Romantyzowanie mitu Galicji? Twarde dane mówią o tragedii tego zaboru

Średnia długość życia 27 lat i zarobki niższe o niemal 750 proc. niż w Anglii. To nie ponura fikcja, a realia zaboru austriackiego. Nędza galicyjska była tak wielka, że region zyskał miano „Golicji i Głodomerii”. Dane zebrane pod koniec XIX wieku pokazują skalę zapaści, która do dziś pozostaje symbolem skrajnej biedy.

Sentyment za Austro-Węgrami

W Małopolsce, części Podkarpacia a zwłaszcza w Krakowie, panuje dość interesujące i trudno wytłumaczalne dla mieszkańców reszty Polski zjawisko, tj. przywiązanie do austriackiego zaborcy, cesarza Franciszka Józefa i dziedzictwa Habsburgów. Wydawałoby się, że są to sprawy zamierzchłe, które dawno już odeszły - podobnie jak większość europejskich monarchii - w niebyt. Nic jednak bardziej mylnego.

W krakowskich domach nierzadko wiszą portrety austriackiego cesarza, na wodzie mineralnej Żywiec-Zdrój przez wiele lat widniał jego wizerunek, do dziedzictwa Habsburgów wprost odwołuje się popularny twórca Robert Makłowicz, dziennikarz i popularyzator kultury Leszek Mazan, a także wiele innych postaci życia publicznego. To o tyle egzotyczne, że w Warszawie czy Siedlcach wcale nie wiszą portrety rosyjskich carów, a w Poznaniu czy Gdańsku nie wspomina się z sentymentem pruskich zaborców. Nie chodzi też o linię Habsburgów żywieckich, silnie związanych z regionem i z Polską, ale właśnie dziedzictwo cesarsko-królewskiej monarchii.

Romantyzowanie Habsburgów i Austro-Węgier ma swój lokalny wymiar, czego dowodem była choćby sytuacja z wyborów na prezydenta miasta Krakowa, kiedy kandydatka KO Monika Piątkowska udzielała wywiadu mediom. Na platformie X pojawiło się wtedy zdjęcie, że w pomieszczeniu, gdzie Piątkowska rozmawiała z dziennikarzami wisiał... portret Franciszka Józefa. W związku z tym w przestrzeni publicznej powstał ostry spór i dyskusja, dotyczące austriackiego dziedzictwa.

Warto w związku z tym pochylić się nad realiami historycznymi i bytowymi zaboru austriackiego, które powinny pomóc nam odpowiedzieć na pytanie, czy rzeczywiście jest za czym tęsknić i rzewnie wspominać czasy habsburskiego panowania?

"Golicja i Głodomeria" – ponura legenda Galicji

Nie jest dziełem przypadku, że o Galicji (czyli regionie, który w wyniku rozbiorów I Rzeczypospolitej przypadł Austrii)  mówiło się "Golicja i Głodomeria". Ten gorzki przydomek nie był jedynie złośliwością, ale brutalnym odzwierciedleniem tragicznej rzeczywistości tych ziem. Pod koniec XIX wieku Stanisław Szczepanowski w swojej książce "Nędza Galicji w cyfrach" z 1888 roku zebrał dane, które bezlitośnie obnażyły tragiczną prawdę o życiu pod panowaniem cesarza Franciszka Józefa. Te liczby pokazują, dlaczego region był jednym z najgorszych miejsc do życia w całej ówczesnej Europie.

Galicja, oficjalnie zwana Królestwem Galicji i Lodomerii, była przede wszystkim przeludnioną, chłopską prowincją. Rafał Kuzak na portalu wielkahistoria.pl wskazuje, że na obszarze 78,5 tysiąca kilometrów kwadratowych zamieszkiwało 6,4 mln ludzi, co daje wynik 80 ludzi na jeden kilometr kwadratowy.

