Spis treści
Ogromne pieniądze na schrony zagrożone. Dlaczego gminy ich nie wydają?
Wygląda na to, że ambitny plan wzmocnienia bezpieczeństwa Polaków napotkał twardy mur – biurokrację i czas. Z danych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, którym kieruje minister Tomasz Szymański, wynika, że jest „wysokie i realne zagrożenie” utraty ogromnych pieniędzy. Chodzi o środki z „Programu Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej na lata 2025–2026”. Zostały one przeznaczone na budowę i modernizację schronów oraz miejsc ukrycia w całym kraju.
Problem jest prosty, ale poważny. Czas ucieka. Wszystkie środki muszą zostać wydane i rozliczone do końca 2026 roku. W przeciwnym razie wrócą do budżetu państwa. A liczby są alarmujące. Do 10 września tego roku samorządom przyznano prawie 2 mld zł, ale podpisane umowy objęły tylko nieco ponad 1,2 mld zł. Najgorsze jest jednak to, ile pieniędzy faktycznie wydano – na podstawie opłaconych faktur to zaledwie 24,3 mln zł – donosi "Dziennik Gazeta Prawna". Zagrożone jest blisko 790 mln zł, a te pieniądze na schrony muszą być wydane do końca 2026 roku.
Skąd ten paraliż? Odpowiedź jest banalna: budowa to nie jest coś, co robi się z dnia na dzień. A już budowa schronów, to naprawdę skomplikowany i długotrwały proces. Samorządy po prostu nie są w stanie zrealizować inwestycji w tak krótkim terminie. Przygotowanie projektu, uzyskanie pozwoleń i sama realizacja prac trwają miesiącami, a czasem latami. Wiele gmin, widząc, że nie zdążą przed końcem roku, nawet nie próbowało składać wniosków lub zrezygnowało w trakcie.
Rządowy plan ratunkowy. Na co trafią niewykorzystane środki?
W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji zapaliła się czerwona lampka. Skoro gminy nie są w stanie wydać pieniędzy, trzeba znaleźć sposób, żeby ich nie stracić. Resort wpadł na pomysł, który można streścić w jednym zdaniu: jeśli nie da się zbudować, to kupmy coś innego, co też wzmocni nasze bezpieczeństwo. Właśnie dlatego powstał projekt, który ma uelastycznić zasady wydawania pieniędzy z programu.
Co to oznacza w praktyce? Obecnie przepisy pozwalają przesuwać środki tylko między budową schronów a zabezpieczeniem logistycznym. Rząd Donalda Tuska chce to zmienić. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji proponuje, aby pieniądze na schrony, których nie da się wydać, można było przeznaczyć na dowolny z sześciu obszarów programu ochrony ludności. Chodzi tu w szczególności o sprzęt dla różnych służb, w tym rozwój systemu ratowniczo-gaśniczego, a także o systemy łączności i alarmowania.
Największym beneficjentem tej zmiany może okazać się... Państwowa Straż Pożarna. Jak przekonuje resort w dokumentach, do których dotarł „Dziennik Gazeta Prawna”, strażacy deklarują „natychmiastową gotowość zakupową”. Mówiąc prościej: mają gotowe listy zakupów i mogą wydać te pieniądze niemal od ręki. To także ułatwienie dla wojewodów. Gdy jakaś gmina zrezygnuje z dotacji, wojewoda nie będzie musiał zwracać pieniędzy do Warszawy, tylko będzie mógł szybko przekierować je na zakup potrzebnego sprzętu w swoim regionie.
Jak wygląda sytuacja w regionach? Gdzie buduje się najwięcej?
Mapa Polski pod względem wykorzystania pieniędzy na schrony jest bardzo nierówna. Widać na niej dwa światy: regiony, które działają prężnie, i te, w których pieniądze leżą odłogiem. Na Mazowszu samorządy chcą wykorzystać ponad połowę dostępnej puli (prawie 280 mln zł z 454 mln zł), a w województwie zachodniopomorskim podpisano umowy na ponad 80% dostępnych środków. To jednak wyjątki.
W wielu miejscach zainteresowanie jest dramatycznie niskie. W województwie warmińsko-mazurskim z zaplanowanych 145 mln zł gminy zawnioskowały o zaledwie 10 mln zł. Na Lubelszczyźnie z ponad 210 mln zł samorządy chcą wykorzystać tylko 62 mln zł. Czasem plany są, ale kończą się fiaskiem.
Planowaliśmy dostosować 13 przejść dla pieszych do parametrów miejsc doraźnego schronienia na ok. 7 tys. ludzi. Koszt inwestycji to 59 mln zł. Wniosek do wojewody o dotacje celowe został rozpatrzony negatywnie
– rozkłada ręce Arkadiusz Chęciński, prezydent Sosnowca.
Problemem jest nie tylko sama budowa, ale też biurokratyczna machina. Każdy wniosek na inwestycję budowlaną powyżej 50 tys. zł musi przejść przez ręce wojewody, MSWiA oraz Ministerstwa Obrony Narodowej, co trwa od czterech tygodni do nawet dwóch miesięcy.
To cenny czas, którego pod koniec roku po prostu brakuje. Mimo tych trudności rząd nie rezygnuje i już zwiększa finansowanie na kolejne lata. Planuje też zmiany w prawie, które mają ułatwić wieloletnie planowanie inwestycji, by uniknąć podobnych problemów w przyszłości.