Hubert Biskupski: PZPR - ten skrót rozszyfrował w 1992 roku lider KPN-u Leszek Moczulski, wykrzykując z mównicy sejmowej między innymi pod pańskim adresem: „PZPR - płatni zdrajcy pachołki Rosji”.
Leszek Miller: Wtedy nasz ówczesny przewodniczący klubu Aleksander Kwaśniewski powiedział: „Wychodzimy” i wszyscy wyszliśmy z sali.
Pan do partii wstąpił w roku 1969, mając raptem 23 lata.
To dosyć późno.
Jak to późno? Był pan bardzo młody.
Bo zwykle wstępowało się wcześniej, w wieku 18 czy 19 lat.
Ale wcześniej działał pan w Związku Młodzieży Socjalistycznej. Zatem podbudowę ideologiczną już pan miał…
Miałem już wtedy rodzinę, żonę i dziecko. Byłem już dorosłym facetem. Dlatego mówię, że późno wstąpiłem do partii.
Co panem powodowało, że pan wstąpił do PZPR? Czy to była przemyślana decyzja ideologiczna, czy może przemawiały do pana kwestie materialne, jak mieszkanie, awans czy talon na samochód?
Jeżeli chodzi o idee, to ja wtedy byłem całkowicie zielony w tych kwestiach. Działałem w ZMS-ie, bo lubiłem organizowane tam obozy, wycieczki i konkursy. Wstąpiłem do partii głównie z powodu dwóch starszych kolegów z warsztatu elektrycznego w Żyrardowie. Powiedzieli mi, że skoro lubię zajmować się sprawami społecznymi i pomagać kolegom, to w organizacji będę mógł zrobić więcej.
Taka działalność wymaga czasu. To zawsze odbywa się kosztem rodziny.
To nie było wtedy zbyt obciążające i nie zabierało mi zbyt dużo czasu. Lubiłem te spotkania i pogaduszki z chłopakami.
Czyli najzwyczajniej wyrywał się pan z domu i można było się przy okazji wódeczki napić?
Od czasu do czasu tak. Moja żona Ola miała 16 lat, gdy się poznaliśmy. Wtedy w ogóle nie interesowałem się sprawami publicznymi, ale z czasem zacząłem poznawać mechanizmy władzy i „lizać” politykę oraz ideologię. Ktoś mnie zachęcił do lektury tygodnika „Polityka”. Chodziłem rano po kioskach, żeby go kupić, bo był trudno dostępny. Już wtedy pomyślałem sobie, jak dobrze byłoby spotkać się z Mieczysławem F. Rakowskim, co stało się ale znacznie później.
Wstąpił pan do partii komunistycznej. Jak pańska mama na to zareagowała?
Moja mama uważała, że wszystko co robię, jest właściwe. Bardzo żałowała, że sama skończyła tylko cztery klasy szkoły elementarnej i zawsze mi tłumaczyła, bym wykorzystał szansę na darmową naukę. Musiałem jednak iść wcześnie do pracy, bo jedna niewielka pensja mamy nie pozwalała nam żyć na przyzwoitym poziomie.
Czy wstępując do partii był pan już osobą niewierzącą, czy stracił ją, bo tak nakazywała PZPR?
Już wtedy nie wierzyłem w Boga. Z żoną wzięliśmy ślub cywilny w Żyrardowie i niekoniecznie chcieliśmy kościelnego, ale ulegliśmy po trzech miesiącach z powodu ogromnej presji rodziny. Moi wujkowie zadeklarowali nawet, że sfinansują tę uroczystość.
Błyskawicznie awansował pan w partii: w latach 1973–1974 był pan sekretarzem komitetu zakładowego, a od 1978 roku inspektorem w Komitecie Centralnym. Skąd ten awans?
Byłem przedstawicielem wielkoprzemysłowej klasy robotniczej i byłem z tego dumny. Miałem bardzo dobre wyniki w Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy KC i Komitet Centralny po mnie sięgnął.
Najbardziej bolą mnie ofiary, młodzi robotnicy, którzy wyszli demonstrować i zginęli. Serwilizm wobec ZSRR nie był tak karykaturalny, jak się go dziś przedstawia. Wiesław Gomułka czy Edward Gierek nie rzucali się na kolana przed sekretarzami z KPZR.
Lata 1980–1981 to potężny kryzys społeczno-gospodarczy częściowo zakończony brutalnym wprowadzeniem stanu wojennego. Czy widząc krytyczne nastawienie społeczeństwa do partii i do władzy a także zamordowanych przez milicję górników z kopalni „Wujek”, nie nabrał pan wątpliwości, co do swojego wyboru?
Byłem przekonany, że niska efektywność gospodarki wynikała z błędnych decyzji kadrowych, a nie z rozwiązań systemowych. Uważałem, że to, co ustalono w Jałcie i Poczdamie, nie zmieni się bez kolejnej wojny światowej. Jednak jako praktyk z 10-letnim stażem w zakładzie, zaciskałem zęby z wściekłości na mechanizmy gospodarki centralnie sterowanej i konieczność zatwierdzania każdej decyzji w ministerstwie.
Jak wyglądał pana pierwszy dzień stanu wojennego?
Nic nie wiedziałem o planach jego wprowadzenia. Obudziłem się w niedzielę, zobaczyłem w telewizji gen. Jaruzelskiego i pierwszą moją myślą było: „jedziemy po benzynę, bo za chwilę nie będzie można jeździć”. Później poczułem wściekłość i przygnębienie na wieść o śmierci górników w „Wujku”. Uważałem, że nie trzeba było strzelać i można to było załatwić inaczej.
Ale współpracował pan jednak z generałami Kiszczakiem i Jaruzelskim, którzy te decyzje podejmowali. To oni odpowiadali za ten mord.
Rozmawiałem potem z wieloma ludźmi Solidarności. Mój zastępca w ministerstwie pracy, Andrzej Bączkowski, był internowany. Ci ludzie z czołówki, jak Adam Michnik czy Jacek Kuroń, opowiadali mi, że najbardziej bali się wywiezienia do Związku Radzieckiego. Jaruzelski mógł wprowadzić radykalne reformy rynkowe, ale ówczesne kierownictwo po prostu bało się robotników i konieczności zamykania zakładów.
Jak wyglądała sytuacja w partii w drugiej połowie lat 80.? W trakcie tzw. festiwalu Solidarności (1980-81) około miliona członków partii należało jednocześnie do tego związku.
Sam widziałem młodych chłopaków z ZMS-u w biurach Solidarności, bo potrafili przemawiać i prowadzić zebrania, ale po kilku miesiącach zostali wypchnięci jako „komuchy”. Po dojściu do władzy Gorbaczowa sygnały napływające z Kremla się zmieniły, choć nie wszyscy w partii byli entuzjastami rozmów z opozycją.
Co pana najbardziej boli w historii PZPR z dzisiejszej perspektywy? Zakłamywanie historii, serwilizm wobec ZSRR, inwigilowanie i niszczenie opozycji, liczne ofiary – Poznańskiego Czerwca, Gdańskiego Grudnia, stanu wojennego?
Najbardziej bolą mnie ofiary, młodzi robotnicy, którzy wyszli demonstrować i zginęli. Serwilizm wobec ZSRR nie był tak karykaturalny, jak się go dziś przedstawia. Wiesław Gomułka czy Edward Gierek nie rzucali się na kolana przed sekretarzami z KPZR.
Kto był najlepszym, a kto najgorszym pierwszym I sekretarzem KC PZPR po 1956 roku?
Najgorszy był Stanisław Kania, a najlepszy Mieczysław Rakowski, choć on miał pecha i zajmował kluczowe stanowiska zawsze za późno.
Na koniec zapytam o słowa arcybiskupa Józefa Michalika, który nazwał członków PZPR „synami morderców księdza Popiełuszki”.
Przez partię w szczycie przeszły 3 miliony ludzi, a ogółem około 10 milionów. Niech się pan arcybiskup zastanowi nad tym, co powiedział.
Rozmawiał Hubert Biskupski