Obiecał Polsce skok cywilizacyjny. Zostawił miasta z długami na pokolenia. Tak działał interes Henry'ego Ulena

Miał pomóc odbudować Polskę, a doprowadził wiele miast na skraj finansowej katastrofy. Henry Ulen i jego firma Ulen&Co zarobili fortunę na budowie wodociągów w II RP, zostawiając samorządy z długami spłacanymi przez dziesięciolecia. To jedna z najbardziej niezwykłych afer gospodarczych w historii Polski.

  • Henry Ulen obiecał II RP modernizację, lecz zadłużył miasta na pokolenia, tworząc jeden z największych przekrętów biznesowych epoki.
  • Jego firma zarabiała krocie na wodociągach, gdzie zyski rosły wprost proporcjonalnie do kosztów i opóźnień, dzięki sprytnym zapisom w umowach.
  • Odkryj, jak pozornie legalne kontrakty doprowadziły samorządy do finansowej ruiny i dlaczego ta przestroga jest wciąż aktualna.

Wyobraź sobie burmistrza, który podpisuje umowę mającą odmienić przyszłość miasta. Za kilka lat mieszkańcy płacą fortunę za wodę, inwestycje wymagają kosztownych poprawek, a niemal cały budżet pochłania spłata jednego kredytu. Brzmi jak scenariusz współczesnej afery? Tymczasem taka historia wydarzyła się w Polsce sto lat temu. Jej głównym bohaterem był amerykański przedsiębiorca Henry Ulen, człowiek, który obiecał polskim miastom nowoczesność, a zapisał się w historii jako autor jednego z najbardziej kontrowersyjnych przedsięwzięć finansowych okresu II RP.

Co najbardziej zaskakujące, cały mechanizm działał niemal całkowicie legalnie. Nie było nocnych włamań do miejskich kas ani worków pieniędzy znikających pod osłoną ciemności. Wystarczyły dobrze napisane umowy, sprzyjające przepisy i państwo, które bardziej niż czegokolwiek potrzebowało zagranicznego kapitału. W efekcie kilka polskich miast przez dziesięciolecia spłacało rachunek za kontrakty, które początkowo wydawały się spełnieniem marzeń o rozwoju.

Jak działał interes Ulen&Co?

Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało niewinnie. Firma pożyczała pieniądze na inwestycje. Sama otrzymywała kontrakt na ich realizację. Sama decydowała o kosztach i tempie prac. Im dłużej budowała i im więcej wydawała, tym więcej zarabiała.

Dziś taki model wzbudziłby ogromne kontrowersje. W połowie lat 20. ubiegłego wieku wielu polityków widziało w nim jednak szansę na przyspieszenie modernizacji kraju. Dopiero po latach okazało się, że ten pozornie prosty mechanizm był niezwykle korzystny przede wszystkim dla jednej strony.

Pierwsze liczby zapaliły czerwoną lampkę

Przez pewien czas nikt nie zadawał niewygodnych pytań. W miastach trwały roboty, powstawały kolejne odcinki wodociągów i kanalizacji, a mieszkańcy wierzyli, że są świadkami wielkiej cywilizacyjnej zmiany. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak powinno wyglądać w państwie, które po odzyskaniu niepodległości próbuje nadrobić dziesięciolecia zapóźnień.

Pierwsze wątpliwości pojawiły się dopiero wtedy, gdy ktoś zestawił ze sobą rachunki. Dwa miasta. Podobne inwestycje. Zupełnie inne koszty.

W Częstochowie, która korzystała z usług Ulen&Co, budowa wodociągów i kanalizacji kosztowała około 123 zł na mieszkańca. Tymczasem Grudziądz, realizujący podobne przedsięwzięcie bez udziału amerykańskiej firmy, wydał zaledwie 23,7 zł na osobę. Różnica była ponad pięciokrotna. Trudno było uwierzyć, że wynika wyłącznie z warunków technicznych czy lokalnych kosztów pracy.

To nie był wyjątek.

Kiedy pod koniec lat 30. przeanalizowano inwestycje wykonane przez Ulen&Co w Piotrkowie Trybunalskim, okazało się, że ich rzeczywista wartość wynosiła około 3 mln zł. Problem w tym, że miasto zapłaciło za nie blisko 12 mln zł. W tym momencie coraz trudniej było mówić o zwykłym pechu czy nieudolności. Wszystko wskazywało na to, że ktoś stworzył system, który pozwalał zarabiać ogromne pieniądze kosztem polskich samorządów.

Dlaczego Polska dała się na to namówić?

