Spis treści
Śmieci mniej, a rachunki wyższe. O co w tym chodzi?
Na pierwszy rzut oka to nielogiczne. Od ponad roku oddajemy plastikowe butelki i puszki w sklepach, więc do żółtych worków trafia ich znacznie mniej. Skoro odpadów jest mniej, to opłaty za ich wywóz powinny spadać. Niestety, rzeczywistość okazała się zupełnie inna, a mechanizm finansowania gospodarki odpadami jest bardziej skomplikowany.
Forsal informuje, że zanim wszedł w życie system kaucyjny, gminy zarabiały na naszych śmieciach. Firmy odpadowe wyławiały z całej masy odpadów te najbardziej wartościowe surowce – właśnie butelki PET i aluminiowe puszki – a następnie sprzedawały je recyklerom. Pieniądze z tej sprzedaży pomagały bilansować budżet i utrzymywać opłaty dla mieszkańców na niższym poziomie.
Teraz te "śmieciowe rarytasy" zniknęły z systemu komunalnego. Wprowadzony w 2025 roku system kaucyjny w Polsce, choć miał cele ekologiczne, doprowadził do utraty cennych surowców z gminnych systemów odpadowych. Koszty wywozu i zagospodarowania reszty śmieci pozostały takie same, a nawet rosną, ale zniknęło ważne źródło dochodu. Gminy najpierw ostrzegały, że tak się stanie, a teraz, bez żadnej rekompensaty, muszą łatać dziurę w budżecie.
Kraków, Warszawa, Olsztyn – miasta liczą straty w milionach
To nie są już tylko teoretyczne ostrzeżenia. Istnieją twarde dane, które pokazują skalę problemu. Jak podaje RMF24, krakowskie Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania szacuje, że tylko w pierwszym półroczu 2026 roku ubytek w jego kasie wyniósł 9,5 mln zł. Do sortowni trafiło o połowę mniej surowców niż rok wcześniej. Problem dotyczy całej Polski.
- Warszawa: Stołeczne MPO ocenia, że w tym roku może stracić około 20 mln zł. Do sortowni trafia obecnie o ok. 50 proc. mniej butelek PET.
- Olsztyn: Tamtejszy zakład szacuje stratę na blisko 650 tys. zł po tym, jak masa zbieranych tworzyw sztucznych i metali spadła o 3,5 proc.
Efekt? Ta sytuacja jest bezpośrednią przyczyną zapowiadanej podwyżki opłat za śmieci, która w niektórych miejscach może sięgnąć nawet 30 procent. Dla dużej rodziny oznacza to roczny wydatek wyższy nawet o tysiąc złotych. To wzrost, który według pierwszych szacunków jest dziesięciokrotnie wyższy od obecnej inflacji. Rachunek za ekologię płacimy więc my wszyscy.
ROP rozwiązaniem?
"Fakt" podkreśla, że problem jest na tyle poważny, że dostrzega go już sam rząd. Wiceminister klimatu Anita Sowińska przyznaje: "Dostrzegamy, że po wprowadzeniu systemu kaucyjnego jest mniej czystego surowca w zbiórce gospodarki komunalnej". Samorządy wskazują, że rozwiązaniem jest wprowadzenie przepisów o rozszerzonej odpowiedzialności producenta (ROP). O co chodzi?
W dużym skrócie ROP ma przenieść część kosztów zagospodarowania opakowań na firmy, które wprowadzają je na rynek. Jak tłumaczy Piotr Odorczuk z krakowskiego MPO, "w innych krajach takie opłaty są wysokie i sięgają kilkuset euro za tonę, a w Polsce ich nie ma". Producenci napojów czy innych produktów w opakowaniach musieliby więc dołożyć się do systemu, z którego gminy straciły dochody.
Minister klimatu Paulina Hennig-Kloska zapowiedziała, że projektem w tej sprawie rząd Donalda Tuska zajmie się "lada dzień". Pytanie tylko, kiedy przepisy wejdą w życie. Na razie pewne jest jedno: dziurę w budżetach samorządów załatają mieszkańcy, płacąc wyższe rachunki za śmieci.
Rząd chwali system, a gminy liczą straty
Podczas gdy samorządy alarmują i przygotowują się do podnoszenia opłat, rząd Tuska mimo wszystko ogłasza sukces pierwszej fazy reformy. Administracja rządowa jest na tyle zadowolona z dotychczasowych efektów, że już planuje rozszerzenie systemu kaucyjnego o kolejne opakowania – szklane butelki i kartony po napojach. W planach jest też objęcie obowiązkiem zbiórki mniejszych sklepów, które do tej pory mogły uczestniczyć w systemie dobrowolnie.
Jednak optymizm rządu zderza się z coraz głośniejszym sprzeciwem. Do tej pory niezadowolenie wyrażali głównie klienci, którzy mieli problemy z automatami lub odzyskaniem kaucji. Teraz do tego grona dołączają miliony Polaków, którzy wkrótce zobaczą na swoich rachunkach skutki tej reformy. Zapowiadana przez gminy podwyżka opłat za śmieci staje się potężnym argumentem dla przeciwników systemu kaucyjnego w Polsce.
Sprawa nabiera też wymiaru czysto politycznego. W Sejmie leży już projekt ustawy zakładający likwidację systemu, a zbliżające się wybory parlamentarne sprawiają, że temat staje się niezwykle gorący. Hasło "stop drożyźnie za śmieci" ma ogromny potencjał, by stać się jedną z głównych obietnic wyborczych opozycji. W takiej atmosferze plany rządu dotyczące dalszego rozwoju systemu kaucyjnego stają pod wielkim znakiem zapytania.
System kaucyjny na rozdrożu. Co dalej z kaucją za szkło i kartony?
Wydaje się, że twórcy reformy znaleźli się w pułapce. Z jednej strony chcą iść za ciosem i rozszerzać system, z drugiej – nie mogą ignorować narastającego kryzysu. Pojawiają się co prawda pomysły na drobne usprawnienia, jak wydłużenie czasu na zwrot opakowań, aplikacje mobilne zamiast papierowych kwitków czy ustawianie automatów w bardziej dostępnych miejscach. To jednak kosmetyka, która nie rozwiązuje fundamentalnego problemu.
Żadna aplikacja nie zniweluje bowiem efektu drastycznych podwyżek opłat za śmieci. Zwłaszcza, gdy zbiegają się one z kampanią wyborczą. Obietnica likwidacji systemu, który podnosi rachunki, trafi na wyjątkowo podatny grunt.
W tej sytuacji plany rządu na rozszerzenie systemu kaucyjnego o szkło i kartony mają niewielkie szanse powodzenia i prawdopodobnie zostaną odsunięte w czasie. Trudno sobie wyobrazić, by jakakolwiek partia chciała tuż przed wyborami bronić reformy, którą obywatele wprost kojarzą z wyższymi opłatami. Twórcy systemu kaucyjnego będą musieli wrócić do stołu i tym razem posłuchać głosu samorządów. Szkoda tylko, że nie zrobili tego od razu, bo ostrzeżenia płynęły od samego początku. Reforma, która w założeniu miała służyć ekologii, w obecnym kształcie uderza w najprostszy, domowy budżet.