Blida wolała śmierć, niż udział w spektaklu Ziobry

Dlaczego lwica lewicy Aleksandra Jakubowska została skazana na karę więzienia. O kim koledzy mówili "księżna". Czy Barbara Blida naprawdę popełniła samobójstwo podczas akcji ABW w jej domu i dlaczego znalazła się na celowniku Zbigniewa Ziobry. Były premier Leszek Miller w rozmowie z Hubertem Biskupskim ujawnia nieznane fakty i zaskakujące historie.

Leszek Miller, Barbara Blida i Aleksandra Jakubowska. O kobietach lewicy i historii SLD przeczytasz na SE Superbiz.
Autor: Piotr Mizerski/East News, Mirek Noworyta/Super Express, Paweł Dąbrowski/Super Express/ East News

Panie premierze, gdy słyszy pan hasło „kobieta SLD”, kogo widzi pan przed oczami?

Leszek Miller: Musiałbym wymienić konkretne grono, które najmocniej utkwiło mi w pamięci. To niewątpliwie Barbara Blida, Anna Bańkowska, Krystyna Łybacka i Aleksandra Jakubowska. Nigdy nie narzekaliśmy na brak profesjonalnych i bardzo inteligentnych kobiet w naszych szeregach.

Skoro tak, to dlaczego żadna kobieta lewicy nigdy nie została premierem, choć lewica rządziła Polską dwie kadencje? A mieliśmy Hannę Suchocką, Ewę Kopacz czy Beatę Szydło wywodzące się z formacji konserwatywnych.

Odpowiedź jest prosta: rzadziej niż te ugrupowania mieliśmy pełnię władzy, by móc samodzielnie desygnować kandydata na premiera. Gdybyśmy rządzili dłużej, na pewno powołalibyśmy kobietę. Moim zdaniem ciężar ten udźwignęłyby zarówno Krystyna Łybacka, z którą blisko pracowałem w rządzie, jak i Anna Bańkowska, słynąca w Sejmie z ogromnego profesjonalizmu.

Aleksandra Jakubowska. To o niej powiedział pan słynne: „mężne serce w kształtnej piersi”. Żałuje pan tych słów, bądź co bądź bardzo seksistowskich?

Skądże! To powiedzenie bardzo mi się podoba, a z tego co wiem, pani Jakubowskiej również, o czym wielokrotnie mnie zapewniała. Co do jej mężnego serca nie mam żadnych wątpliwości, udowadniała to wielokrotnie. Co do reszty – to tylko przypuszczenia.

Aleksandra Jakubowska była topową dziennikarką telewizyjną, która weszła do świata wielkiej polityki i została rzeczniczką rządu. Jak do tego doszło?

Józef Oleksy i Włodzimierz Cimoszewicz znali warsztat dziennikarski Jakubowskiej. Panowało przekonanie, że dziennikarz lepiej dogada się z „koleżankami i kolegami żurnalistami”. Choć było to nieco naiwne, ona jako rzeczniczka sprawdziła się bardzo dobrze.

Jednak jej ambicje sięgały znacznie wyżej. Podobno bardzo przeżyła to, że nie została ministrem kultury, a jedynie wiceministrem u Andrzeja Celińskiego, którego serdecznie nie cierpiała?

Politycy krążący po gabinetach często łakomie patrzą na napis „minister”. Dlaczego wybrałem Celińskiego? Zdradzę panu sekret: obiecałem mu to stanowisko na długo przed wyborami, a dla mnie takie przyrzeczenia zawsze miały wartość. Celiński, mimo, że był z innego obozu, był człowiekiem o szerokich horyzontach, choć miał trudności w relacjach ze środowiskiem artystycznym.

Praca nad ustawą o radiofonii i telewizji stała się początkiem końca Jakubowskiej. Była jedną z głównych bohaterek afery Rywina.

Uważam, że niezasłużenie. Robiła to, co do niej należało. Ustawa była konieczna ze względu na wymogi Unii Europejskiej dotyczące uporządkowania ładu medialnego. Jakubowska jest przykładem tego, jak ślepa potrafi być sprawiedliwość. Została oczyszczona z zarzutów dotyczących samej afery Rywina, ale skazano ją za rzekome przekroczenie uprawnień. Sąd uznał, że chciała prywatyzować telewizję regionalną, podczas gdy ja, jako premier, wyraźnie zakazałem jakiejkolwiek prywatyzacji mediów publicznych, a ona to polecenie wykonała. Do dziś nie mogę się z tym wyrokiem otrząsnąć.

Panie premierze, sąd skazał ją prawomocnie i nie miał wątpliwości co do jej winy. A później jej życie się posypało: aresztowanie męża, wyroki za korupcję i jazda pod wpływem alkoholu. Czy miał pan z nią kontakt w tym trudnym dla niej czasie?

Tak, spotykaliśmy się. Ona wychowywała dziecko z zespołem Downa i znalazła się w dramatycznej sytuacji finansowej. Brzydziło mnie, jak jej dawni „przyjaciele” przestali odbierać telefony, gdy tylko straciła wpływy. Co do wyroków – nie były one drastyczne, co sugeruje, że ciężar winy nie był tak duży, jak przedstawiały to media.

Zaskoczył pana jej zwrot w stronę prawicowych mediów i występy w telewizji braci Karnowskich?

To była zwykła desperacja i konieczność zarobkowania. Gdyby inna redakcja złożyła jej ofertę, pewnie by ją przyjęła. To podobny mechanizm jak u pani Ogórek – gdyby TVN złożył jej propozycję po kampanii, dziś byłaby ich gwiazdą. W mediach profesjonalizm powinien stać nad ideologią, choć wiem, że dziś dziennikarze muszą realizować linię polityczną swojej stacji.

Wspomniał pan o Krystynie Łybackiej. Nazwał ją pan kiedyś „księżną”. Nie wiem, czy w formacji lewicowej to komplement, czy wręcz przeciwnie?

Byłem pod jej ogromnym wrażeniem. Krystyna Łybacka była doktorem nauk matematycznych - dla mnie, osoby słabej z matematyki, posiadała „wiedzę tajemną”. Była jedyną kobietą wśród 16 szefów wojewódzkich struktur SLD. Miała niezwykłe, wysublimowane poczucie humoru i świetny kontakt ze środowiskiem nauczycielskim jako minister edukacji.

A Anna Bańkowska?

Ona wykonywała  mrówczą pracę. Nie miała parcia na szkło, pracowała w drugim szeregu, ale była wybitną ekspertką od rent, emerytur i ubezpieczeń społecznych. Nawet politycy z innych opcji przychodzili do niej po pomoc w rozstrzyganiu trudnych kwestii merytorycznych.

Nie możemy zapomnieć o Izabeli Sierakowskiej, gwieździe lewicy lat 90.

Ona, w przeciwieństwie do Bańkowskiej, miała ogromny „ciąg na bramkę”. Kochała media i polemiki. Walczyła o świeckie państwo, co zawsze budziło emocje. Do dziś słyszę stukot jej wysokich szpilek na sejmowych korytarzach - „puk, puk, puk” i wiadomo było, że idzie Sierakowska. Zostawiła po sobie niesamowity list, odczytany na pogrzebie, w którym m.in. prosiła mnie: „Lechu, przestań się czepiać Wałęsy”. Nie została ministrem tylko dlatego, że celowała w ten sam resort co Łybacka, a dwie tak silne osobowości nie mogłyby ze sobą współpracować.

Na koniec postać tragiczna - Barbara Blida. Wierzy pan w tę oficjalną wersję o jej samobójstwie podczas akcji ABW w 2007 roku w mieszkaniu państwa Blidów?

Znając charakter tej twardej i dumnej Ślązaczki, jestem bliski przekonania, że to było samobójstwo. Nie mogła znieść myśli o wyjściu z domu w kajdankach przed kamerami telewizyjnymi. Cała ta akcja była przygotowana przez Zbigniewa Ziobrę jak spektakl. Blida była gwałtowna, potrafiła kląć jak szewc i posługiwać się „językiem z budowy”, gdzie spędziła lata pracy. Pamiętam, jak kiedyś w walce o fundusze budżetowe poszła do PSL-u i tam się rozpłakała - tymi kobiecymi łzami ograła mnie i zabrała pieniądze na swój resort.

A dzisiejsze kobiety lewicy? Na przykład Anna Maria Żukowska? Czy widzi ją pan w roli premiera?

Uchowaj Boże. Nie wymieniam jej w jednym rzędzie z tamtymi postaciami, bo ona jeszcze niczym wielkim się nie zapisała. Tamte kobiety miały ogromny dorobek osobisty i lokalny. Panią Żukowską ludzie kojarzą głównie z „wanny”.

Rozmawiał Hubert Biskupski

Alfaber Millera - R jak Rosja

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki