Hubert Biskupski: Biografii marszałka Piłsudskiego mamy kilka – od klasycznych dzieł prof. Garlickiego czy Urbankowskiego, po rzetelne opracowania naukowe. Ty napisałeś książkę „Złowrogi cień Marszałka”, którą wielu może uznać za paszkwil. Sam tytuł nie pozostawia zresztą żadnych wątpliwości, co do treści i twojego stosunku do bohatera. Po co nam kolejna publikacja o Piłsudskim, i to w takim tonie?
Rafał Ziemkiewicz: To nie jest paszkwil, lecz książka publicystyczna – esej o tym, jaki wpływ wywiera na nas dzisiaj mit Józefa Piłsudskiego. Musiałem mocniej, niż zwykle dociążyć narrację szczegółami, ponieważ wiedziałem, że zamachuję się na wielki autorytet. Mit Piłsudskiego jest literacko bardzo atrakcyjny – to opowieść o wielkim zwycięzcy, „dziadku z wąsami”, który bił bolszewika. Jednak po odzyskaniu niepodległości w 1989 roku okazało się, że ten wzorzec nam po prostu szkodzi. Uważam, że wydobycie prawdy jest dziś w Polsce rzeczą konieczną, bo pewien sposób funkcjonowania, który Piłsudski zdefiniował jako swoje prawo do „najwyższej dyktatury moralnej”, wszedł na stałe w naszą tradycję i uniemożliwia nam normalne życie w wolnym kraju.
Mówisz o „najwyższej dyktaturze moralnej”. To pojęcie kluczowe w Twojej książce, ale też dość abstrakcyjne. Jak przekłada się ono na konkretną politykę?
To przekonanie, że posiada się monopol na moralną rację, a co za tym idzie – prawo do rządzenia ponad prawem stanowionym. Piłsudski przypisywał te wyżyny moralne sobie i swojej formacji jeszcze w czasach PPS-u. W wolnej Polsce doprowadziło to do sytuacji, którą Melchior Wańkowicz w „Kundlizmie” opisał jako przyczynę porażki polskiej niepodległości w latach 20-tych. Wszystkie strony sporu kierowały się poczuciem wyższej racji moralnej, a tam, gdzie wchodzi moralność w takim wydaniu, kończy się polityka. Nie da się wynegocjować kompromisu między dobrem a złem. Jeśli ja uosabiam dobro, a ty zło, to ty musisz po prostu zniknąć. To dziedzictwo wzajemnego „ubijania się moralnego” i odmawiania przeciwnikowi polskości czy prawa do głosu to właśnie ten złowrogi cień.
Nie mam żadnych wątpliwości, że o swojej moralnej wyższości i słuszności przekonany jest Donald Trump, który - tutaj też nie mam wątpliwości – o Piłsudskim nigdy nawet nie słyszał. Ale wróćmy do historii. Twierdzisz, że zamach majowy w 1926 roku był wyrazem egoizmu Piłsudskiego. Ale przecież ówczesny system parlamentarny był niewydolny, rządy zmieniały się jak rękawiczki, krajem targały strajki i protesty, na których krew lała się strumieniami. Może to była jednak troska o państwo?
Polityka nie jest dla ludzi sympatycznych, a Wincenty Witos na pewno nie był miłym panem – wysyłał wojsko przeciwko protestującym w 1923 roku, bo nie było wtedy innych środków tłumienia zamieszek. Jednak Witos dążył do naprawienia demokracji metodami parlamentarnymi, np. poprzez zmianę ordynacji na system D’Hondta, by stworzyć stabilną większość. Chciał też ograniczyć wpływ mniejszości narodowych, które brały nawet 120 mandatów (w wyborach 1922 roku mniejszości zdobyły 89 mandatów w Sejmie i 26 mandatów w Senacie – red.), nie wykazując lojalności wobec państwa. Piłsudski natomiast dążył do jedynowładztwa. Uważał się za reinkarnację Napoleona, za „króla ducha”, który wie najlepiej. Co najdziwniejsze, po zamachu stanu, zamiast wziąć pełną odpowiedzialność, Piłsudski usiłował ją z siebie zrzucić, zamykając się w Generalnym Inspektoracie Sił Zbrojnych. To ewenement – zrobić zamach stanu i nie chcieć rządzić bezpośrednio, tylko sterować z tylnego siedzenia.
Sugerujesz, że rządy sanacji niczego nie naprawiły, niczego nie osiągnęły? Port w Gdyni, unifikacja państwa…
Paradoks polega na tym, że większość rzeczy, z których jesteśmy dumni w dwudziestoleciu, wydarzyła się przed 1926 rokiem: zjednoczenie zaborów, reforma Grabskiego, budowa Gdyni. Nawet COP, symbol lat 30., ruszył pełną parą dopiero po śmierci Piłsudskiego, bo Marszałek z niewiadomych przyczyn nie lubił Eugeniusza Kwiatkowskiego. System sanacyjny nie spełnił nadziei na „uzdrowienie” państwa. Zamiast naprawiać instytucje demokratyczne, które były niedoskonałe i były zbudowane na wzór francuski, postawiono na kult silnego człowieka. To zwichnęło polskie myślenie o polityce na pokolenia. Zamiast kultury republikańskiej, opartej na uznaniu wygranej przeciwnika, mamy bizantyjski model, w którym zwycięzca musi „wymordować rodzinę poprzednika”, by czuć się bezpiecznie.
Piłsudski był wybitnym PR-owcem, potrafił sprzedać swoją „demokratyczną nędzę” żołnierzom, ale jako budowniczy instytucji państwowych zawiódł. Dopóki będziemy szukać „silnego człowieka” zamiast sprawnego państwa, ten cień będzie nad nami wisiał
W twojej narracji Piłsudski jawi się jako postać niemal toksyczna dla polskiej duszy. Ale czy upadek demokracji nie zaczął się wcześniej, przy mordzie na prezydencie Narutowiczu w 1922 roku? To przecież endecja wykreowała atmosferę nienawiści szczując na nowo wybranego prezydenta.
Sprawa Narutowicza jest mocno zmitologizowana. Eligiusz Niewiadomski był człowiekiem chorym psychicznie, co podkreślał nawet założyciel polskiej psychologii, Maurycy Urstein. Niewiadomski wbił się ze swoim szaleństwem w historię, a stronnictwa polityczne zaczęły tym grać. Co ciekawe, Niewiadomski nie miał związków z endecją, był raczej piłsudczykiem z protekcji Sosnkowskiego. Piłsudski po rezygnacji z funkcji Naczelnika Państwa nie potrafił funkcjonować inaczej niż poprzez wymuszanie posłuchu. Jego nienawiść do Sikorskiego zaczęła się m.in. od tego, że Sikorski zdołał opanować zamęt po śmierci Narutowicza, zamiast pozwolić na przejęcie władzy siłą przez Piłsudczyków.
Wspominasz o Sikorskim. To ciekawy wątek, bo przecież on po 1939 roku stał się ikoną anty-sanacji. Czy to on ostatecznie „odbrązowił” Marszałka?
Sikorski przez całe dwudziestolecie był sekowany, siedział i gorzkniał. Kiedy w 1939 roku sanacja zbankrutowała, alianci wyznaczyli go na lidera. Niestety, rządy Sikorskiego na Zachodzie to była czarna karta – czas brutalnych rozliczeń z piłsudczykami. Tworzono obozy dla Polaków, jak ten na Wyspie Węży w Szkocji, gdzie więziono przeciwników politycznych. To była powtórka z Berezy Kartuskiej, tylko w szkockim wydaniu. Doszło nawet do przypadku zamordowania żołnierza przez strażnika. Dopiero po Jałcie i Teheranie, gdy sprawa polska legła w gruzach, nikt nie chciał o tych haniebnych historiach pamiętać. Sanacja zbankrutowała w sensie państwowym, ale Piłsudski przetrwał w pamięci jako mit, bo ludzie oddzielili go od „gnuśnych” następców w rodzaju Rydza-Śmigłego.
Stawiasz śmiałą, żeby nie powiedzieć absurdalną tezę, że duch Piłsudskiego odżył po 1989 roku, a jego spadkobiercą stał się... Adam Michnik. To brzmi jak prowokacja.
Link jest oczywisty: to właśnie wspomniana „najwyższa dyktatura moralna”. „Gazeta Wyborcza” w latach 90. narzuciła model „autorytetów moralnych”, które miały decydować o tym, co jest słuszne, a co nie, niezależnie od demokratycznych procedur. Wprowadzono podział: jeśli jesteś z nami, kierujesz się ideami; jeśli z Wałęsą czy prawicą – jesteś „świnią” goniącą za władzą. To jest dokładnie ta sama delegalizacja przeciwnika, którą stosował Piłsudski.
A co z obecnym konfliktem politycznym? Czy starcie Kaczyński-Tusk to także efekt „cienia Marszałka”?
Absolutnie tak. Obaj liderzy odnieśli sukces, bo uosobili emocje plemienne i klasowe, rezygnując z polityki merytorycznej. Każda ze stron żyje w przekonaniu, że ta druga w końcu „wymrze” jak dinozaury. Patriotyczna strona czeka na „przebudzenie” i rozbicie skorupy, a liberalna wierzy w heglowski determinizm i postęp, który zmiecie „stare babcie z kruchty”. Tymczasem nikt nie znika. Zamiast zajmować się redefinicją celów Ameryki, polskie służby analizują kąt padania słońca na filmach polityków opozycji, by ustalić, gdzie się ukrywają. To jest dramatyczna porażka polskiej myśli politycznej.
Przyjmując twoją narrację, z którą trudno mi się zgodzić, powinniśmy popaść w rozpacz, bo ty twierdzisz, że nie ma ucieczki od złowrogiego cienia.
Potrzebujemy „porozumienia ponad podziałami” – uznania, że spór na szczytach jest nieusuwalny, ale musimy funkcjonować jako wspólnota w obliczu zagrożeń zewnętrznych. Niestety, w Polsce nigdy nie wykształciło się silne centrum, które na Zachodzie przez dekady stabilizowało system. U nas zawsze jest walka na śmierć i życie dwóch obozów. Jak pisał Wilhelm z Tyru o Królestwie Jerozolimskim: „nie możemy znieść naszej choroby, ale jeszcze bardziej nie lubimy lekarstw”. Piłsudski był wybitnym PR-owcem, potrafił sprzedać swoją „demokratyczną nędzę” żołnierzom, ale jako budowniczy instytucji państwowych zawiódł. Dopóki będziemy szukać „silnego człowieka” zamiast sprawnego państwa, ten cień będzie nad nami wisiał.
Rozmawiał Hubert Biskupski