Spis treści
Sanacyjna Warszawa potrzebowała rewolucji mieszkaniowej
Żeby podejść do tematu uczciwie i realnie, należy zapomnieć na chwilę o utrwalanym w kulturze micie Warszawy jako „Paryża Północy”. Rzeczywistość większości mieszkańców przedwojennej stolicy była brutalna i niezwykle gorzka. Wystarczy przytoczyć słowa wiceministra skarbu II RP, Tadeusza Lechnickiego, z 1935 roku: „Mieszkamy w Polsce źle i drogo. W żadnym z krajów Europy Zachodniej tak duża część ludności nie gnieździ się w mieszkaniach jednoizbowych”. I właśnie to „gnieżdżenie się” było największym problemem.
Trzeba się cofnąć w czasie i wyobrazić sobie jednoizbowe, ciemne mieszkanie w kamienicy z podwórkiem-studnią, gdzie tłoczy się nawet kilkunastoosobowa rodzina. Co przerażające, to i tak nie była wówczas najgorsza opcja! Wielu ludzi żyło w wilgotnych suterenach albo w skleconych naprędce z dykty i desek budach na obrzeżach miasta. Statystyki były porażające – około 1915 roku na jeden budynek mieszkalny w Warszawie przypadało średnio 95 osób. Kanalizację miało zaledwie 15 proc. mieszkań robotniczych. Warszawa wypadała w tym względzie o wiele gorzej od innych polskich miast, a przecież zaledwie kilka lat później stała się na powrót stolicą odrodzonego państwa polskiego. Taka sytuacja nie mogła pozostać bez reakcji.
Masowe mieszkalnictwo dla ludzi pracy
Rządzący przedwojenną Polską doskonale zdawali sobie sprawę, że państwo nie może dłużej funkcjonować na starych zasadach polityki mieszkaniowej. Potrzebna była radykalna zmiana i odważne, systemowe rozwiązania. Ustalono, że dotychczasowe budownictwo jest za drogie, a zbyt duży metraż ówczesnych mieszkań generuje dodatkowe koszty, nieosiągalne dla tych, którzy najbardziej potrzebowali swojego dachu nad głową, tj. niezamożnych robotników.
Dlatego właśnie idea, jaką było masowe mieszkalnictwo społeczne w Polsce, musiała stać się absolutnym priorytetem dla rządu II RP. W 1934 roku powołano do życia specjalną spółkę – Towarzystwo Osiedli Robotniczych (TOR), której zadanie było proste: budować tanie i dostępne mieszkania dla najbiedniejszych robotników.
Patrycja Jastrzębska wskazuje na portalu Tubylututalo.pl, że w koncepcji TOR na Kole bardzo obawiano się powtórzenia błędu, jaki popełniła Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa. Dziś nazwalibyśmy go błędem natury socjologicznej. W WSM jedynie niewielka ilość lokali trafiła do rodzin robotniczych w pierwszej wybudowanej kolonii. Chodziło o zbyt wysoki koszt utrzymania mieszkań, które charakteryzowały się większym metrażem.
Małe mieszkanie, ale wysoki standard. Trzeba mierzyć siły na zamiary
Odpowiedzią na fatalne warunki mieszkaniowe i zawyżone koszty powodowane większym metrażem, było stworzenie zupełnie nowego standardu, utrzymanego w idei modernistycznej. Prezes TOR-u, Jan Strzelecki, wiedział dobrze, że kluczem do sukcesu jest obniżenie kosztów budowy i utrzymania nowych budynków, ale nie kosztem zdrowia i komfortu życia mieszkańców. Mieszkania miały być małe, to prawda, ale jednocześnie słoneczne, przewiewne, z dostępem do zieleni, usytuowane blisko pracy mieszkańców, ale jednocześnie odpowiednio daleko od fabryk robotniczej Woli. Krótko mówiąc – miały być zdrowe i przy jednoczesnym cięciu kosztów - maksymalnie wygodne.
Nie ulega wątpliwości, że poziom mieszkań, które buduje Towarzystwo Osiedli Robotniczych, jest może nieco za niski, jeżeli chodzi o wymagania i zdolności płatnicze śmietanki arystokracji finansowej proletariatu, nie ulega natomiast żadnej wątpliwości, że gdyby Towarzystwo Osiedli Robotniczych było w stanie zaopatrzyć wszystkich robotników w Polsce w takie mieszkania, jakie buduje, to, aczkolwiek nie zrealizowałoby marzeń Żeromskiego o szklanych domach, bardzo wysoko podniosłoby dzisiejszy poziom mieszkań ogółu robotników, a to jest właśnie jego zadaniem - mówił Strzelecki, odpierając zarzuty dotyczące zbyt niskiego standardu.
Za projekt największej inwestycji spółki, czyli osiedla na warszawskim Kole, odpowiadał architekt Roman Piotrowski. Inspirowany ówczesnym europejskim modernizmem, zerwał z budową ponurych kamienic-studni. Zamiast tego ustawił bloki bokiem do głównej ulicy, w tzw. układzie grzebieniowym. Dzięki temu każde mieszkanie na osiedlu TOR na Kole miało zapewniony dostęp do słońca (okna wychodziły na wschód i zachód), stałą cyrkulację powietrza i było odizolowane od hałasu ulicy Obozowej.
Przedsięwzięcie na Kole było naprawdę imponujące. Wybudowano przecież 20 budynków o trzech kondygnacjach, gdzie zmieściło się blisko tysiąc mieszkań dla ok. 4,5 tysiąca osób! Były to wówczas tereny słabo zurbanizowane i zagospodarowane, gdyż przyłączone do Warszawy dopiero w 1916 roku. Miało to swoje uzasadnienie, ponieważ wybrano miejsce, które nie zwiększy zagęszczenia i tak już przeludnionej "starej stolicy". Dodatkowym plusem było pełne uzbrojenie terenu, ponieważ sąsiadował on z działkami domów wybudowanych na wystawę Banku Gospodarstwa Krajowego, która miała miejsce w 1935 roku.
Typowy lokal w budynku osiedla TOR na Kole miał 32 metry kwadratowe, jeden pokój z wnęką kuchenną, przedpokój, toaletę i umywalkę. To, co dziś szokuje, to brak indywidualnych łazienek – jedna przypadała na dziewięć mieszkań i trzeba było się zapisywać, by z niej skorzystać. Podobnie było z pralniami. Ale ten kompromis pozwalał utrzymać czynsz na poziomie 20-26 zł, czyli kwoty osiągalnej dla robotnika. W zamian lokatorzy dostawali coś bezcennego: ogromne okna na całą niemal ścianę, szafy wnękowe i widok na zieleń. Nic dziwnego, że jeden z pierwszych mieszkańców wspominał po latach: „To nie były mieszkania, a sanatoria!”. Zresztą, liczby najlepiej obrazują, jakie było podejście ówczesnego polskiego robotnika do TOR. Na jedno mieszkanie było aż 6 chętnych, przez co specjalnie zatrudnieni przez spółkę ankieterzy mieli ustalić, kto najbardziej potrzebuje nowego lokum.
Choć dziś opisywane tu warunki nie są uważane za coś szczególnie luksusowego, to pamiętajmy o kontekście historycznym. Jesteśmy bowiem w latach 30. w sanacyjnej Polsce, która się powoli industrializuje, ale nie idzie za tym zauważalna poprawa bytu robotników. Jest to też czas silnych migracji za chlebem z prowincji do dużych miast, a co za tym idzie w miastach tych problem zakwaterowania, zwłaszcza korzystnego finansowo, był niezwykle palący.
Można też dokonać porównań z ówczesną sytuacją na wsi, gdzie nie było reformy rolnej z prawdziwego zdarzenia. Mieszkańcy wsi nie mieli dostępu do podstawowych urządzeń sanitarnych, prowincja była przeludniona, panowało ogromne bezrobocie i brak perspektyw na zmianę, warunkowany skarlałą edukacją. Mieszkanie na osiedlu TOR naprawdę oznaczało dla wielu ludzi poważny skok cywilizacyjny i materialny.
Kompleksowe działanie
Historia osiedla TOR na Kole to coś więcej niż architektoniczna ciekawostka z minionych czasów. To poniekąd lekcja dla współczesnej deweloperki, którą dr Jan Śpiewak nazywa nie bez powodów "patodeweloperką", a która współcześnie często niestety zapomina o podstawowej zasadzie, dla której budynki się stawia. Otóż osiedle mieszkaniowe to nie tylko mury, ale także miejsce do odpoczynku i partycypowania w życiu społecznym, lokalnym. Przedwojenni planiści, powodowani ówczesną myślą modernistyczną w architekturze, planowali i działali bardziej kompleksowo. Zanim wbili pierwszą łopatę, zadbali o to, by działka miała uregulowany status, była skanalizowana, zelektryfikowana i dobrze skomunikowana.
Zaprojektowane bloki miały korytarzowy układ, który - dzięki nowoczesnym łącznikom - wykończonym cegłą klinkierową, ułatwiały komunikację i integrację. Pod łącznikami wybudowano przejście, swoisty otwarty korytarz, który miał zapobiec "gettoizacji", tak dobrze znanej nam współcześnie za sprawą grodzonych, strzeżonych osiedli. Wewnętrzna, kameralna uliczka na osiedlu TOR, która powstała w wyniku tych zabiegów, była czymś zupełnie nowym i świeżym w architekturze ówczesnej Polski.
To wspólnotowe, solidarystyczne wręcz podejście widać na każdym kroku. Równocześnie z blokami powstał Dom Społeczny z salą widowiskową, przychodnią, gabinetem dentystycznym, biblioteką i przedszkolem. Wybudowano szkołę, a w parterach budynków zaplanowano miejsce na sklepy i punkty usługowe. Doprowadzono nawet linię tramwajową przy ul. Obozowej, której torowisko obsiano trawą. Twórcy osiedla dobrze rozumieli, że niewielki metraż mieszkań trzeba zrekompensować ludziom przestrzenią wspólną, która będzie zachęcać do integracji.
Lokalna wspólnota
Budynki i otoczenie osiedla TOR na Kole to nie tylko chęć zaspokojenia ogromnego głodu mieszkaniowego i potrzeb bytowych. To również realizacja ściśle pozytywistycznej misji "pracy u podstaw", na którą składało się w tym przypadku pobudzanie inicjatyw integrujących mieszkańców, w tym skłaniających do dbania o przestrzeń wspólną. Można to dla kontrastu odnieść do realiów mieszkalnictwa w PRL, gdzie choć budowano wiele i z myślą o realizacji potrzeb społecznych, to problem wandalizmu i braku poszanowania dla wspólnej przestrzeni, był powszechny. Na przedwojennym osiedlu TOR pod oknami bloków zainstalowano uchwyty na donice (a były to lata 30. XX wieku !), przez co cała okolica wypełniona była kwiatami i zielenią.
Kameralność i zdrowe otoczenie dopełniały sklepy, zlokalizowane w oficynach narożnych bloków. Było tam miejsce na zakład mięsny, warzywniak i sklep spożywczy. Istniały również zakłady rzemieślnicze - szewc i krawiec, a także poczta.
Mało tego, Osiedle TOR organizowało nawet własne półkolonie dla dzieci z rodzin robotniczych, które odbywały się w wybudowanym w Lasku na Kole budynku. Portal Tubylotustalo.pl wskazuje, że z alienacją społeczną walczono również za pomocą organizowanych zabaw, kółek zainteresowań czy uroczystości choinkowych.
Czego deweloperzy mogą nauczyć się od przedwojennych budowniczych?
Dziś, niestety, taka logika jest rzadkością. Deweloperzy często budują bloki w szczerym polu, w tzw. zabudowie łanowej, zostawiając mieszkańców z problemem braku dróg, chodników, szkół czy komunikacji publicznej. Walka o te podstawowe elementy infrastruktury spada na barki ludzi, którzy już zapłacili za swoje wymarzone „M”.
Innym współczesnym modelem jest stawianie budynków na małych skrawkach ziemi, często okno w okno z innymi budynkami. Chodzi tu naturalnie o zysk i oszczędność deweloperów (dla podobnych celów budowano niegdyś kamienice-studnie). Trudno mieć do prywatnych przedsiębiorców tej branży pretensje o to, że funkcjonują zasadniczo jedynie w logice zysku. Można jednak postawić pytanie, gdzie w tym wszystkim jest rola państwa, wspólnoty narodowej czy lokalnej, a także o to, dla czego budynki w ogóle mają powstawać w pierwszej kolejności - czy dla zaspokojenia potrzeb bytowych Polaków, czy też dla innych celów.
Idea, jaką było przedwojenne mieszkalnictwo społeczne w Polsce, pobrzmiewa dziś już tylko w takich realizacjach jak np. sanacyjne osiedle TOR na Kole, osiedle TOR na Grochowie, WSM na Rakowcu czy (przy świadomości wszystkich mankamentów i problemów) budownictwo z okresu PRL. To przypomina i sugeruje kolejnym pokoleniom Polaków, że można budować inaczej, niż jest to przyjęte obecnie.
Wizyta na warszawskim Kole może na pierwszy rzut oka rozczarowywać. Czas przecież odcisnął swoje piętno, a II wojna światowa i późniejsze dokwaterowywanie lokatorów w okresie komunizmu zniszczyły pierwotny, wspólnotowy charakter tego miejsca. Gdy jednak przyjrzymy się bliżej, dostrzeżemy geniusz założeń: logikę, w której człowiek i jego podstawowe potrzeby były ważniejsze niż maksymalizacja zysku. I to jest być może najważniejsza lekcja, jaką możemy wyciągnąć z historii osiedla przy ulicy Obozowej.