Spis treści
Czym jest Indeks Racji Stanu i co mówi o Polsce?
Aby uzmysłowić sobie czym jest wskaźnik, który zamiast politycznych przepychanek pokazuje twarde dane o stanie państwa, trzeba spojrzeć na Indeks Racji Stanu. To pewien probierz, który mierzy, na ile jesteśmy w stanie być krajem suwerennym, bezpiecznym i zdolnym do rozwoju. Właśnie czymś takim jest nowy Indeks Racji Stanu, przygotowany przez Centrum Strategii Rozwojowych. Jego wyniki dają do myślenia.
Szef "Super Biznesu" Hubert Biskupski rozmawiał podczas XXXV Forum Ekonomicznego w Karpaczu z przewodniczącym rady Centrum Strategii Rozwojowych Marcinem Chludzińskim, który tłumaczył, czym jest wspomniany wskaźnik. Ma więc on za zadanie syntetycznie ocenić on cztery fundamentalne filary: gospodarkę, bezpieczeństwo, demografię i spójność społeczną.
Mamy zmierzony wskaźnik, który mówi, że Polska w tej chwili wykorzystuje 55 procent swojego potencjału na 100. Czyli nie jest źle. Jednakże można powiedzieć, że jedziemy albo płyniemy na pół gwizdka - ocenił Marcin Chludziński.
Oznacza to, że aż 45 proc. naszych możliwości pozostaje niewykorzystane. Nawet jeśli w niektórych obszarach, jak inwestycje strategiczne, idziemy do przodu, to problemy w innych dziedzinach ciągną nas w dół. Największe deficyty, które niwelują nasze sukcesy, to stan finansów publicznych, sprawność instytucji i przede wszystkim – demografia.
Kryzys demograficzny w Polsce. Dlaczego sytuacja jest „tragiczna”?
Jeśli jest jeden obszar, który w raporcie świeci się na czerwono, to jest nim demografia. Marcin Chludziński nie waha się użyć mocnych słów, określając sytuację Polski jako „tragiczną”, nawet na tle reszty Europy. Chodzi o dramatycznie niski wskaźnik urodzeń. Dziś odczuwamy tego pierwsze skutki, choć jeszcze nie tak wyraźnie i dotkliwie. Prawdziwy problem, jak przekonuje Chludziński, jest dopiero przed nami.
Długofalowo nie będziemy mieli podatników, nie będziemy mieli ludzi będących w stanie pracować w przedsiębiorstwach. Kryzys demograficzny w Polsce wpłynie też na wielkość rynku na produkty i usługi polskiej gospodarki, bo to też jest bardzo istotne. Nasz rynek jest duży z tego powodu, że mamy około 38 milionów obywateli – ostrzegał ekspert.
Mówiąc wprost: bez ludzi do pracy i bez klientów gospodarka nie będzie mogła się rozwijać. Przedsiębiorcy już teraz mówią o problemach ze znalezieniem rąk do pracy. Co można z tym zrobić? Zdaniem Marcina Chludzińskiego nie ma prostych recept. Z jednej strony problemem jest kultura – posiadanie dzieci przestało być postrzegane jako coś pozytywnego. Z drugiej – ekonomia i polityka społeczna. W dużych miastach koszty życia, kredytu na mieszkanie czy prywatnego przedszkola sprawiają, że decyzja o potomstwie staje się ogromnym wyzwaniem finansowym. Pomóc mogłyby bodźce, np. ułatwienia w zakupie mieszkania czy rozwiązania emerytalne dla matek wychowujących więcej dzieci.
Chludziński stwierdził ponadto, że co prawda można powiedzieć sobie w tonie rezygnacji, że sztuczna inteligencja wypełni lukę braku rąk do pracy, ale istnieją jednak sfery, gdzie praca żywego człowieka jest niezastąpiona.
Pogłębiając temat kryzysu demograficznego ekspert podkreślił, że nie dotyczy on jedynie rozwiniętych, konsumpcjonistycznych krajów Europy Zachodniej, ale również takich azjatyckich gigantów jak Chiny czy Indie.
Jeśli chodzi o Chiny, jest konsekwencja długoletniej polityki posiadania jednego dziecka i stało się to pewnym trendem. Można powiedzieć, że Chiny są w tej pułapce. Co do krajów europejskich, to jest model podobny jak u nas, jedynie skala się trochę różni. W Afryce jest wiele krajów, które nie mają z tym problemu - na przykład Nigeria. Stąd mamy kryzysy imigracyjne i sytuację, w której Afryka nie radzi sobie z absorpcją tak wielu nowych mieszkańców. Ma to wymiar różnych powiązań globalnych. To, że mamy kryzysy migracyjne w Europie, to owoc braków problemów z demografią w Afryce - wyjaśniał Marcin Chludziński.
Gospodarka i finanse publiczne. Gdzie leży problem?
Drugim poważnym wyzwaniem, zaraz po demografii, jest stan polskiej gospodarki. Tu problemy nawarstwiają się z kilku stron. Hubert Biskupski zauważył, że pierwszym i najważniejszym są finanse publiczne. Rosnące zadłużenie i ogromny deficyt budżetowy, który na przyszły rok jest projektowany na blisko 300 mld zł, to tykająca bomba. Marcin Chludziński podkreślił, że rząd w końcu będzie musiał zareagować – albo podnosząc podatki, albo tnąc wydatki. Zwykle robi się jedno i drugie, a to dla gospodarki fatalne wieści.
Drugi problem to inwestycje. A raczej ich niedostatek. Zdaniem Chludzińskiego, jednym z głównych problemów jest niski poziom inwestycji, na który wpływa niepewność geopolityczna i niestabilność instytucjonalna. Wojna za wschodnią granicą i nieustanny konflikt polityczny w kraju sprawiają, że przedsiębiorcy wolą trzymać pieniądze, niż je ryzykować.
Wyższe podatki w sytuacji niepewności powodują jeszcze mniejszą zdolność do inwestowania. Ta zdolność do inwestycji jest związana z niepewnością geopolityczną, która cały czas w Polsce jest. Jeśli drony latają nad terytorium Polski, jeśli wisimy trochę w zawieszeniu nie wiedząc, jak ta sytuacja się będzie rozwijać, to po prostu ludzie zaczynają się mocno zastanawiać, co ze swoimi pieniędzmi zrobić i czy nie inwestować ich za granicą - stwierdził ekspert.
Innym problemem jest w tym względzie - jak twierdzi Marcin Chludziński - stabilność instytucjonalna Polski.
Polska jest i była postrzegana jako miejsce bezpieczne do prowadzenia inwestycji, jeśli chodzi o system prawny. My narzekamy, ale mamy w miarę przewidywalny system podatkowy na tle innych krajów, również europejskich. Ze względu jednak na zawirowania w kontekście instytucji związanych z wymiarem sprawiedliwości, z konfliktem politycznym, ten wątek też jest coraz mniej naszym atutem, a staje się coraz bardziej wyzwaniem i problemem - podkreślił.
Jakie jest wyjście? Ekspert stwierdził, że paradoksalnie, rozwiązaniem mogłoby być obniżenie niektórych podatków, by przyciągnąć inwestycje z zagranicy, skoro polski kapitał boi się inwestować. Inne kroki to szukanie oszczędności w budżecie i uszczelnianie systemu podatkowego, jak w przypadku spadku przychodów z VAT, ale bez „dokręcania śruby” przedsiębiorcom. Trzeba też zachęcić banki, by chętniej udzielały kredytów firmom, zamiast po prostu kupować bezpieczne obligacje skarbowe.
Bezpieczeństwo – zaskakująco mocny punkt
W całym tym obrazie jest jednak jeden jasny punkt, który może zaskakiwać. To bezpieczeństwo, ocenione w indeksie na niemal 71 procent. Biorąc pod uwagę wojnę w Ukrainie i regularne prowokacje ze strony Rosji, skąd tak wysoka nota? Odpowiedź jest prosta: chodzi o to, co robimy my, a nie o to, co dzieje się wokół nas.
Marcin Chludziński podkreśla, że kluczowa jest konsekwencja. Mimo zmiany władzy, nikt nie zdecydował się na rewolucję w programach zbrojeniowych. Priorytety rozwoju armii, zakupy sprzętu i zwiększanie jej potencjału są kontynuowane.
Wysoka ocena bezpieczeństwa to efekt tego, że państwo, niezależnie od zmiany politycznej, kontynuuje trend zwiększania potencjału obrony i odstraszania. To znaczy, że państwo tu się zachowuje tak, jak się powinno zachowywać - ocenił.
Oczywiście nie wszystko jest jego zdaniem idealnie. O ile zdolności obronne i ochrona cywilna są oceniane coraz lepiej, o tyle spada ocena bezpieczeństwa publicznego. Ma to związek z nowymi zagrożeniami, takimi jak przestępczość zorganizowana z udziałem obcokrajowców czy ryzyko rosyjskich prowokacji w ramach wojny hybrydowej. To pokazuje, że choć armia rośnie w siłę, na co dzień możemy czuć się nieco mniej bezpiecznie.
