- Łódź, Katowice i Bytom to polscy liderzy wyludniania, tracąc dziesiątki tysięcy mieszkańców w ciągu ostatnich dwóch dekad.
- Miasteczka na Półwyspie Helskim, jak Władysławowo i Hel, straciły ponad 30% mieszkańców, stając się "przetrwalnikami" ożywającymi tylko sezonowo.
- Paradoksalnie, największe miasta z niską dzietnością rosną dzięki migrantom, podczas gdy inne polskie ośrodki zmagają się z masowym wyludnieniem.
- Zjawisko wyludniania, będące efektem niskiej dzietności i migracji, prowadzi do zamierania lokalnych rynków pracy w wielu polskich miastach.
Ucieczka młodych i starzejące się społeczeństwo. Jaka jest skala problemu?
To prosty, ale bolesny mechanizm, który od lat wyniszcza lokalne społeczności. Młodzi ludzie po skończeniu szkoły średniej wyjeżdżają na studia lub w poszukiwaniu pracy do dużych aglomeracji. Problem w tym, że po latach najczęściej już nie wracają. Brakuje dla nich perspektyw zawodowych, a oferta kulturalna czy edukacyjna jest nieporównywalnie uboższa niż w metropoliach.
Jak pokazują analizy Głównego Urzędu Statystycznego i Polskiego Instytutu Ekonomicznego, problem dotyka szczególnie te miasta, które są słabo skomunikowane i oddalone od największych centrów gospodarczych. Choć około 40 proc. Polaków nadal mieszka w małych i średnich miastach, to właśnie te ośrodki kurczą się najszybciej. Głównym problemem, z którym zmaga się coraz więcej gmin, jest właśnie wyludnianie miast, prowadzące do stopniowego starzenia się lokalnych społeczności. W praktyce oznacza to coraz mniej rąk do pracy, niższe wpływy z podatków, zamykane szkoły i likwidowane połączenia autobusowe.
Kto jest liderem wyludniania?
Najszybciej wyludniająca się część Polski to południowo-wschodnie Podlasie, głównie pas gmin położonych na zachód i południowy zachód od Puszczy Białowieskiej. Udział emerytów w liczbie mieszkańców tych gmin sięga 30-40 proc. Według danych GUS – w latach 2004-2020 spadek ludności doszedł w nich do 25-27 proc.
W ostatnich latach do najbardziej wyludniających się powiatów należały: raciborski (województwo śląskie), kłodzki (województwo dolnośląskie), inowrocławski (województwo kujawsko-pomorskie), ostrowiecki (województwo świętokrzyskie) i kędzierzyńsko-kozielski (województwo opolskie).
Problem nie dotyczy jednak tylko mniejszych miejscowości. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego za lata 2002-2023 wyłania się obraz cichego kryzysu demograficznego, który najmocniej uderza w konkretne regiony. Niekwestionowanym liderem tego niechlubnego rankingu jest Łódź. W ciągu nieco ponad dwóch dekad miasto to skurczyło się o blisko 130 tys. osób. To tak, jakby z mapy zniknęło sporej wielkości miasto.
Jednak Łódź nie jest osamotniona. Tuż za nią plasują się duże miasta Górnego Śląska. Katowice w tym samym okresie straciły ponad 46 tys. mieszkańców, a Bytom i Częstochowa po około 44 tys. każda. To pokazuje, że proces wyludniania dotyka również silne ośrodki wojewódzkie i przemysłowe, które nie zdołały utrzymać swojej atrakcyjności w oczach mieszkańców. To właśnie dane Głównego Urzędu Statystycznego za lata 2002-2023 pokazują, że wyludniające się miasta w Polsce to nie tylko małe ośrodki, ale również duże metropolie. Kontrastuje to z sytuacją "wielkiej piątki" – Warszawy, Krakowa, Wrocławia, Trójmiasta i Poznania – które wciąż działają jak magnes, przyciągając ludzi szukających lepszej pracy i perspektyw.
Półwysep Helski znika poza sezonem. Dlaczego polskie miasta pustoszeją?
O ile Łódź i miasta śląskie przodują w liczbach bezwzględnych, zupełnie inny, jeszcze bardziej dramatyczny obraz wyłania się, gdy spojrzymy na procentowy ubytek ludności. Okazuje się, że olbrzymi spadek liczby ludności dotknął turystyczne miejscowości nad Bałtykiem. W ciągu 20 lat Władysławowo straciło aż 37 proc. mieszkańców, Hel 35 proc., a Jastarnia 34 proc. Co to oznacza w praktyce? Te niegdyś tętniące życiem miasteczka zamieniają się w sezonowe osady, które ożywają na kilka letnich miesięcy, a przez resztę roku przypominają miasta-widma.
Skąd bierze się ten problem? Przyczyny są dwie i często nakładają się na siebie: niska dzietność i migracje wewnętrzne. Polacy po prostu mają coraz mniej dzieci, a jednocześnie masowo przenoszą się do największych aglomeracji w poszukiwaniu lepszych zarobków i jakości życia. Co ciekawe, najniższą dzietność często notuje się właśnie w tych największych miastach, które mimo wszystko rosną. Dzieje się tak, ponieważ demograficzną dziurę "łatają" migranci – zarówno z mniejszych polskich miast, jak i z zagranicy. W miastach, które tracą mieszkańców, te dwa negatywne procesy – ujemny przyrost naturalny i odpływ ludności – wzajemnie się napędzają.
Źródło: Portal Samorządowy, Money.pl, Interia