To pytanie z perspektywy XXI wieku wydaje się oczywiste. Odpowiedź nie jest jednak tak prosta, jak mogłoby się wydawać. Polska dopiero od kilku lat istniała na mapie Europy. Za sobą miała wyniszczającą wojnę z bolszewikami, przed sobą ogromne potrzeby inwestycyjne. Trzeba było budować drogi, szkoły, mosty, wodociągi i kanalizację. Problem polegał na tym, że państwo praktycznie nie miało pieniędzy.

Co gorsza, światowe instytucje finansowe nie ustawiały się w kolejce, by pożyczać młodej Rzeczypospolitej miliony dolarów. Polska była postrzegana jako kraj ryzykowny – z niestabilną gospodarką i ogromnymi potrzebami kredytowymi. Każdy zagraniczny inwestor gotowy wyłożyć kapitał wydawał się więc na wagę złota.

I właśnie wtedy pojawił się Henry Ulen.

Nie sprzedawał rur ani kanalizacji. Sprzedawał coś znacznie cenniejszego – nadzieję, że Polska szybko dogoni Zachód. Przywiózł dolary, których państwo rozpaczliwie potrzebowało, a jego oferta miała być sygnałem dla świata, że w odradzającą się II RP warto inwestować.

Prawie nikt nie zadał jednak pytania, które później okazało się kluczowe: Co właściwie zapisano drobnym drukiem w tych umowach?

Kontrakt, który od początku miał tylko jednego zwycięzcę

Odpowiedź kryła się właśnie tam.

Model zaproponowany przez Ulen&Co był prosty i dlatego wydawał się tak atrakcyjny. Firma udzielała pożyczki na miejskie inwestycje, po czym... sama otrzymywała wyłączne prawo do wykonania robót finansowanych z własnego kredytu.

Na pierwszy rzut oka wyglądało to logicznie. W praktyce oznaczało jednak, że jedna spółka kontrolowała niemal cały proces – od udzielenia finansowania, przez prowadzenie budowy, aż po końcowe rozliczenie kosztów.

To był dopiero początek. Najbardziej zaskakujące zapisy umów sprawiały bowiem, że Ulen&Co mogła zarabiać nawet wtedy, gdy budowa się opóźniała. I właśnie one sprawiły, że z czasem kilka polskich miast znalazło się o krok od finansowej katastrofy. 

Na opóźnieniach zarabiało się najlepiej

W biznesie zwykle liczy się jedno – skończyć projekt szybko, odebrać wynagrodzenie i przejść do kolejnego zlecenia. Model stworzony przez Ulen&Co działał dokładnie odwrotnie. Im dłużej trwała budowa, tym większe pieniądze trafiały do amerykańskiej firmy.

To właśnie dlatego historycy gospodarki do dziś wskazują umowy podpisane z Henrym Ulenem jako przykład kontraktów skonstruowanych niemal idealnie z punktu widzenia wykonawcy. Firma nie tylko miała zagwarantowaną realizację wszystkich robót finansowanych z własnych pożyczek. Samorządy zobowiązywały się również do pokrywania kosztów funkcjonowania jej biur, administracji i zaplecza technicznego przez cały okres prowadzenia inwestycji. Każdy kolejny miesiąc oznaczał więc następne wpływy na konto przedsiębiorstwa.

Na tym korzyści się nie kończyły. Wynagrodzenie Ulen&Co było powiązane z wartością inwestycji. W praktyce oznaczało to, że wykonawca nie miał powodów do szukania oszczędności. Wręcz przeciwnie – im wyższy był końcowy rachunek, tym większy stawał się jego zysk. System premiował wzrost kosztów, a nie sprawną i ekonomiczną realizację robót.

Dzisiaj podobna konstrukcja umowy prawdopodobnie wywołałaby polityczną burzę. W połowie lat 20. XX wieku uznano ją za cenę, jaką trzeba zapłacić za zagraniczny kapitał.

Mieszkańcy czekali na postęp. Dostali kosztowne fuszerki

Kiedy pierwsze inwestycje zaczęły być oddawane do użytku, entuzjazm szybko ustąpił rozczarowaniu. Problemem nie były już tylko astronomiczne koszty. Coraz częściej okazywało się, że jakość wykonanych robót nie odpowiada pieniądzom, które wydały miasta.

Najbardziej wymownym przykładem był Piotrków Trybunalski. Na części ulic mieszkańcy doczekali się wodociągów, ale kanalizacji już nie. Kilkaset metrów dalej sytuacja wyglądała odwrotnie – powstała kanalizacja, lecz zabrakło wodociągów. Jakby tego było mało, część kanałów ułożono w taki sposób, że ścieki nie mogły swobodnie odpływać, a oczyszczalnia wymagała kosztownych poprawek niemal od chwili zakończenia budowy. Inwestycje, które miały symbolizować nowoczesność, bardzo szybko zaczęły być symbolem marnotrawstwa.

Podobne sygnały napływały z innych miast. W Radomiu nowa sieć wodociągowa zaczęła pękać już po kilku latach użytkowania. W Lublinie problemy pojawiły się w miejskiej rzeźni wybudowanej przez Ulen&Co. Z każdym kolejnym miesiącem coraz trudniej było bronić tezy, że wysokie koszty oznaczały wysoką jakość.

Historia o jeziorze bez ryb stała się symbolem całej afery

Spośród wszystkich opowieści związanych z działalnością Ulen&Co jedna przetrwała niemal sto lat.

Przedwojenna prasa opisała historię, która mogłaby uchodzić za anegdotę, gdyby nie to, że zapłacili za nią mieszkańcy Lublina. Jeden z przedstawicieli firmy uznał, że w pobliskim stawie muszą znajdować się ryby. Polecił więc wypompować całą wodę. Przez kilkanaście dni pracowali robotnicy zatrudnieni przy miejskich inwestycjach, działały pompy, zużywano paliwo i sprzęt.

Kiedy zbiornik został osuszony, okazało się, że... ryb nie ma.

Koszty całej operacji doliczono jednak do wydatków związanych z realizowaną inwestycją. Ta historia szybko zaczęła funkcjonować jako symbol tego, jak swobodnie firma gospodarowała pieniędzmi pochodzącymi z publicznych środków.

Najdroższe rachunki przyszły dopiero później

Prawdziwy dramat rozpoczął się wtedy, gdy budowy dobiegły końca.

Miasta musiały zacząć spłacać zobowiązania. Roczne raty pochłaniały tak dużą część budżetów, że pieniędzy zaczynało brakować praktycznie na wszystko. Odkładano kolejne inwestycje, ograniczano wydatki na utrzymanie infrastruktury, a każda decyzja finansowa podporządkowana była jednemu celowi – regulowaniu należności wobec Ulen&Co.

Najbardziej obrazowe są wyliczenia dotyczące Piotrkowa Trybunalskiego. Analizy przeprowadzone jeszcze w okresie międzywojennym wskazywały, że przy przyjętym harmonogramie miasto zakończyłoby spłatę zadłużenia dopiero w... 2187 roku. W Lublinie sytuacja wyglądała niewiele lepiej – tam zobowiązania miały zniknąć po ponad stuleciu. Trudno o lepszy dowód na to, jak kosztowne okazały się podpisane wcześniej kontrakty.

Rosły również ceny usług komunalnych. To mieszkańcy mieli finansować spłatę inwestycji, płacąc coraz więcej za wodę i kanalizację. W Lublinie wysokie opłaty sprawiły, że wiele osób zaczęło ograniczać zużycie wody do minimum. Jak wskazują źródła historyczne, pogorszenie warunków sanitarnych miało przyczynić się do wybuchu epidemii duru brzusznego. A więc rachunek za niekorzystne umowy płacono nie tylko pieniędzmi, ale również zdrowiem.

Historia, która wciąż daje do myślenia

Kiedy pod koniec II RP podsumowano współpracę z Henrym Ulenem, skala przedsięwzięcia robiła ogromne wrażenie. Około 72 mln dolarów pożyczek oznaczało finalnie blisko 188 mln dolarów kosztów. Jednocześnie wiele inwestycji można było zrealizować znacznie taniej, gdyby samorządy finansowały je na innych zasadach.

Paradoks tej historii polega na tym, że Henry Ulen nie zapisał się w pamięci Polaków tak, jak wielu innych bohaterów głośnych afer. Nie ma jego pomników ani szeroko znanych biografii. Pozostała za to lekcja, która nie straciła na aktualności.

Bo największe przekręty nie zawsze zaczynają się od walizek pełnych pieniędzy czy spektakularnych oszustw. Czasem wystarczy kilka pozornie niewinnych zapisów w umowie, podpisanej w chwili, gdy jedna strona bardziej niż rozsądku potrzebuje nadziei. I właśnie dlatego historia Ulen&Co jest czymś więcej niż opowieścią o aferze sprzed stu lat. To przestroga, że źle skonstruowany kontrakt potrafi kosztować więcej niż najdroższa inwestycja.

Wojciech Balczun, minister Aktywów Państwowych [IMPACT 2026]
QUIZ od PRL do kapitalizmu. Balcerowicz, bezrobocie, kuroniówka. Jak dobrze znasz polską transformację?
Pytanie 1 z 10
Kiedy wprowadzono Plan Balcerowicza?
Tak zmienił się Leszek Balcerowicz od czasu planu Balcerowicza

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki