Słynne pary PRL

Jak oni się kochali! Miłość w czasach PRL

2023-02-18 16:04

Byli utalentowani, odnosili sukcesy, ich znajomymi byli ludzie barwni, często wielcy. O związkach, miłościach, rozkwitach i zawodach celebrytów z PRL krążą legendy. Wszystko to bardzo filmowe historie. I gdyby nie to, że dotyczą prawdziwych ludzi, niekiedy nie do uwierzenia

Spis treści

  1. Agnieszka Osiecka i Wojciech Frykowski - sezonowa miłość
  2. Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat - najlepsi przyjaciele
  3. Zofia Komeda-Trzcińska i Krzysztof Komeda - jazzman i jego muza 

Agnieszka Osiecka i Wojciech Frykowski - sezonowa miłość

Kiedy Wojciech Frykowski poznał Agnieszkę Osiecką, oboje już się znali ze słyszenia. On był głośnym bon vivantem i playboyem, roztaczającym wokół siebie aurę, której źródła nie były oczywiste. Nie chodziło o inteligencję, raczej o wysoki wzrost i urok. Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby uwiódł kolejną młodą osóbkę. Przystojny niebieskooki brunet o kwadratowej twarzy. Aspirujący filmowiec, syn łódzkiego przedsiębiorcy wymknął się ojcu chcącemu go widzieć na czele firmy.

Zdobył szturmem Polańskiego, skończył filmówkę i chociaż nie miewał pomysłów ani wizji na miarę talentu swojego przyjaciela, przylgnął do wybitnego środowiska, z biegiem czasu stając się jego legendarną częścią. Po tym, jak wniósł kilka poprawek do „Noża w wodzie”, zapragnął zostać scenarzystą. Nigdy to jednak nie wypaliło.

Zanim poznał Osiecką, uciekła od niego pierwsza żona, Ewa Kwaśniewska, „najpiękniejsza łódzka licealistka”, którą terroryzował, nie pozwalając nawet uśmiechnąć się do innego mężczyzny. Bezpodstawnie oskarżana przez jego matkę o uwodzenie braci Wojtka, a nawet jego ojca. Wtedy postanowił zrobić sobie przerwę. Obietnica złożona samemu sobie stopniała, gdy zobaczył płowowłosą Agnieszkę Osiecką. Wzajemne zauroczenie skończyło się zakopiańskim ślubem. Frykowski lubił mieć swoją kobietę tylko dla siebie, dlatego podobno wielu tym, które tylko mu się podobały, szybko proponował małżeństwo. Z Agnieszką to było coś więcej, ale więcej niewiele.

Na ślubnym zdjęciu z Zakopanego, oboje z przejrzystymi oczami, weseli i szczęśliwi, wydają się rozumieć bez słów. Ona rozpromieniona, on dumny, że jego żoną została wybitna poetka. Nic, tylko kochać i być kochanym. Agnieszka Osiecka wspominała potem tę uwiecznioną chwilę jako tę „po”. Po tym, jak uświadomiła sobie, że ona i ten uroczy Wojtek to nieporozumienie.

W swoim „Dzienniku” Osiecka krótko podsumowała przygodę z Frykowskim: „Każdy miał wrażenie, że w chwili poznania Wojtka otwierał się przed nim baśniowy świat kolorowych przygód. Przez kilka tygodni byłam zakochana jak głupia koza. Dziś wiem, że pomyliłam flirt z miłością”.

Frykowski nie mógł być jej inspiracją ani bratnią duszą. Dla niego to była z pewnością liga, do której nie należał mimo wspólnych znajomych. Na ślubie kościelnym Osiecka miała białą suknię z welonem i trenem. Z nadmiarowymi metrami materiału świadkowie nie mogli sobie poradzić. Plątał się i wpadał pod nogi, zamiast lekko sunąć za panną młodą. Taki zły omen – zdaniem znawców ślubnych znaków na niebie i ziemi. To była tylko „sezonowa miłość”, która z serca Agnieszki zniknęła natychmiast, gdy w jej życiu ponownie pojawił się Marek Hłasko – jej miłość prawdziwa.

Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat - najlepsi przyjaciele

„Jest wariatką, ale nie zamieniłbym jej na żadną inną”, mówił o miłości swojego życia, aktorce Kalinie Jędrusik, która seksapilem mogłaby obdzielić tuzin kobiet. Stanisław Dygat był cenionym pisarzem i statecznym mężem aktorki Władysławy Nawrockiej, zwanej „Dziunią”. Gdy zakochał się w Jędrusik, jego córka Magda miała cztery lata.

Podobno trafili na wspólne przyjęcie w domu aktora Teatru Wybrzeże. Dygat nie mógł oderwać od niej oczu, a potem zlegli w poprzek kanapy, „gadali, gadali i tak już zostali” – jak zapamiętał gość imprezy.

Mankamentem PRL, który zniszczył niejedną miłość, był brak lokali, skutkujący niedoborem intymności. Marek Hłasko napisał nawet o tym powieść „Ósmy dzień tygodnia”. Świeżo upieczeni państwo Dygatowie wprowadzili się do dwupokojowego mieszkania jego matki, w którym zostały po rozwodzie jego poprzednia żona z córką. Uzgodnili, że w jednym pokoju będą spały babcia z Magdą, a w drugim Stanisław z obiema żonami: byłą i obecną.

Kalinie zdawało się to nie przeszkadzać. Zaszła w ciążę. Niestety, straciła dziecko, a potem bardzo ciężko zachorowała. Następstwem leczenia była bezpłodność. Odtąd Jędrusik, jak zwykle klnąc jak najgorszy menel, mówiła, że „czuje się jak pularda”.

Szokowała rozbuchanym erotyzmem, pociągłymi spojrzeniami i gestami, które dzisiaj byłyby niewinne, ale wtedy, w latach 60., przez wielu były uznawane za obsceniczne. Wielu widzów nie mogło przełknąć sceny z Jędrusik i Olbrychskim w „Ziemi obiecanej” Wajdy. Seks oralny w wykonaniu wyuzdanej, egzaltowanej Jędrusik to było dla peerelowskiego widza, tresowanego przez władzę na kołtuna, za wiele.

Kiedy Stanisław, starszy od Kaliny o 16 lat, zaczął miewać kłopoty z seksualną sprawnością, co Kazimierz Kutz określił krótko –  „Stasiowi wygasło” – oboje dali sobie wolną rękę w kwestii romansów. Nadal bardzo się kochali, ale seks uprawiali osobno. W ramach tej umowy Jędrusik przyprowadzała do domu swoich weekendowych wybrańców, przedstawiała ich mężowi i prowadziła do pokoju obok. Dygat robił to samo. Doszło do tego, że Kalina leżała naga z obecnym kochankiem, a na tym samym łóżku, na kołdrze, siedzieli jej mąż i znajomi zwariowanego małżeństwa, palili, popijali i dyskutowali o sztuce, udając, że takie rzeczy, jako członków współczesnej „bohemy”, ich nie szokują. Szokowały, i to jak. Zresztą o tym, jak bardzo było to perwersyjne i niekomfortowe dla gości, opowiedział po latach Daniel Olbrychski.  

Jędrusik i Dygat byli ze sobą do jego śmierci i kochali się do końca. „Byli najwspanialszym i najniezwyklejszym małżeństwem, jakie znam. I przede wszystkim najautentyczniejszym, bo bez grama obłudy i kłamstwa” – stwierdził ich przyjaciel, reżyser Kazimierz Kutz.

Zofia Komeda-Trzcińska i Krzysztof Komeda - jazzman i jego muza 

Krzysztof Komeda był najbardziej niepozornym „niewinnym czarodziejem” (zagrał w filmie Andrzeja Wajdy pod takim tytułem). Niewysoki, piegowaty blondyn. „Był taki zgrabny i miał ładną twarz” – opisywała go Zofia Komeda-Trzcińska – jego wierna żona, dla której kariera męża stała się celem życia. „Fakt, trochę ryżawy, ale i tak uważałam, że był śliczny” – to jej słowa. Matka Zofii była innego zdania. Wzięła córkę na stronę i podsumowała pierwsze wrażenie, jakie zrobił na niej przyszły zięć: „Talent to on może i ma, ale prezencji żadnej”. Czy jednak w tych czasach liczyła się prezencja? Wartość, ale i atrakcyjność człowieka określały przynależność do grona nietuzinkowych znajomych, bycie filmowcem, muzykiem, pisarzem, aktorką, poetką. Krzysztof, pianista i genialny kompozytor, wydawał się jednością ze swoim smędzącym, łkającym, chłoszczącym duszę fortepianem. O tym, że był wybitny, nie miał wątpliwości niemal nikt, kto znał się na muzyce. 

Za to Zofia, zwana „Szaloną dziewczyną”, ładna, nieco przaśna ze swoim blond warkoczem, miała w środowisku jazzowym opinię pchającej tę muzykę do przodu. Organizowała i prowadziła festiwale, jej przyjaciele wywodzili się z ówczesnej „bohemy”. W Klubie Środowisk Twórczych pełniła rolę impresaria młodych muzyków. Piła, tańczyła, miała mnóstwo znajomości. Jak mówiono, „nie było sprawy, której nie potrafiłaby załatwić”.

Tę legendę, wręcz niesamowitą postać, każdy chciał poznać. Z Komedą spotkali się na przeglądzie zespołów muzycznych w połowie lat 50. Mieli po dwadzieścia parę lat. Dosłownie zaczarował ją swoją grą na fortepianie. Wzbudził w niej miłość na solidnej podstawie instynktu opiekuńczego. Od razu chciała sprawić, aby rozwinął skrzydła. Ale związali się ze sobą dopiero po roku, kiedy podczas festiwalu w Krakowie poszli na spacer pod Wawel. Wypili wino, siedząc na murku, przegadali całą noc. Nad ranem Zofia była już zakochana ze wzajemnością.

Oddana karierze swojego geniusza, Zofia organizowała mu występy. Jednym z nich był koncert zorganizowany na 10-lecie łódzkiej filmówki. Tam Komeda Sextet usłyszał Roman Polański. To był moment przełomowy w karierze męża Zofii. Gdy został kompozytorem muzyki do kolejnych filmów Polańskiego, poczynając od „Dwóch ludzi z szafą” po „Dziecko Rosemary”, uwierzył, że naprawdę do czegoś dojdzie. Kiedyś, w przypływie pesymizmu, zwierzył się Zofii, że ma tylko parę lat, aby się wybić. Jeśli nie stanie się to do trzydziestki, zostanie klezmerem w jakimś podrzędnym barze. Bardzo się tego bał.

W 1967 r. Roman Polański ściągnął Komedę do Stanów, by tam dla niego komponował. Odtąd wzajemne relacje małżonków pozostają nieodgadnione.

Wiadomo, że Komedę Hollywood zaczarowało. Mieszkał w willi, odniósł wielki sukces, zdobywając Złotego Globa za muzykę do „Dziecka Rosemary” Polańskiego. „Kołysankę Rosemary” nuciła cała Ameryka. Wszystkie te aktoreczki, piękne opalone dziewczyny, zupełnie inne niż Zofia. Dotarło do niego, że znajomi, twierdząc, że żona sprawuje nad nim obsesyjną kontrolę, mogą mieć rację. I pewnie mieli.

Wbrew wcześniejszym planom Komeda nie posunął do przodu sprawy ściągnięcia żony i jej syna Tomka do Polski. Pasierbowi wysyłał płyty i jeansy, zawsze Lee. Za oszczędności kupował drogie, szybkie samochody. W willi, którą wynajął, zainstalował Frykowskiego i Hłaskę.

Odwiedziny żony w Stanach skończyły się awanturą, gdy po raz pierwszy poczuła się naprawdę zdradzona. Wybranka Krzysztofa była od Zofii Komedowej o kilkanaście lat młodsza i śliczna. „Zorientowałam się, że zależy mu na niej tak bardzo, jak kiedyś na mnie” – powiedziała w wywiadzie. Nie miała racji,  co wynikało z listów odnalezionych po jego śmierci.

Bo ta miłość miała tragiczny finał. Pozornie niegroźny upadek Krzysztofa, którego pijany Hłasko popchnął poza krawężnik stromej Mullholand Drive, skończył się krwiakiem mózgu i śpiączką. 

Miała pretensję do przyjaciół męża, zwłaszcza do Wojtka Frykowskiego, że do cna wykorzystali książeczkę czekową Krzysztofa. Nie miała nawet za co opłacić szpitala. Lekarze nie taili, że lot samolotem może zabić chorego. Mimo to zabrała go do Polski, gdzie najwybitniejsi neurochirurdzy, których załatwiła, nie byli w stanie pomóc.

Wkrótce po śmierci Komedy, w willi Romana Polańskiego banda Mansona zabiła ciężarną żonę reżysera i jej przyjaciół. Byli między nimi Wojtek Frykowski i jego narzeczona. Po zaledwie dwóch miesiącach w Niemczech z życiem rozstał się Marek Hłasko, ówczesny narzeczony Agnieszki Osieckiej. Nie mógł sobie darować fatalnego szturchnięcia przyjaciela, stąd spekulacje o samobójstwie.

W Stanach kończył się okres „dzieci kwiatów”, pozostawiając w mocy rewolucję obyczajową i muzykę. Za to w Polsce zaczął rozkwitać mit artystów żyjących wbrew obyczajowości i „kościółkowości” PRL, którzy kochali się, jak chcieli.  

QUIZ.Tulipan, czyli „oszust z Tindera” PRL! Znasz wszystkie sztuczki Kalibabki? Mistrz odpowie na 11 pytań!

Pytanie 1 z 22
Kim był tak naprawdę serialowy "Tulipan" z zawodu?
Pieniądze to nie wszystko Antoni Kolek
Nasi Partnerzy polecają

Materiał Partnerski

Materiał sponsorowany

Materiał Partnerski

Materiał sponsorowany

Najnowsze