ciemniejsze strony, co nie wymazuje osiągnięć pozytywnych. Wkład Wałęsy w pokojową rewolucję jest niepodważalny. Imponowała mi jego zdolność do porozumienia z przeciwnikiem - przy Okrągłym Stole i przy budowaniu większości dla rządu Tadeusza Mazowieckiego. Był typem trybuna ludowego, który męczył się w grzebiąc papierach, a odżywał wśród ludzi.
Skłonność do porozumienia z przeciwnikami jego wrogowie nazywają zdradą i magdalenkowym układem z komunistami. Czy potrafimy wznieść się ponad polityczne, doraźne podziały i docenić tych, którzy nie reprezentują naszego obozu politycznego ale mają istotny wkład w kształtowanie naszej przeszłości?
Tak ale po wielu latach lub po śmierci bohatera. Przykładem jest odzyskiwanie niepodległości po I wojnie światowej, gdy państwo tworzyli urzędnicy i wojskowi z różnych zaborów, pewnie w części dawni agenci. Dziś otacza się ich szacunkiem. Może z Wałęsą będzie podobnie.
Będzie z nim jak z Józefem Piłsudskim, który dla jednych był bohaterem, dla innych wrogiem?
Widzę podobieństwa - Piłsudski, tak jak Wałęsa, zachowywał przekonanie, że zawsze należy do niego ostatnie słowo i że zawsze ma rację.
A co pan sądzi o tym, że instytucjom, ulicom, czy placom nadaje się imię żyjącego człowieka? W Gdańsku mamy port lotniczy im. Lecha Wałęsy.
Takie akty powinny mieć miejsce po śmierci, Gdańsk się pospieszył. Lepiej, gdy ludzie pytają, dlaczego pomnika nie ma, niż gdy pytają, dlaczego stoi.
Co stało się z „Solidarnością”, która z 10 mln członków a obecnie zeszła do ok. 600 tysięcy?
W PRL po drugiej stronie stał jeden pracodawca - państwo, więc łatwo było strajkować. W gospodarce rynkowej z rozproszoną własnością związek musiał osłabnąć. Wielkoprzemysłowa klasa robotnicza pokonała państwowego właściciela, ale zmiana systemu osłabiła ruch.
Z czego wynika ogólna słabość związków zawodowych w Polsce?
Z obawy pracowników przed retorsjami prywatnych właścicieli. Ludzie słyszą od pracodawców: „założycie związek, to was zwolnię”.
Zaprosił pan Lecha Wałęsę na Kongres Lewicy w 2013 r., co wywołało sprzeciw Józefa Oleksego i wściekłość partyjnych kolegów. Po co panu był Wałęsa, który ostatecznie i tak się nie pojawił?
Lech Wałęsa walczył o godność robotników, uważaliśmy go za lewicowca. Postawił warunek: nie chce być „paprotką”, muszę przemówić. Oleksy jednak urządził awanturę przypominając rolę Wałęsy w wykreowaniu afery „Olina”. Aby uniknąć skandalu, po publicznych wypowiedziach Oleksego zadzwoniłem do Wałęsy i odwołałem wizytę. A szkoda, bo byłem ciekaw jego wystąpienia.
Wałęsa krytykował wtedy kapitalizm.
Tak, patrząc przez okno biura na unieruchomione dźwigi stoczniowe, powiedział wówczas: „Niech pan zobaczy, nic się nie dzieje... To są skutki kapitalizmu”. Gdyby nie konflikt lewica-prawica, Wałęsa byłby po stronie lewicy demokratycznej. To kawał historii Polski.
Jakie miał pan relacje z jego następcą i obecny szefem „Solidarności”, Piotrem Dudą?
Podczas protestu ws. wieku emerytalnego Piotr Duda zaprosił mnie do miasteczka pod Kancelarią Premiera. Gdy dziewczyna zaczęła grać na gitarze, zaśpiewałem z nimi Mury Kaczmarskiego. Parę dni później Donald Tusk w Sejmie zarzucił mi z mównicy, że poseł Miller śpiewa Mury na demonstracji „Solidarności”. Wyjaśniłem mu, że melodia tej pieśni (L'Estaca) to hymn katalońskich socjalistów i anarchistów.
Rozmawiał Hubert Biskupski