Spis treści
„Martwy przepis” w ustawie o najmie krótkoterminowym. Co poszło nie tak?
W czwartek w Sejmie wydarzyło się coś, co może całkowicie zmienić zasady gry na rynku najmu krótkoterminowego w Polsce. A właściwie... utrzymać stary porządek. Połączone komisje sejmowe zajmowały się rządowym projektem ustawy, która miała wreszcie uregulować wynajem mieszkań na doby. Projekt zakładał m.in. stworzenie obowiązkowego rejestru lokali i dawał gminom, wspólnotom oraz spółdzielniom mieszkaniowym narzędzie do wprowadzenia zakazu takiej działalności. Brzmi dobrze? Tylko w teorii.
Rządowy projekt ustawy miał dać mieszkańcom narzędzie do walki z uciążliwym najmem turystycznym. W praktyce jednak, jak alarmują przedstawiciele spółdzielców i organizacji miejskich, cała operacja może okazać się fikcją. Kością niezgody stał się jeden, ale za to kluczowy zapis, który sprawia, że nowe prawo będzie w zasadzie niemożliwe do zastosowania.
W czym więc problem? Chodzi o zasady, na jakich wspólnoty i spółdzielnie mogą wprowadzić u siebie zakaz najmu krótkoterminowego. Interia Biznes przypomina, że rząd Donalda Tuska, mimo apeli koalicjantów, nie zgodził się na to, by decyzje zapadały zwykłą większością głosów. Kluczowa okazała się jedna poprawka, zgłoszona przez polityków z Polski 2050 i Lewicy. Chodziło o to, by uchwały o zakazie najmu można było podejmować zwykłą większością głosów. To logiczne i proste rozwiązanie, które dawałoby mieszkańcom realny wpływ na swoje otoczenie. Niestety, komisja odrzuciła tę propozycję.
Utrzymano więc absurdalny wymóg, zgodnie z którym za zakazem musi opowiedzieć się ponad 50 proc. wszystkich członków spółdzielni lub wspólnoty, a nie tylko tych obecnych na zebraniu.
Taki próg jest w praktyce nie do osiągnięcia, zwłaszcza w dużych osiedlach. Zwracał na to uwagę podczas obrad komisji Jerzy Jankowski, prezes Związku Rewizyjnego Spółdzielni Mieszkaniowych.
Przecież takiej frekwencji to nawet w wyborach samorządowych nie ma. Nie róbmy fikcji – mówił wprost.
W podobnym tonie wypowiada się Mikołaj Paja ze stowarzyszenia Miasto Jest Nasze. Jego zdaniem przepisy w tym kształcie będą martwe.
Obawiamy się, że będzie to miało taki skutek, że te przepisy de facto będą martwe w przypadku wszystkich większych spółdzielni i wspólnot – komentował, dodając, że nawet przy kilkunastu tysiącach członków zebranie takiego kworum jest nierealne.
Efekt? Ustawa o najmie krótkoterminowym będzie dotyczyć tylko małych, kilkunastomieszkaniowych budynków, omijając problem tam, gdzie jest on największy.
Dlaczego nowe prawo o najmie krótkoterminowym jest tak ważne?
Żeby zrozumieć, dlaczego cała ta sprawa budzi tyle emocji, trzeba cofnąć się o krok. Bo tu już dawno nie chodzi o to, że ktoś wynajmuje swoje mieszkanie turystom, gdy sam jedzie na wakacje. Ten model, znany z początków Airbnb, to już przeszłość. Dziś mówimy o regularnej działalności biznesowej, często prowadzonej na dużą skalę. Przedstawiciele mieszkańców nazywają to wprost: działalność pseudohotelarska.
Problem jest realny i dotyka coraz więcej miast w Polsce. Głosy zdesperowanych mieszkańców, które wybrzmiały na posiedzeniu komisji, malują ponury obraz. Przedstawiciel gdańskiej dzielnicy Śródmieście mówił wprost: "Znikają apteki, sklepy, a w to miejsce wchodzą drogie restauracje. Śródmieście Gdańska w ostatnich 20 latach straciło 1/3 mieszkańców. Na tym etapie boimy się o naszą przyszłość".
To nie są odosobnione przypadki. W wielu atrakcyjnych turystycznie lokalizacjach dzieje się to samo. Intensywny najem na doby wypycha z centrów miast stałych mieszkańców i lokalne usługi. Ceny mieszkań i czynszów idą w górę, bo bardziej opłaca się wynajmować na doby niż na lata. Do tego dochodzi codzienna uciążliwość dla sąsiadów – hałas, imprezy, ciągła rotacja obcych ludzi na klatce schodowej. To właśnie dlatego dla wielu społeczności lokalnych skuteczny zakaz najmu krótkoterminowego stał się jedynym sposobem na ratowanie charakteru ich dzielnic. Ta ustawa miała dać im do tego narzędzie. W obecnym kształcie, jak twierdzą, jest ono bezużyteczne.
Głosy za i przeciw. Kto zyska, a kto straci na ustawie?
Posiedzenie komisji było jak zderzenie dwóch światów. Z jednej strony zasiedli przedstawiciele mieszkańców, którzy mają dość życia w sąsiedztwie hałaśliwych apartamentów na wynajem. Z drugiej – właściciele i operatorzy tych lokali, dla których to źródło utrzymania. Ci drudzy przekonywali, że uciążliwości to tylko "incydentalne przypadki", a ograniczenia uderzą w polskie rodziny, których nie stać na drogie hotele. Padały nawet argumenty, że przez zakazy upadną lokalne biznesy, takie jak pralnie.
Jednak dla mieszkańców to nie są incydenty, a codzienna walka o normalność. Interia Biznes wskazuje, że Argumentowali, że ta forma wynajmu dawno przestała być "ekonomią dzielenia się", a stała się agresywnym biznesem. Wskazywali też, że planowane przepisy i tak są znacznie łagodniejsze niż te we Francji czy Hiszpanii, gdzie z problemem poradzono sobie bardziej zdecydowanie.
W tle tej głównej bitwy toczyły się też mniejsze spory. Partia Razem chciała jeszcze mocniej dokręcić śrubę – domagała się m.in., by to mieszkańcy mogli inicjować wprowadzenie zakazu w gminie. Z kolei partia Centrum chciała przepisy złagodzić, argumentując, że zakaz to zbyt duża ingerencja w prawo własności. Wszystkie te poprawki przepadły. Cała dyskusja pokazuje, jak głęboki jest spór o zakaz najmu krótkoterminowego i jak trudno będzie pogodzić interesy mieszkańców z biznesem.
Ostatecznie do dalszych prac przejdzie tylko projekt rządowy. Kamil Wnuk, poseł Polski 2050, wyraził nadzieję, że "ostatecznie uda się uchwalić dobrą ustawę". Projekt wróci teraz na salę plenarną Sejmu. Los poprawek nie jest jeszcze przesądzony, ale jedno jest pewne: bez zmiany progu głosowania cała ustawa, na którą wielu czekało z nadzieją, może okazać się wielkim rozczarowaniem i prawną fikcją.