Polacy chcą cięć w socjalu. Zaskakujący sondaż dla rządu

Rosnący deficyt budżetowy niepokoi Polaków. Sondaż IBRiS pokazuje, że blisko 40 proc. chce cięcia wydatków socjalnych, a tylko 7 proc. zgadza się na dalsze zadłużanie. To wyraźny sygnał dla rządu Donalda Tuska, którego plany na 2027 rok zakładają dalsze życie na kredyt.

Panorama Warszawy z wieżowcami w tle i zielonym parkiem na pierwszym planie. O sondażu dla rządu pisze SE Superbiz.
Autor: Cinematographer/ Shutterstock
  • Sondaż IBRiS: 39,2% Polaków za cięciem wydatków socjalnych w celu redukcji deficytu.
  • Zaledwie 7% poparcia dla dalszego zadłużania państwa.
  • Plany rządu Donalda Tuska na 2027 rok: wysoki deficyt (7,1% PKB) wbrew nastrojom społecznym.
  • Eksperci: deklaracje o gotowości do cięć mogą być pozorne.
  • Dług publiczny zbliżający się do progu ostrożnościowego 55 proc. PKB.

Pracownia IBRiS na zlecenie „Rzeczpospolitej” zapytała Polaków, co rząd powinien zrobić, by zmniejszyć deficyt w budżecie państwa. Odpowiedzi okazały się zaskakujące. Wygląda na to, że jako społeczeństwo mamy dość życia na kredyt i jesteśmy gotowi na zaciskanie pasa.

Najwięcej, bo aż 39,2 proc. ankietowanych, wskazało, że rząd powinien przede wszystkim ograniczyć wydatki socjalne. Na drugim miejscu znalazła się podwyżka podatków, którą poparło 19,7 proc. badanych. Co ciekawe, tylko 7 proc. uważa, że państwo powinno po prostu pożyczyć brakujące pieniądze i dalej zwiększać dług.

To pokazuje, że Polacy instynktownie czują, że spirala zadłużenia to droga donikąd. W rozmowie z „Rzeczpospolitą” potwierdza to ekonomista Banku Pekao, Karol Pogorzelski:

Myślę, że Polacy jakoś instynktownie rozumieją, przez analogię do swoich budżetów domowych, że wysoki deficyt i dług to coś złego

Warto jednak zaznaczyć, że problem finansów państwa jest na tyle skomplikowany, że aż 31,8 proc. respondentów nie potrafiło wskazać żadnego konkretnego rozwiązania, wybierając odpowiedź "trudno powiedzieć".

Rząd Tuska idzie pod prąd? Finanse publiczne w fatalnej kondycji

Sondaż to jedno, a plany rządu na najbliższy rok – coś zupełnie innego. Projekt budżetu wygląda tak, jakby rząd zwlekał z podjęciem trudnych decyzji. Zaplanowany na przyszły rok deficyt ma wynieść aż 282,6 mld zł, czyli o 11 mld więcej niż w tym roku. Dziura w kasie państwa, zamiast się zmniejszać, będzie się powiększać.

Deficyt całego sektora finansów publicznych ma utrzymać się na poziomie 7,1 proc. PKB. To ponad dwa razy więcej niż unijny limit wynoszący 3 proc. PKB. Już w 2025 roku byliśmy niechlubnym wiceliderem w UE pod względem wielkości deficytu. W 2027 roku możemy "awansować" na pierwsze miejsce. Jednocześnie rośnie zadłużenie państwa. Dług sektora finansów publicznych, liczony według unijnej definicji pod koniec przyszłego roku może sięgnąć już 70,6 proc. PKB. Dług liczony według polskiej metodologii, w przyszłym roku może przebić ustawowy próg ostrożnościowy 55 proc. PKB.

Czy naprawdę jesteśmy gotowi na zaciskanie pasa?

Na pierwszy rzut oka wyniki sondażu to dla Donalda Tuska wymarzona wiadomość: społeczeństwo daje polityczne przyzwolenie na trudne reformy. Eksperci zgadzają się, że to ważny sygnał, ale jednocześnie ostrzegają, że diabeł tkwi w szczegółach. W badaniu widzą dowód, że Polacy zaczynają rozumieć powagę sytuacji.

Kamil Sobolewski, główny ekonomista Pracodawców RP, idzie nawet o krok dalej.

Czy można uznać, że Polacy dają swoje przyzwolenie polityczne na konsolidację fiskalną? Uważam, że tak. Wskazania pokazują, że ludzie wiedzą, iż wzrost długu to bardzo niebezpieczna sprawa. Polacy widzą problem i godzą się nawet na pewne wyrzeczenia.

Podobnego zdania jest Piotr Bujak, główny ekonomista PKO BP, który ocenia, że rozkład opinii jest zgodny z rekomendacjami międzynarodowych instytucji. Jednak Karol Pogorzelski z Banku Pekao, studzi ten optymizm. i zauważa, że co innego deklarować coś w sondażu, a co innego – zgodzić się na cięcia, które dotkną nas osobiście.

Nie do końca wierzę w takie deklaracje – że Polacy są gotowi na podwyżki podatków albo cięcia wydatków. Nawet jeśli w sondażu odpowiadamy twierdząco, to prawdopodobnie uważamy, że to po prostu nas nie dotknie, że koszty poniosą inni.

I tu dochodzimy do sedna problemu. Skala wyzwań, przed jakimi stoją finanse publiczne, jest tak ogromna, że nie da się ich naprawić, obciążając tylko jedną, wybraną grupę społeczną. Według wyliczeń Związku Banków Polskich, aby zredukować deficyt do unijnej średniej, rząd musiałby znaleźć dodatkowe 196 mld zł dochodów lub obciąć wydatki o 178 mld zł. To pokazuje, że zmiany musiałyby być powszechne.

Szczegółowe wyniki pokazują, że deklarowana chęć na cięcie wydatków socjalnych jest pełna paradoksów. Okazuje się, że największymi zwolennikami ograniczania świadczeń są… osoby pobierające 800+ na dwoje lub więcej dzieci (51 proc. wskazań). Trudno uwierzyć, że chętnie zgodziłyby się na likwidację programu, z którego korzystają. To potwierdza tezę, że chętnie tniemy, ale cudze przywileje.

Widać też wyraźny podział pokoleniowy – za cięciami są głównie ludzie młodzi (56 proc. w grupie 30-39 lat), a przeciw osoby starsze (tylko 19 proc. w grupie 70+). To prosta kalkulacja – młodzi płacą składki, a starsi częściej korzystają ze świadczeń.

DOMAŃSKI ZAPEWNIA: Nie będzie waloryzacji 800 plus. Kwota się nie zmieni
QUIZ. Inflacja, hossa, bessa... Znasz te pojęcia z ekonomii czy musi ci pomagać księgowa?
Pytanie 1 z 10
Co to jest inflacja?

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki