- Miliardowe zyski rosyjskich koncernów zbrojeniowych na sprzedaży nawozów do UE.
- Dramatyczna sytuacja finansowa Grupy Azoty i utrata rynku przez zalew taniego surowca.
- Ostrzeżenia Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Krajowej Administracji Skarbowej o zagrożeniu sabotażem w polskich portach.
- Wprowadzenie ceł przez rząd Donalda Tuska dopiero w drugiej połowie 2025 roku.
- Nowe wyzwania: omijanie sankcji przez Białoruś i plany Donalda Trumpa dotyczące białoruskiego potażu.
Rosyjski mocznik, który zalał polski rynek, był tańszy od rodzimego o około 200 złotych na tonie. Dla rolników to oszczędność, ale dla krajowego producenta – Grupy Azoty – oznaczało to poważne problemy. Wszystko zaczyna się od cen gazu, który stanowi nawet 80 procent kosztów produkcji nawozu. Po ataku Rosji na Ukrainę jego ceny w Europie wystrzeliły w kosmos. W tym samym czasie rosyjskie koncerny, jak Uralchem i Eurochem, miały dostęp do taniego surowca ze swoich złóż i nie musiały przejmować się unijnymi normami ekologicznymi.
Efektem są gigantyczne problemy Grupy Azoty, które zmusiły ją do wielokrotnego wstrzymywania produkcji, między innymi od sierpnia do października 2022 roku, co było najdłuższą przerwą w historii firmy. Polski producent po prostu nie był w stanie wytwarzać nawozów w cenie, która pozwoliłaby mu zarobić. Sytuację dodatkowo pogorszyły rosnące koszty budowy flagowej inwestycji Polimery Police, której budżet spuchł z 3 do ponad 7 miliardów złotych.
Skalę problemu najlepiej obrazują dane, które przytoczył były prezes Grupy Azoty, Andrzej Skolimowski:
W latach 2009–2016 do Polski z Rosji i Białorusi trafiło rocznie 300 tys. ton nawozów. W latach 2016–2022 było to już 800 tysięcy ton. Ale w pierwszym etapie inwazji na Ukrainę, czyli w latach 2022–2023, mowa już o milionie ton. Kolejny rok to 1,5 miliona, a tylko pierwsze półrocze 2025 (...) to milion ton. Potencjał rocznej produkcji w polskiej branży chemicznej to siedem milionów ton
Udział Grupy Azoty w polskim rynku spadł z niemal 80 proc. przed 2022 rokiem do poziomu poniżej 50 proc. Polska stała się zaś jednym z głównych odbiorców rosyjskich nawozów w całej Unii Europejskiej, sprowadzając ponad jedną czwartą całego ich eksportu do wspólnoty!
Czy import nawozów z Rosji stanowił zagrożenie terrorystyczne?
Poza doprowadzeniem polskiej firmy do bardzo trudnej sytuacji, opisana przez Wirtualną Polską historia ma kilka innych, niepokojących aspektów. Polskie służby biły na alarm, że cała operacja może być... przykrywką dla aktu dywersji lub terroryzmu. Według WP, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz Krajowa Administracja Skarbowa alarmowały, że niekontrolowany import nawozów z Rosji stwarza bezpośrednie zagrożenie terrorystyczne i sabotażowe. Obawy dotyczyły przede wszystkim saletry amonowej – substancji, z której produkuje się nie tylko nawozy, ale i materiały wybuchowe.
Służby obawiały się, że Rosjanie mogą celowo zdetonować statek wypełniony saletrą w pobliżu strategicznej infrastruktury, takiej jak terminal LNG w Świnoujściu. Scenariusz przypominał katastrofę, do której doszło w porcie w Bejrucie, w sierpniu 2020 roku, gdzie eksplozja 2750 ton saletry zniszczyła miasto.
Statki transportujące towar pływały pod tak zwanymi "tanimi banderami" (m.in. Liberii czy Panamy), co utrudniało jakąkolwiek kontrolę. Jak podkreśla źródło WP w służbach, zabezpieczenie terminala LNG przed atakiem dronów jest możliwe, ale obrona przed statkiem-bombą to zupełnie inny poziom wyzwania.
Dlaczego rząd tak późno wprowadził cła na nawozy?
Mimo że służby alarmowały, a polski gigant chemiczny tonął, polityczna reakcja była bardzo spóźniona. Unia Europejska i polskie rządy przymykały oko na ten proceder, obawiając się, że zablokowanie importu wywinduje ceny żywności. Rosyjskie koncerny Uralchem i Eurochem, choć należące do oligarchów objętych sankcjami, same na czarną listę nie trafiły i mogły swobodnie handlować.
Te dwa koncerny, razem z trzema innymi firmami wytwarzają ponad 75 proc. chemikaliów potrzebnych do produkcji materiałów wybuchowych i prochu. Jak pisze WP, bez prekursorów od Eurochemu i Uralchemu nie jest możliwe wypełnianie głowic rakiet Ch-101 oktogenem, czyli jednym z najsilniejszych kruszących materiałów wybuchowych. To takie pociski codziennie spadają na Ukrainę, kilka razy spadły też na terytorium Polski.
Tymczasem dopiero w drugiej połowie 2025 roku, podczas polskiej prezydencji w UE, rząd Donalda Tuska sfinalizował wprowadzenie ceł i kontyngentów na nawozy ze Wschodu. Zanim jednak nowe przepisy weszły w życie, powstało tak zwane "okno logistyczne": w krótkim czasie importerzy, wiedząc, co się święci, sprowadzili do Polski rekordowe zapasy taniego towaru.
Gdy w końcu udało się ograniczyć import nawozów z Rosji, na rynku natychmiast pojawił się nowy problem – Białoruś. Objęta sankcjami państwowa spółka Grodno Azot zaczęła omijać restrykcje, wykorzystując do tego sieć pośredników.
A teraz sytuację może dodatkowo skomplikować zapowiedź prezydenta USA, Donalda Trumpa. Ogłosił on w właśnie na platformie Truth Social plan zakupu potażu z Białorusi i odmrożenia kont koncernu Biełaruśkalij, co może całkowicie zmienić reguły gry na światowym rynku nawozów.