Solidarność zrodzona w stoczni. 31 sierpnia 1980 - dzień, który zmienił oblicze Polski i świata

7 sierpnia 1980 roku. Anna Walentynowicz, 51-letnia suwnicowa ze Stoczni Gdańskiej im. Lenina, otrzymuje papier z wypowiedzeniem. Oficjalny powód? „Rażące naruszenie obowiązków pracowniczych". Prawdziwy? Władze chciały się pozbyć niewygodnej buntowniczki tuż przed emeryturą - zostało jej zaledwie pięć miesięcy do przejścia na zasłużony odpoczynek. Nikt wtedy nie wiedział, że ta jedna, pozornie rutynowa decyzja kadrowa rozpęta największy strajk w historii ludzkości i doprowadzi do upadku komunizmu w całej Europie Wschodniej. Zwolnienie „Pani Anny" stało się iskrą, która podpaliła kontynent.

  • Kryzys ekonomiczny jako katalizator - Polska PRL w 1980 roku była zadłużona na 27 miliardów dolarów, w sklepach panowały braki podstawowych produktów, a podwyżka cen mięsa o 60% w lipcu stała się ostatnią kroplą goryczy dla społeczeństwa
  • Anna Walentynowicz - od wzorowej robotnicy do symbolu oporu - Zwolnienie 60-letniej suwnicowej i działaczki opozycyjnej ze Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku stało się bezpośrednią przyczyną wybuchu strajku, a jej apel o solidarność z innymi zakładami 16 sierpnia zmienił lokalny protest w ogólnopolską rewolucję
  • 18 dni, które zmieniły historię - Od 14 sierpnia do 31 sierpnia 1980 roku Stocznia Gdańska stała się centrum pokojowego oporu, gdzie 17 tysięcy strajkujących robotników pod przywództwem Lecha Wałęsy stworzyło własną społeczność i sformułowało 21 postulatów wykraczających daleko poza sprawy ekonomiczne
  • Narodziny Solidarności i precedens dla świata - Podpisanie Porozumień Sierpniowych 31 sierpnia doprowadziło do powstania pierwszego niezależnego związku zawodowego w bloku sowieckim, który w ciągu kilku miesięcy zrzeszył 10 milionów członków i stał się modelem pokojowej transformacji systemów autorytarnych
Super Biznes SE Google News

Polska na skraju przepaści

Rok 1980. Polska Rzeczpospolita Ludowa zadłużona na astronomiczną sumę 27 miliardów dolarów – niemal połowę PKB. W sklepach puste półki, przed każdym produktem kolejki ciągnące się przez całe kwartały. Ludzie stoją po mięso, masło, cukier, mydło. Wszystkiego brakuje.

1 lipca 1980 roku władze ogłaszają „reorganizację dystrybucji mięsa” - eufemizm oznaczający podwyżkę cen o 60 proc. Kotlet schabowy z dnia na dzień drożeje z 10,20 zł do 18,10 zł. Dla przeciętnej rodziny to katastrofa - pensja wystarcza już tylko na przeżycie.

„To była ostatnia kropla” - wspomina robotnik ze Stoczni Gdańskiej. „Ludzie mieli dosyć. Gadali: ile można nas oszukiwać?”

8 lipca pierwsze strajki wybuchają w Świdniku koło Lublina, w Zakładach Lotniczych. Do 14 lipca protestuje już 177 fabryk z 80 tysiącami robotników tylko w województwie lubelskim. Fala niezadowolenia przelewa się przez kraj jak pożar stepu. Na początku sierpnia dociera nad Bałtyk.

„Pani Anna” - od wzorowej robotnicy do wroga ludu

Anna Walentynowicz trafiła do stoczni w 1950 roku jako 21-letnia dziewczyna z Wołynia. Najpierw spawaczka, potem suwnicowa - ciężka, męska robota. Przez lata wzorowa socjalistyczna pracownica, nawet odznaczona tytułem „Bohatera Pracy Socjalistycznej”. Mieszkała w bloku przy ul. Pilotów, prowadziła skromne życie samotnej kobiety.

Wszystko zmieniło się po grudniu 1970 roku, gdy widziała na własne oczy, jak milicja i wojsko strzelają do protestujących robotników na ulicach Gdańska. Zginęło co najmniej 44 osoby. „Zobaczyłam prawdziwą twarz tego systemu” - wspominała po latach. „To nie był socjalizm, tylko zwykła dyktatura”.

Od tego momentu Anna Walentynowicz stała się „wrogiem ludu numer jeden”. Zaczęła działać w podziemiu - wydawała biuletyn „Robotnik Wybrzeża”, organizowała nielegalne związki zawodowe, pomagała rodzinom represjonowanych. Za każdym razem władze próbowały ją złamać: przenoszenie na gorsze stanowiska, obcinanie premii, szykany.

Gdy w 1976 roku powstał Komitet Obrony Robotników (KOR), „Pani Anna” stała się jego najważniejszą sojuszniczką na wybrzeżu. To ona łączyła intelektualistów z Warszawy z robotnikami ze stoczni. Za to właśnie ją zwolnili w sierpniu 1980.

14 sierpnia - Wałęsa przeskakuje przez płot historii

Świt, czwartek 14 sierpnia 1980 roku. Około 200 robotników z pierwszej zmiany nie podejmuje pracy. Zbierają się przed budynkiem dyrekcji, żądając przywrócenia Anny Walentynowicz i podwyżek płac. Atmosfera napięta, ale spokojna.

Lech Wałęsa siedzi w tym czasie w domu na osiedlu Morena. Został zwolniony ze stoczni w 1976 roku za działalność związkową i pracował jako elektryk na budowach. Gdy około południa dowiaduje się o strajku, nie zastanawia się ani chwili. Biegnie do stoczni i przeskakuje przez płot przy bramie nr 2.

„Pamiętam ten moment” - opowiadał później. „Robotnicy mnie poznali, zaczęli krzyczeć: Lech! Lech! W ciągu kilku minut wybrali mnie przewodniczącym komitetu strajkowego”.

Wałęsa miał wtedy 37 lat. Pochodził z małej wsi Popowo koło Włocławka, gdzie urodził się w rodzinie cieśli. Do stoczni trafił w 1967 roku. Był świadkiem masakry z grudnia 1970 - to ukształtowało jego przekonanie, że „trzeba prowadzić poważną i mądrą walkę”.

W ciągu kilku godzin do protestu dołącza 17 tysięcy pracowników. Bramy stoczni zostają zamknięte - z zewnątrz i od środka.

Moment, który zmienił wszystko

Sobota, 16 sierpnia. Po dwóch dniach negocjacji dyrekcja stoczni ustępuje - zgadza się na 1500 zł podwyżki (średnia pensja wynosiła wtedy 6000 zł) i przywrócenie Anny Walentynowicz. Wałęsa ogłasza koniec strajku. Robotnicy zaczynają opuszczać stocznię, myśląc, że wygrali.

To była chwila prawdy. Gdyby strajk się skończył, zostałby w pamięci jako jeden z wielu lokalnych protestów. Ale wtedy Anna Walentynowicz chwyta megafon: „Zdradziliście robotników z innych zakładów! Teraz władza rozprawi się z nami jak z pluskwami, jednego po drugim!”

Obok niej stoi pielęgniarka Alina Pienkowska: „Nie możemy zostać samotną wyspą! Inni liczą na nas!”

Te słowa odwróciły bieg historii. Robotnicy zawracają do stoczni. Wałęsa, początkowo zaskoczony, podejmuje najtrudniejszą decyzję w życiu: „Dobrze! Zostajemy! Będziemy strajkować, aż wszystkie zakłady wywalczą swoje!”

Ten jeden okrzyk zmienił lokalny protest robotniczy w rewolucję narodową.

21 żądań, które wstrząsnęły systemem

17 sierpnia powstaje Międzyzakładowy Komitet Strajkowy (MKS) z Lechem Wałęsą jako przewodniczącym. Siedziba w sali BHP - masywnym ceglanym budynku, który kiedyś służył jako magazyn torped.

Tego samego dnia ojciec Henryk Jankowski odprawia mszę świętą pod bramą nr 2, pod polską flagą. Oficjalnie prezentowane są 21 postulatów MKS, które wykraczają daleko poza sprawy robotnicze.

Żądanie numer 1 - najbardziej rewolucyjne w całym bloku sowieckim: „Przyjęcie wolnych związków zawodowych niezależnych od partii”. To frontalne uderzenie w monopol władzy komunistycznej.

Dalsze postulaty to: prawo do strajku i bezpieczeństwo dla strajkujących, wolność słowa i druku, dostęp do mediów dla wszystkich wyznań, przywrócenie praw ludziom zwolnionym po poprzednich strajkach, zwolnienie więźniów politycznych, podniesienie emerytur i rent.

Do 21 sierpnia do Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego dołącza ponad 200 zakładów z całego Wybrzeża. W całej Polsce strajkuje już milion robotników - od Szczecina po Wrocław, od Warszawy po Kraków. To największy strajk w dziejach świata.

Życie w oblężonej stoczni

Przez 18 dni Stocznia Gdańska to „państwo w państwie”. 17 tysięcy strajkujących organizuje własną społeczność: służbę porządkową, zaopatrzenie, opiekę medyczną, drukarnię wydającą biuletyn „Solidarność” (30 tysięcy egzemplarzy dziennie). Robotnicy śpią w halach produkcyjnych, jedzą w stołówkach, codziennie o 18:00 słuchają mszy świętej pod bramą nr 2.

Kluczową rolę odgrywają kobiety - oprócz Walentynowicz i Pienkowskiej także Joanna Duda-Gwiazda, współautorka 21 postulatów. To często one podejmują najtrudniejsze decyzje, gdy mężczyźni wahają się.

Wsparcie społeczne robi ogromne wrażenie na zagranicznych dziennikarzach. Gdańszczanie przez cały dzień noszą pod bramy jedzenie, kwiaty, pieniądze. Dzieci stają się bohaterami, przerzucając paczki z jedzeniem przez płot. Tłumy ludzi gromadzą się przed bramą nr 2, która zmienia się w spontaniczny ołtarz ojczyzny - polskie flagi, kwiaty, portrety Jana Pawła II.

„To nie był zwykły strajk” - wspomina uczestnik. „To była celebracja wolności. Po raz pierwszy od wojny czuliśmy, że jesteśmy wolni”.

Władza kapituluje

Początkowo władze liczą, że strajk sam się rozpadnie z głodu i zmęczenia. Gdy widzą, że trwa i się rozprzestrzenia, podejmują decyzję bez precedensu w dziejach komunizmu: wysyłają do negocjacji wicepremiera Mieczysława Jagielskiego.

To pierwszy raz w historii, gdy komunistyczne władze siadają jako równi z równymi do stołu z niezależnymi przedstawicielami robotników. Jagielski, mimo że reprezentuje system, prowadzi negocjacje z wielką godnością.

„Atmosfera była bardzo napięta” - wspomina. „Czułem tę wrogość ze strony robotników. To było straszne. Z ostrą arytmią serca musiałem z godnością reprezentować władze”.

22 sierpnia przybywają do stoczni doradcy-eksperci: Tadeusz Mazowiecki (redaktor katolickiego tygodnika „Więź”), historyk Bronisław Geremek, ekonomista Waldemar Kuczyński i inni. Przynoszą list poparcia podpisany przez 64 warszawskich intelektualistów. Wałęsa mianuje ich „ekspertami” przy Komitecie Strajkowym: „Żeby nas nie oszukali”.

Negocjacje trwają 10 dni. Każdego dnia rozmowy transmitowane są przez radiowęzeł na całą stocznię. Robotnicy komentują każde słowo, każdy gest.

Obchody powstania Solidarności.
Muzeum Solidarności

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki