Spór o spółdzielnie mieszkaniowe. Dwoje ministrów pod ostrzałem za zgłoszenie identycznych uwag

Poważne oskarżenia o lobbing w rządzie Donalda Tuska. Sprawa dotyczy nowej ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych i kluczowej zmiany w sprawie kadencyjności zarządów spółdzielni. Wiceminister Tomasz Lewandowski sugeruje, że dwoje ministrów skopiowało te same uwagi od lobbystów.

Osiedle wysokich bloków mieszkalnych otoczonych zielenią. O sporze o spółdzielnie mieszkaniowe przeczytasz na SE Superbiz.
Autor: Szymon Starnawski/Grupa Murator

Niedozwolony lobbing i spór w rządzie?

W rządzie premiera Donalda Tuska zawrzało. "Rzeczpospolita" dotarła do informacji, że wiceminister rozwoju i technologii Tomasz Lewandowski z Nowej Lewicy publicznie zarzucił dwojgu innym członkom rządu, że mogli ulec wpływom lobbystów. Na celowniku znaleźli się minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz z Polski 2050 oraz minister energii Miłosz Motyka z PSL. Sprawa jest poważna, bo dotyczy tworzenia prawa, które ma wpłynąć na życie milionów Polaków mieszkających w spółdzielniach.

Poszło o uwagi do projektu nowej ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych. Najpierw swoje propozycje zmian, liczące dziesięć stron, zgłosił 16 lipca minister Miłosz Motyka, co znalazło swoje miejsce w dokumentach zamieszczonych na stronie Rządowego Centrum Legislacji. Dzień później do tego samego projektu swoje uwagi wniosła minister Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. I tu zaczyna się problem. Jak zauważył wiceminister Tomasz Lewandowski, odpowiedzialny za projekt, uwagi z obu resortów są w wielu miejscach... identyczne.

W oficjalnym piśmie do obojga ministrów odpowiadający za mieszkalnictwo wiceminister Lewandowski nie gryzie się w język. Stawia sprawę jasno, wskazując, że propozycje i ich uzasadnienia są w dużej części tożsame, "nawet nie zmieniono szyku zdań". Nasuwa to uzasadnione przypuszczenie, że ich autorem jest w istocie podmiot zewnętrzny, co może stanowić przejaw niedozwolonego lobbingu w rządzie. To bardzo mocne oskarżenie, które sugeruje, że ktoś spoza administracji mógł napisać ministrom gotowe propozycje przepisów.

Tomasz Lewandowski wskazuje, że propozycje zgłoszone przez oboje ministrów są "zbieżne z postulatami podnoszonymi już w trakcie konsultacji publicznych przez związki rewizyjne spółdzielni mieszkaniowych, a także organizacje zrzeszające członków zarządów spółdzielni".

Z wielkim zaskoczeniem przyjąłem fakt, że przedstawione przez Pana Ministra propozycje są w istocie zbieżne z postulatami podnoszonymi już w trakcie konsultacji publicznych przez związki rewizyjne spółdzielni mieszkaniowych, a także organizacje zrzeszające członków zarządów spółdzielni (...). Środowiska te otwarcie sprzeciwiają się reformie spółdzielczości mieszkaniowej, która jest jednym z kluczowych elementów strategii mieszkaniowej rządu – zauważył Tomasz Lewandowski, który podkreślił też, że aż 7 z 15 uwag, jakie minister energii Miłosz Motyka wniósł do projektu, zgłosiła w następnym dniu minister funduszy i polityki regionalnej, Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz.

MOTYKA O MORAWIECKIM: PRZYBRAŁ MASKĘ!

Wiceminister Lewandowski dodał, że "propozycje zmiany brzmienia przepisów oraz ich uzasadnienie, które zostały zaproponowane (…) w piśmie z 17 lipca, są tożsame z uwagami wniesionymi przez Pana Ministra – w przypadku większości uwag nawet nie zmieniono szyku zdań". Zasugerował przy tym, że można podejrzewać, iż ich autorem jest zewnętrzny podmiot zajmujący się lobbingiem.

Polityk Nowej Lewicy zwrócił się także do Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz wskazując, że są to już trzecie uwagi do rzeczonego projektu, o którym sama minister napisała 8 czerwca bieżącego roku jako o zawierającym "wiele potrzebnych i oczekiwanych zmian porządkujących funkcjonowanie spółdzielni mieszkaniowych".

Tym bardziej ze zdumieniem przyjmuję zgłoszone pismem z 17 lipca 2026 r. przez Panią Minister uwagi podważające zasadność najbardziej istotnych zmian. (…) Podobnie jak Pani Minister uważam, że wpływ grup lobbingowych na projekty ustaw opracowanych przez administrację rządową jest zjawiskiem niebezpiecznym i szkodliwym, które w żadnym przypadku nie powinno mieć miejsca. Z wielkim zaskoczeniem przyjąłem więc fakt, że przedstawione przez Panią Minister propozycje są w istocie zbieżne z postulatami podnoszonymi już w trakcie konsultacji publicznych przez związki rewizyjne spółdzielni mieszkaniowych, a także organizacje zrzeszające członków zarządów spółdzielni – napisał do szefowej Polski 2050 wiceminister Tomasz Lewandowski, prosząc ją o dodatkowe informacje, jeśli autorem propozycji zgłaszanych przez Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej jest podmiot zewnętrzny. 

O co chodzi w nowej ustawie o spółdzielniach mieszkaniowych?

Całe to zamieszanie w łonie rządu Donalda Tuska  ma swoje źródło w projekcie, nad którym Ministerstwo Rozwoju i Technologii pracuje od zeszłego roku. Chodzi o dużą nowelizację przepisów, która ma wreszcie ukrócić patologie i samowolę w części spółdzielni mieszkaniowych w Polsce. Do resortu co roku spływają setki, jeśli nie tysiące skarg od zwykłych ludzi. Narzekają na "beton" w zarządach, brak przejrzystości, utrudniony dostęp do dokumentów i poczucie, że nie mają żadnego wpływu na to, co dzieje się z ich własnymi pieniędzmi i majątkiem.

Najważniejsza i najbardziej kontrowersyjna zmiana, jaką wprowadza nowa ustawa o spółdzielniach mieszkaniowych, to obowiązkowa kadencyjność zarządów spółdzielni. Co to oznacza w praktyce? Zgodnie z rządowym projektem, kadencja członka zarządu nie mogłaby trwać dłużej niż pięć lat. Po tym czasie musiałby on ponownie stanąć do wyborów i uzyskać poparcie członków spółdzielni. Chodzi o to, by skończyć z sytuacjami, w których te same osoby rządzą spółdzielniami przez 20 czy 30 lat, często bez realnej kontroli.

Ten pomysł od początku podzielił środowisko. Z jednej strony są spółdzielcy, którzy od dawna domagają się większej kontroli nad władzami. Dla nich pięcioletnia kadencja to krok w dobrą stronę, choć niektórzy chcieliby pójść jeszcze dalej i ograniczyć ustawowo nie tylko długość, ale i liczbę możliwych kadencji. W tym kontekście wyrażono obawy o to, że projekt legislacyjny resortu rozwoju i technologii nie gwarantuje w odpowiedni sposób praw członków spółdzielni mieszkaniowych. 

Z drugiej strony są sami prezesi i działacze spółdzielni, którzy przekonują, że przymusowa kadencyjność zarządów spółdzielni zdestabilizuje firmy prowadzące długofalowe inwestycje. Twierdzą, że takie zmiany są niepotrzebne, bo członkowie spółdzielni już dziś mogą odwołać zarząd, jeśli tylko zechcą. Chcieliby, żeby wprowadzenie kadencyjności było dobrowolne i zależało od decyzji zapisanej w statucie każdej spółdzielni. I to właśnie za tą drugą opcją opowiedzieli się w swoich uwagach minister Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz i minister Miłosz Motyka.

Ministerstwa poszły na łatwiznę?

Dowodem w sprawie, który przytacza wiceminister Tomasz Lewandowski, jest sam tekst uwag zgłoszonych przez resorty Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz i Miłosza Motyki. W obu pismach kluczowa propozycja dotycząca kadencyjności zarządów spółdzielni brzmi dokładnie tak samo. Ministrowie chcą, by to statut spółdzielni, a nie ustawa, decydował, czy zarząd będzie wybierany na pięcioletnią kadencję. W praktyce osłabia to całą reformę, bo pozostawia decyzję w rękach samych spółdzielni, które często nie chcą takich zmian.

Jeszcze bardziej uderzające jest to, że identyczne jest również uzasadnienie tej propozycji.

Członkowie spółdzielni już obecnie mogą w statucie wprowadzić kadencję zarządu, a właściwy organ może członka zarządu odwołać. Ustawowy przymus kadencyjności nie jest konieczny do osiągnięcia celu kontrolnego, natomiast może destabilizować podmioty prowadzące długofalowe inwestycje i zarządzające znacznym zasobem mieszkaniowym - czytamy w obu dokumentach.

Dyrektor ds. rzecznictwa i rozwoju z Fundacji im. Stefana Batorego Krzysztof Izdebski skomentował sprawę dla "Rzeczpospolitej". 

Najwyraźniej doszło do zastosowania funkcji „kopiuj-wklej”, której nie powinno się tu użyć (...) To kwestia największej wagi, bo przestrzeganie reguł transparentności przy tworzeniu prawa jest bardzo ważne z punktu widzenia budowania zaufania obywateli do państwa - ocenił Krzysztof Izdebski. 

Jak na zarzuty odpowiada resort minister Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz? W przesłanym do mediów oświadczeniu czytamy, że "zbieżność uwag MFiPR i ME świadczy o istotności podniesionych zagadnień" i "tym bardziej przemawia za ich kompleksowym przepracowaniem". Ministerstwo zapewnia, że uwagi są wynikiem jego własnej, szczegółowej analizy, a "wszelkie inne tezy są nieuprawnione".

Oburzenia podejrzliwością wiceministra Tomasza Lewandowskiego nie kryją za to działacze spółdzielniani, którzy raczej nie są zwolennikami obligatoryjnej kadencyjności. 

Zgłosiliśmy swoje uwagi w ramach konsultacji. Jeśli przekonały one ministrów, to bardzo dobrze. Nie ma w tym nic złego, że myślimy podobnie. Takie podejście jest obraźliwe wobec dwojga ministrów - zaznaczył dr Jerzy Jankowski, prezes Związku Rewizyjnego Spółdzielni Mieszkaniowych RP.

Co to oznacza dla milionów spółdzielców?

Cała polityczna burza na szczytach władzy ma bardzo konkretne przełożenie na życie blisko 3,5 miliona rodzin w Polsce. Jeśli propozycje ministrów Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz i Miłosza Motyki wejdą w życie, kluczowa reforma mająca dać mieszkańcom większą kontrolę nad zarządami zostanie mocno osłabiona. Mówiąc wprost: dla wielu osób może nie zmienić się nic.

Najważniejszy postulat reformy, czyli przymusowa kadencyjność zarządów spółdzielni, stałby się jedynie opcją, z której spółdzielnia mogłaby, ale nie musiałaby skorzystać. A jak pokazuje życie, tam, gdzie władza nie chce zmian, dobrowolne rozwiązania po prostu nie działają. Najlepiej podsumowuje to w rozmowie z "Rzeczpospolitą" Adam Rymski z warszawskiego Stowarzyszenia Razem dla Targówka, które walczy o prawa spółdzielców.

Propozycja, by fakultatywnie określać w statucie długość kadencji nic nie zmienia, bo dziś już też możemy to robić. Ograniczona liczba kadencji byłaby sensowniejsza, ale tak naprawdę chodzi nam o to, żeby członkowie spółdzielni mieli większą możliwość odwoływania członków zarządów, a przede wszystkim by była lepsza kontrola nad władzami. Dziś opiera się ona na związkach rewizyjnych i Krajowej Radzie Spółdzielczej, a to są byli prezesi spółdzielni. Dlatego kontrola w naszej ocenie jest iluzoryczna – podkreśla Adam Rymski.

Spór dotyczy też innej ważnej kwestii – prawa wglądu do dokumentów. Rządowy projekt zakłada, że członkowie spółdzielni zyskają łatwiejszy dostęp do umów i faktur, by móc patrzeć władzy na ręce. Co ciekawe, w tej kwestii ministrowie nie są już tak jednomyślni. Minister Pełczyńska-Nałęcz nie kwestionuje większej jawności. Z kolei minister Motyka – znów zgodnie z postulatami części prezesów – chce to prawo ograniczyć, tłumacząc to ochroną tajemnic handlowych.

Cała sytuacja pokazuje, jak trudna jest walka o uzdrowienie polskiej spółdzielczości. Rządowa ustawa o spółdzielniach mieszkaniowych miała być przełomem, ale podejrzenia o lobbing w rządzie kładą się cieniem na całym procesie. Ostateczny kształt przepisów pokaże, czy głos milionów spółdzielców okaże się ważniejszy od interesów wąskiej grupy działaczy.

QUIZ PRL. Od dokwaterowań po wielką płytę. Ile wiesz o mieszkaniach w PRL?
Pytanie 1 z 15
Problem mieszkaniowy w PRL był:
QUIZ PRL. Od dokwaterowań po wielką płytę. Ile wiesz o mieszkaniach w PRL?

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki