Dolar kusił fortuną. Tak spekulowano walutą po reformie Grabskiego

Miliony marek za jednego dolara, nerwowa walka o dewizy i spekulanci, których potrafiła przestraszyć nawet plotka. Reforma Grabskiego miała dać Polsce stabilny pieniądz, ale nie zakończyła gry o dolara. Gdy kurs się chwiał, amerykańska waluta znów stawała się obiektem pożądania. Tak wyglądała walutowa gorączka w II RP.

  • Hiperinflacja w II RP sprawiła, że dolar stał się schronieniem i obiektem gorączkowych spekulacji, osiągając miliony marek.
  • Reforma Grabskiego początkowo zdołała uspokoić rynek i zmusić spekulantów do wyprzedaży, ale niestabilność szybko przywróciła dolarowi status bezpiecznej przystani.
  • Odkryj, jak ta historyczna walka o walutę pozostaje zaskakująco aktualna dla dzisiejszych rynków.

Warszawa, początek 1924 roku. Pieniądze potrafiły tracić wartość szybciej, niż człowiek zdążył je wydać. Polska wychodziła z katastrofalnej inflacji, a marka polska stała się symbolem gospodarki, która wymknęła się spod kontroli. W lutym za jednego dolara płacono około 9,2–9,3 mln marek polskich. Nic dziwnego, że ci, którzy mieli oszczędności, szukali schronienia w walutach uznawanych za pewniejsze.

W takich warunkach dolar nie był tylko środkiem płatniczym. Był zabezpieczeniem przed spadkiem wartości pieniądza, przedmiotem handlu i zakładem o przyszłość polskiej waluty. Jedni kupowali go, by ratować oszczędności. Inni liczyli, że kurs pójdzie jeszcze wyżej i będzie można na nim zarobić.

Władysław Grabski postanowił tę grę przerwać. Najpierw rozpoczęła się walka o ustabilizowanie marki, a dopiero potem pojawił się nowy złoty. I właśnie w tych kilku miesiącach rozegrała się jedna z najbardziej niezwykłych potyczek między państwem a rynkiem w historii gospodarczej II RP.

Zanim pojawił się złoty, dolar był ucieczką przed inflacją

Hiperinflacja z 1923 roku sprawiła, że trzymanie oszczędności w markach polskich oznaczało realną utratę ich wartości. Ceny rosły błyskawicznie, a ludzie próbowali zamieniać krajowy pieniądz na towary, złoto albo obce waluty. Dolar był szczególnie atrakcyjny. W przeciwieństwie do rozpadającej się marki kojarzył się ze stabilnością i możliwością zachowania wartości majątku.

To właśnie wtedy rozkwitał także nieoficjalny handel walutami. W ówczesnym języku pojawiało się określenie „czarna giełda”. Trzeba jednak uważać, by nie przenosić na tamte czasy obrazu znanego później z PRL. Nie chodziło o sieć „cinkciarzy” czy nielegalnych kantorów działających dokładnie na zasadach znanych z drugiej połowy XX wieku. Rynek walutowy II RP obejmował zarówno oficjalny obrót, jak i prywatne oraz czarnorynkowe transakcje, a zasady kupowania, sprzedawania i transferowania dewiz zmieniały się wraz z kolejnymi decyzjami władz.

Najważniejsze było jednak jedno: im mniej ludzie ufali marce, tym bardziej chcieli dolara.

Grabski ruszył do ataku. I nagle spekulanci zaczęli sprzedawać dolary

Pierwsza wielka potyczka ze spekulacją dolarem rozegrała się jeszcze przed formalnym wprowadzeniem złotego. Rząd Grabskiego zaczął porządkować finanse państwa i ograniczać finansowanie wydatków poprzez emisję pieniądza. Równocześnie na rynek kierowano dewizy, aby zahamować wzrost kursu dolara.

Mechanizm zaczął działać. Kurs amerykańskiej waluty, który wcześniej dochodził do około 10,2 mln marek, spadł w okolice 9,2 mln. Od lutego do czerwca 1924 roku utrzymywał się w pobliżu 9,255 mln marek za dolara. Dla ludzi, którzy obstawiali nieustanny wzrost dolara, sytuacja nagle się odwróciła.

Feliks Młynarski, ekonomista, współtwórca reformy i późniejszy wiceprezes Banku Polskiego, opisywał po latach rynek jako „przeładowany dolarami”. Według jego wspomnień uczestnicy spekulacji nie mieli wystarczających rezerw w markach, by długo czekać na ponowne odwrócenie kursu. Gdy marka zaczęła się umacniać, pojawiła się presja na sprzedaż dolarów. Gra na dalsze osłabienie polskiego pieniądza przestała być oczywistym interesem. Rynek, który wcześniej uciekał do dolara, zaczął się go pozbywać.

Plotka o wielkim kredycie przestraszyła rynek

W tej historii jest epizod, który brzmi jak scenariusz filmu o giełdowych spekulantach. Tyle że jego źródłem są wspomnienia samego Feliksa Młynarskiego. Na rynku zaczęła krążyć pogłoska, że Grabski zdobył za granicą poważny kredyt, który pozwoli rządowi długo prowadzić interwencję walutową.

Nie była prawdziwa.

Młynarski wspominał jednak, że gdy pytano go o rzekomy kredyt, nie dementował informacji, lecz zasłaniał się tajemnicą urzędową. To tylko wzmacniało pogłoski. Rynek miał w efekcie uwierzyć, że państwo dysponuje pieniędzmi pozwalającymi długo bronić krajowej waluty.

Efekt psychologiczny okazał się niezwykle silny.

Młynarski zapisał później, że kurs dolara został wówczas „wzięty w cugle”. Spekulanci, którzy wcześniej grali na dalsze osłabienie marki, znaleźli się pod presją. Nie sam kredyt – bo tego kredytu nie było – lecz przekonanie rynku, że państwo dysponuje ogromną siłą finansową, pomogło zmienić zachowanie jego uczestników.

1,8 mln marek za złotego. Polska dostała nowy pieniądz

Kulminacją reformy Grabskiego było wprowadzenie nowej waluty i uruchomienie Banku Polskiego. Instytucja rozpoczęła działalność 28 kwietnia 1924 roku. Nowy złoty zastąpił markę polską przy przeliczniku: 1 złoty = 1,8 mln marek polskich.

Ustalony parytetowy kurs dolara wynosił około 5,18 zł. Złoty miał ustawowy parytet odpowiadający około 0,29 grama złota, a jego wartość była zbliżona do franka szwajcarskiego. Emisja nowego pieniądza miała być powiązana z rezerwami złota i dewiz Banku Polskiego.

Dla Polaków była to niezwykła zmiana. Jeszcze niedawno ceny liczono w milionach marek, teraz w portfelach pojawiał się pieniądz, który miał być symbolem stabilizacji.

Grabski wygrał pierwszą bitwę. Ale nie wygrał wojny.

Czy handel dolarami był nielegalny? Przepisy zmieniały się błyskawicznie

Tu zaczyna się najbardziej skomplikowana część tej historii. Łatwo byłoby napisać, że po reformie władze zakazały handlu dolarami, a spekulanci zeszli do podziemia. Jednak rzeczywistość była znacznie bardziej złożona. Obrót dewizami w II RP podlegał regulacjom, ale zasady zmieniały się bardzo szybko.

28 marca 1924 roku minister skarbu wydał rozporządzenie dotyczące obrotu dewizami i walutami zagranicznymi oraz przepływu pieniędzy z zagranicą. Akt wszedł w życie 1 kwietnia. Już 23 kwietnia część jego postanowień zmieniono, a kolejne regulacje pojawiły się we wrześniu i październiku.

Wiosną 1924 roku nastąpiło więc złagodzenie części ograniczeń dotyczących krajowego obrotu walutami, ale państwo nie zrezygnowało z kontroli nad przepływem dewiz za granicę. Minister skarbu nadal miał ustawowe uprawnienia do regulowania zarówno obrotu pieniężnego z zagranicą, jak i obrotu obcymi walutami.

Dlatego określenie „nielegalne kantory” trzeba traktować jako współczesny skrót myślowy. W realiach 1924 roku bardziej precyzyjnie jest mówić o nieoficjalnym lub czarnorynkowym handlu walutami oraz transakcjach naruszających obowiązujące ograniczenia dewizowe. 

To nie znaczy, że przepisy były papierowym straszakiem.

Państwo pilnowało dewiz. Za złamanie przepisów groziły wysokie kary

Ustawa z 20 marca 1924 roku przedłużyła ministrowi skarbu uprawnienia do regulowania obrotu walutowego i przepływów pieniężnych z zagranicą do końca marca 1925 roku. Jednocześnie przepisy przewidywały wysokie jak na ówczesne realia sankcje – kwoty grzywien zostały przeliczone z milionów marek na 10 tys. i 5 tys. zł, zależnie od rodzaju naruszenia.

Jesienią 1924 roku państwo zaczęło ponownie zaostrzać część zasad. Rozporządzenie z 22 września dotyczyło m.in. odstępowania Bankowi Polskiemu walut obcych uzyskiwanych z eksportu niektórych artykułów, a pod koniec października regulacje ponownie uzupełniono.

To pokazuje, jak nerwowy był ówczesny rynek. Państwo potrzebowało dewiz do ochrony nowej waluty i rozliczeń zagranicznych, przedsiębiorcy potrzebowali ich do prowadzenia interesów, a prywatni posiadacze kapitału widzieli w nich zabezpieczenie przed kolejnym kryzysem.

Tam, gdzie ścierały się te interesy, pojawiało się pole do spekulacji i nieoficjalnego obrotu.

Rok później dolar znów był na wagę złota

Przez chwilę wydawało się, że reforma Grabskiego zakończyła problem. Inflację udało się zdusić, powstał Bank Polski, a złoty otrzymał stabilny kurs. W 1925 roku sytuacja zaczęła się jednak pogarszać. Polska gospodarka znalazła się pod presją, pogarszała się sytuacja w handlu zagranicznym, a rezerwy dewizowe Banku Polskiego zaczęły maleć. Obrona kursu stawała się coraz droższa. I wtedy wrócił stary odruch: kupować dolary.

Co najważniejsze, tym razem mamy świadectwo samego Władysława Grabskiego. Były premier pisał później, że wraz ze spadkiem wartości złotego pojawił się zwiększony popyt na dolary. Kupowano je m.in. jako zabezpieczenie gotówki przed utratą wartości, ale również w celach spekulacyjnych. Od końca lipca do końca grudnia 1925 roku rezerwy walutowe Banku Polskiego miały zmniejszyć się o 56 mln zł. Historia zatoczyła koło. Reforma zmieniła pieniądz, ale nie zlikwidowała strachu przed jego utratą wartości.

Kupowali dolary, licząc na zysk. Jeden ruch państwa mógł odwrócić grę

Spekulacja dolarem w II RP nie była jednak prostym przepisem na bogactwo. Kto kupował dolary przed osłabieniem krajowej waluty, mógł ochronić wartość kapitału, a przy korzystnej zmianie kursu również zarobić. Kto jednak obstawiał nieprzerwany wzrost dolara w momencie, gdy państwo skutecznie interweniowało, mógł ponieść straty.

Początek 1924 roku pokazał to wyjątkowo brutalnie. Spekulanci uwierzyli, że dolar będzie dalej drożał. Tymczasem interwencja rządu, poprawa sytuacji finansowej i przekonanie rynku, że Grabski ma do dyspozycji ogromny kredyt, zmieniły nastroje.

Nagle dolar przestał być oczywistym zwycięzcą. W tej grze liczył się nie tylko kurs. Liczyła się informacja, dostęp do dewiz, przewidywanie decyzji rządu, sytuacja budżetu i przede wszystkim psychologia rynku.

Grabski zbudował nowy pieniądz. Nie zmienił ludzkiego instynktu

Reforma Grabskiego pozostaje jednym z najważniejszych przedsięwzięć gospodarczych II RP. Powstał nowy system pieniężny, a Bank Polski rozpoczął działalność jako spółka akcyjna z kapitałem 100 mln zł. Państwo próbowało odciąć emisję pieniądza od bieżących potrzeb polityków i odbudować zaufanie do polskiej waluty.

Reforma nie mogła jednak zlikwidować mechanizmu starszego niż sam złoty. Kiedy ludzie przestają ufać własnej walucie, szukają czegoś, co wydaje się bezpieczniejsze. W 1923 roku i na początku 1924 roku takim schronieniem był dolar. Grabski zdołał odwrócić sytuację i zmusić rynek do uwierzenia w polski pieniądz. Gdy jednak w 1925 roku złoty znalazł się pod presją, popyt na amerykańską walutę wrócił.

I dlatego ta historia sprzed ponad stu lat brzmi zaskakująco współcześnie. Zmieniają się banknoty, przepisy i instytucje, ale mechanizm pozostaje podobny: strach każe szukać bezpiecznej waluty, chęć zysku napędza spekulację, a jedna decyzja państwa – czasem nawet jedna wiarygodna pogłoska – może sprawić, że zwycięzcy i przegrani zamienią się miejscami.

Wojciech Balczun, minister Aktywów Państwowych [IMPACT 2026]
QUIZ od PRL do kapitalizmu. Balcerowicz, bezrobocie, kuroniówka. Jak dobrze znasz polską transformację?
Pytanie 1 z 10
Kiedy wprowadzono Plan Balcerowicza?
Tak zmienił się Leszek Balcerowicz od czasu planu Balcerowicza

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki