Spis treści
Kryzys w NBP tuż za rogiem? Minister Andrzej Domański zabiera głos
Sytuacja w Narodowym Banku Polskim robi się coraz bardziej napięta. Czasu na podjęcie kluczowych decyzji jest coraz mniej, a na horyzoncie pojawia się widmo poważnego kryzysu instytucjonalnego. Głos w tej sprawie zabrał minister finansów i gospodarki Andrzej Domański, który w poniedziałkowej rozmowie na antenie RMF24 nie ukrywał, że sprawa wymaga pilnej uwagi na najwyższym szczeblu.
Minister zapowiedział, że zamierza osobiście porozmawiać o problemie z premierem Donaldem Tuskiem. Jego słowa nie pozostawiają wątpliwości, że rząd zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji.
Ja bym wolał, aby kwestia zarządu NBP została uregulowana. To nie są moje decyzje. To jest decyzja premiera, z którym będę o tym rozmawiał – powiedział wprost Domański.
Problem polega na tym, że 4 listopada 2026 roku wygasa kadencja wiceprezesa NBP Adama Lipińskiego. Jeśli do tego czasu nie zostanie powołany jego następca lub inny członek zarządu, skład tego organu spadnie poniżej wymaganego przez prawo minimum. Ustawa o NBP jasno mówi, że zarząd musi liczyć od sześciu do ośmiu członków, a po odejściu Lipińskiego zostanie w nim tylko pięć osób.
Andrzej Domański uspokajał jednocześnie, że na ten moment nie ma potrzeby wprowadzania do banku centralnego zarządu komisarycznego. Dodał jednak, że wolałby, aby kwestia składu zarządu została jak najszybciej uporządkowana. To sygnał, że choć nikt nie chce eskalować napięcia, bezczynność może doprowadzić do sytuacji bezprecedensowej w historii polskiej bankowości centralnej.
Kluczowa data i brakujące podpisy
Całe zamieszanie sprowadza się do prostej matematyki i przepisów prawa. Ustawa o Narodowym Banku Polskim jest jednoznaczna: w skład zarządu wchodzi prezes banku centralnego oraz od sześciu do ośmiu członków. Obecnie zarząd liczy dokładnie sześć osób, czyli absolutne minimum. Problem w tym, że ten stan nie potrwa długo.
Kluczowa data to 4 listopada 2026 roku. Właśnie wtedy upływa kadencja wiceprezesa NBP Adama Lipińskiego. Jeśli do tego dnia nikt nowy nie zostanie powołany, w zarządzie zostanie tylko pięć osób. A to o jedną za mało, by organ mógł legalnie funkcjonować i podejmować decyzje.
Dlaczego więc po prostu nie powołać kogoś nowego? Tu właśnie zaczynają się schody. Procedura jest wieloetapowa i wymaga zgody trzech kluczowych osób w państwie. Najpierw prezes NBP składa wniosek o powołanie konkretnych kandydatów. Następnie prezydent – w tym przypadku prezydent Karol Nawrocki – formalnie ich powołuje. Jest tu jednak pewien haczyk. Zgodnie z konstytucją, taki akt urzędowy prezydenta wymaga dla swojej ważności podpisu prezesa Rady Ministrów. Procedura, która reguluje powołanie członków zarządu NBP, utknęła w martwym punkcie właśnie z powodu braku kontrasygnaty premiera Donalda Tuska.
Obecny skład zarządu NBP, który wkrótce może okazać się niepełny, wygląda następująco:
- Adam Lipiński (wiceprezes) – kadencja do 4 listopada 2026 r.
- Marta Gajęcka – kadencja do 1 stycznia 2027 r.
- Paweł Mucha – kadencja do 1 września 2028 r.
- Artur Soboń – kadencja do 6 grudnia 2029 r.
- Rafał Sura – kadencja do 28 lipca 2028 r.
- Paweł Szałamacha – kadencja do 12 października 2028 r.
Czas ucieka, a bez decyzji premiera Tuska bank centralny za kilka tygodni może znaleźć się w instytucjonalnym pacie.
Lista nazwisk leży na biurku premiera
Polityczny i instytucjonalny pat nie jest problemem abstrakcyjnym. Dotyczy konkretnych osób, których kandydatury od października leżą na biurku premiera Donalda Tuska i czekają na jego podpis. To właśnie brak tej jednej decyzji blokuje uzupełnienie składu kluczowego organu w państwie.
Zgodnie z procedurą, wnioski o powołanie nowych członków zarządu złożył prezes NBP Adam Glapiński, a następnie zatwierdził je i przekazał do kontrasygnaty prezydent Karol Nawrocki. Lista kandydatów jest dobrze znana i obejmuje cztery osoby o sporym doświadczeniu w finansach i ekonomii. Są to:
- Ludwik Kotecki (obecny członek Rady Polityki Pieniężnej),
- Przemysław Litwiniuk (obecny członek Rady Polityki Pieniężnej),
- Marcin Zarzecki (obecny członek Rady Polityki Pieniężnej),
- Marta Kightley (była wiceprezes NBP w latach 2020-2026).
Na kontrasygnatę premiera Tuska czekają więc wnioski o powołanie do zarządu NBP trzech obecnych członków RPP oraz byłej wiceprezes banku. To doświadczeni finansiści, a ich powołanie rozwiązałoby nadchodzący problem kadrowy. Bez podpisu szefa rządu ich kandydatury pozostają jednak zawieszone w próżni, a zegar tyka nieubłaganie. Każdy dzień zwłoki przybliża Narodowy Bank Polski do paraliżu decyzyjnego.
Możliwe scenariusze dla NBP
Sytuacja jest patowa, a czas na działanie kończy się za kilka tygodni. Interwencja ministra Domańskiego uwidocznia, że rząd jest świadomy tykającej bomby. Co jednak wydarzy się dalej? Na stole leżą w zasadzie trzy scenariusze, z których każdy będzie miał inne konsekwencje dla stabilności kluczowej instytucji państwa.
- Porozumienie i kontrasygnata. To najprostsze i najbardziej pożądane rozwiązanie. Premier Tusk składa podpis pod wnioskami prezydenta Nawrockiego. Nowi członkowie zostają powołani, a zarząd NBP jeszcze przed 4 listopada ma zapewniony pełny, zgodny z ustawą skład. Kryzys zostaje zażegnany, a bank centralny może dalej normalnie funkcjonować. To opcja, na którą liczy minister finansów i która pozwoliłaby uniknąć niepotrzebnego chaosu.
- Brak decyzji i paraliż. Jeśli premier nie złoży kontrasygnaty, po 4 listopada zarząd NBP skurczy się do pięciu osób. W praktyce oznacza to, że zarząd NBP przestanie spełniać wymogi ustawowe, co może prowadzić do jego całkowitego paraliżu decyzyjnego. Pojawią się fundamentalne pytania o legalność jego posiedzeń i ważność podejmowanych uchwał. Taki stan zawieszenia to ogromne ryzyko dla całego systemu finansowego w Polsce i cios w wiarygodność banku centralnego.
- Rozwiązanie ostateczne. Minister Domański stwierdził, że na razie nie ma potrzeby wprowadzania zarządu komisarycznego. Jest to jednak opcja, która teoretycznie istnieje jako wyjście awaryjne w sytuacji całkowitej dysfunkcji organów NBP. Byłby to jednak krok bezprecedensowy i niezwykle radykalny, który z pewnością wywołałby potężny wstrząs polityczny i finansowy.
Na ten moment wszystko zależy od jednej decyzji. Piłka jest po stronie premiera. Najbliższe dni pokażą, czy uda się uniknąć instytucjonalnego kryzysu w Narodowym Banku Polskim.