Aż 74 proc. mieszkańców utrzymywało się z pracy na roli, podczas gdy w Niemczech było to 42 proc., w Czechach 40 proc, a w Anglii zaledwie 20 proc. Problem w tym, że ziemi było dramatycznie mało. Na jednego mieszkańca wsi przypadało zaledwie 1,6 hektara. W chłopskich zagrodach brakowało też zwierząt – na 1000 osób przypadało tu o ponad 1000 sztuk bydła mniej niż w Anglii.

Dla porównania warto podać, że w najczęściej demonizowanym w polskich szkołach zaborze rosyjskim, współczynnik ten osiągał 2,7 hektara i był wyższy niż w Czechach (również Habsburskich), gdzie wynik równał się 2,3 ha. Mało tego, na tysiąc mieszkańców Galicji przypadało 551 sztuk bydła, w carskiej Kongresówce było to już 587, a w Czechach 780. Nie ma co nawet wspominać o Anglii, gdzie wynik osiągał 1645 sztuk. To był punkt wyjścia do katastrofy.

Głód, alkoholizm i długość życia

Codzienność przeciętnego mieszkańca Galicji pod panowaniem Franciszka Józefa, była prawdziwą walką o przetrwanie. Monotonna i uboga dieta opierała się głównie na ziemniakach (310 kg rocznie) i niewielkiej ilości zboża (114 kg). Mięsa jadano tyle, co nic – statystycznie 10 kg na rok. Dla porównania Niemiec zjadał go 33 kg, a Anglik aż 50 kg. Podobnie było z cukrem: 2 kg w Galicji wobec 30 kg w Anglii. Głód powodował tragiczne skutki. Z powodu braku możliwości utrzymania wielodzietnej rodziny, rodzice często wypędzali dzieci z domu, które potem koczowały po okolicy i umierały w drodze. Portal ciekawostkihistoryczne.pl informuje o jeszcze bardziej drastycznych przykładach, jak choćby ten, że dochodziło do aktów kanibalizmu i to nawet rodziców na własnych dzieciach! 

Powszechnie pito za to wódkę, której spożycie było znacznie wyższe niż w bogatszych krajach, w przeciwieństwie do mleka, piwa czy niemal nieobecnej kawy i herbaty (której w Anglii spożywano ok. 50 razy więcej niż w Galicji!). Plaga alkoholizmu była w austriackiej prowincji przerażająca. Na głowę mieszkańca Galicji przypadało średnio rocznie 120 l mleka, 10 l piwa, 2 l wina oraz aż 7 litrów wysokoprocentowych trunków. Dla porównania, w Anglii było to odpowiednio: 200 l; 125 l; 2 l oraz 2,5 l.

Złe warunki higieniczne i żywieniowe sprawiały, że średnia długość życia mężczyzn w Galicji wynosiła zaledwie 27 lat. Kobiety żyły średnio o półtora roku dłużej. W tym samym czasie w Anglii mężczyźni dożywali 40 lat, a kobiety 42. To była prawdziwa przepaść cywilizacyjna.

Dane Szczepanowskiego są szokujące. Autor wskazywał, że rocznie z powodu niedostatku higieny i odpowiedniego pożywienia, w Galicji umierało ok. 56 tys. ludzi!

Zarobki i podatki

Liczby dotyczące gospodarki regionu są równie przygnębiające. Skalę zacofania świetnie obrazuje średni dochód, który w Galicji wynosił zaledwie 53 złote reńskie, podczas gdy w Anglii było to aż 450 złotych. Nawet w zaborze rosyjskim zarabiało się o ponad 70 proc. więcej. Mieszkaniec Prus miał dochód wyższy o 277 proc., a Francji – o ponad 500 proc.

Co gorsza, niskim dochodom towarzyszyły wysokie obciążenia. Portal wielkahistoria.pl podaje, że podatki austriackie pochłaniały w Galicji aż 1/5 skromnych zarobków. W tym samym czasie w Prusach było to zaledwie 1/20 dochodu, a w Anglii 1/10. Mieszkańcy jednego z najbiedniejszych regionów Europy byli więc obciążeni fiskalnie znacznie mocniej niż obywatele bogatych państw.

Analfabetyzm i zacofanie 

Fatalna sytuacja ekonomiczna była nierozerwalnie związana z tragicznym poziomem edukacji i zacofaniem społecznym. W latach 80. XIX wieku aż 81 proc. mieszkańców Galicji powyżej 7. roku życia nie potrafiło czytać ani pisać. W sąsiednich Czechach, również pod władzą Habsburgów, analfabetyzm był niemal nieobecny – pisać i czytać potrafiło 92 proc. społeczeństwa. Ten brak podstawowych umiejętności zamykał drogę do jakiegokolwiek rozwoju i skazywał kolejne pokolenia na wegetację w rolniczej biedzie.

Dane zebrane przez Stanisława Szczepanowskiego nie pozostawiają złudzeń. Nędza galicyjska nie była mitem, ale twardym faktem, udokumentowanym w liczbach, które nawet po ponad stu latach robią piorunujące wrażenie.

Wylęgarnia chorób

Galicja przez dziesięciolecia była wylęgarnią epidemii, a jednym z największych problemów była kiła. Już w 1875 roku autor jednego z opracowań, Jan Stella-Sawicki, pisał wprost: „plagą straszną pustoszącą nasz kraj powoli, zabijającą teraźniejsze pokolenie i osłabiającą przyszłe jest kiła”. Choroba była tak powszechna, że w niektórych wsiach chorowali niemal wszyscy, a w szpitalach pacjenci z syfilisem stanowili od jednej trzeciej do nawet połowy wszystkich chorych.

Ale to nie wszystko. Lista śmiertelnych zagrożeń była naprawdę długa.

  • Cholera: tylko w 1847 roku zabiła 220 000 ludzi. Kolejna epidemia w latach 50. XIX wieku pochłonęła następne 74 000 ofiar.
  • Tyfus głodowy: w 1848 roku spowodował śmierć 140 000 osób.
  • Choroby dziecięce: gruźlica, błonica, odra czy szkarlatyna zbierały potworne żniwo. W pierwszym dziesięcioleciu XX wieku choroby w Galicji sprawiały, że dzieci do 5. roku życia stanowiły od 50% do nawet 60% wszystkich zmarłych.

Portal ciekawostkihistoryczne.pl zaznacza, że próbowano walczyć z epidemiami, wprowadzając kontrole sanitarne na granicach czy dezynfekując domy wodą karbolową. Rozpoczęto też programy szczepień, choć napotykały one na ogromny opór ludności, która ufała bardziej znachorom, a wykwalifikowanych lekarzy się bała. Mimo to, w latach 1915–1916 udało się zaszczepić przeciw ospie blisko 2 miliony osób.

Galicyjski handel ludźmi

Nędza galicyjska doprowadziła do masowego handlu ludźmi. Jednym z najbardziej wstrząsających zjawisk tamtych czasów było tak zwane "fabrykowanie aniołów". Kobiety, których nie było stać na utrzymanie kolejnego dziecka, oddawały je za niewielką opłatą innym kobietom. Te, nazywane "fabrykantkami aniołów", miały jeden cel: doprowadzić do śmierci noworodka. Mówiąc wprost, było to płatne dzieciobójstwo. Najczęściej odbywało się w sposób cichy i powolny – przez celowe głodzenie. 

Nędza galicyjska była też paliwem dla innego przerażającego procederu, który ówczesna prasa cynicznie nazywała "handlem delikatnym mięsem". Był to zorganizowany na masową skalę handel ludźmi, związany z prostytucją. Młode, często nastoletnie dziewczęta, były podstępem lub siłą wyrywane z głodujących rodzin i wywożone do domów publicznych na całym świecie.

Obietnica lepszego życia, pracy czy małżeństwa okazywała się pułapką. Dziewczyny galicyjskie trafiały do domów publicznych w Nowym Jorku, Buenos Aires czy Rio de Janeiro, gdzie stawały się niewolnicami seksualnymi. Wybitny polski ekonomista Leopold Caro twierdził, że na przełomie XIX i XX wieku z Galicji do samej tylko Ameryki Południowej wywożono co roku około 10 tysięcy dziewcząt w ramach zorganizowanego handlu ludźmi.

Wiedeńska eksploatacja rubieży

Podczas gdy pod zaborem rosyjskim, powoli kiełkował przemysł, Galicja pod panowaniem Austrii staczała się w przepaść. Towarzystwa kredytowe z Kongresówki pożyczały przedsiębiorcom miliony rubli na budowę fabryk, faktorii, a władze wspierały akcję kredytową. W Galicji było zupełnie inaczej. Wiedeń traktował ją nie jak część państwa, którą trzeba rozwijać, ale bardziej jako wewnętrzną kolonię.

Podstawowy problem był prosty: pieniądze zarobione w Galicji w większości nie zostawały w Galicji. Austria wszystkimi możliwymi metodami zagarniała lokalne depozyty do własnej kasy, zamiast przeznaczać je na inwestycje w regionie. Brakowało kapitału na budowę dróg, fabryk czy modernizację rolnictwa. Wiedeń nie był tym zainteresowany, bo miał wobec prowincji zupełnie inny plan. Modelowa eksploatacja gospodarcza polegała na tym, że Galicję widziano wyłącznie jako źródło surowców i rynek zbytu dla tanich wyrobów z metropolii. Historyk Walerian Kalinka z goryczą pisał, że „przedmioty, których najlichsza zagraniczna mieścina sama sobie dostarcza, Galicja sprowadza z Wiednia”.

Region stał się rynkiem zbytu dla austriackich fabrykantów, a jego własny potencjał przemysłowy był systemowo duszony. Taki model prowadził do trwałego uzależnienia i uniemożliwiał budowę jakiejkolwiek niezależności ekonomicznej.

Przez pewien czas, na przełomie XVIII i XIX wieku, Galicję ratowały wysokie ceny zboża. Dawało to iluzję stabilizacji. Jednak wkrótce na region spadła seria nieszczęść – od klęsk żywiołowych, jak susze i powodzie, po cios, który dziś nazwalibyśmy szokiem globalizacyjnym. Amerykanie zalali Europę tanią pszenicą, co doprowadziło do gwałtownego załamania cen. Dla gospodarki Galicji, opartej na lichym rolnictwie i pozbawionej przemysłowej alternatywy, był to wyrok.

Swobody i wyzysk

Trzeba uczciwie oddać, że poziom swobód politycznych był wyższy niż w rosyjskiej Kongresówce czy zaborze pruskim. W Galicji nie było tak mocnego nacisku, jaki Petersburg wywierał na rusyfikację, a Berlin - germanizację. Istotnie, elity galicyjskie miały szanse na częściowy udział we władzy na dworze Habsburgów, wszak dwóch Polaków - Alfred Józef Potocki i Kazimierz Badeni byli premierami Austrii, a było też kilku ministrów. Przy okazji przypomnieć jednak trzeba dla równowagi, że książę Adam Jerzy Czartoryski był ministrem spraw zagranicznych Imperium Rosyjskiego. Swobody i polityczna partycypacja (głównie elit) to jedno, natomiast los ludu i kwestie bytowo-rozwojowe wystawiają Galicji jednoznacznie negatywną ocenę. 

Historia Galicji i Lodomerii to brutalna lekcja o tym, co się dzieje, gdy gospodarka opiera się na zależności, a nie na własnym, silnym fundamencie. To przestroga przed modelem, w którym kraj staje się jedynie dostawcą taniej siły roboczej i surowców dla zagranicznych metropolii.

Złoty Laur 2026 - Ireneusz Fąfara, prezes Orlenu
Quiz. Grechuta, Wodecki, Zaucha. Jak dobrze pamiętasz piosenki o Krakowie?
Pytanie 1 z 10
Dokończ fragment piosenki „Sierpień w Krakowie” Macieja Maleńczuka. „Sierpień w Krakowie, a miał być gdzie indziej, ale tam to tylko mogłem...”

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki