Super Biznes: – Nad Bliskim Wschodem zawisło widmo wielkiej wojny. Rośnie napięcie między USA a Iranem. Coraz więcej mówi się o otwartym konflikcie. Rynek na to zareagował – mamy największy wzrost ceny za baryłkę od października ubiegłego roku. Jak pan przewiduje, o ile jeszcze ta cena może wzrosnąć?
Dr Adam Czyżewski, główny ekonomista ORLEN S.A.: – Wszystko zależy od tego, jak się rozwinie sytuacja. Patrząc na rynek w perspektywie rocznej, mamy dużą nadpodaż ropy. Przewiduje się, że wydobycie wzrośnie dwa razy więcej niż popyt, czyli przyrost globalnych zapasów o dalsze 1,4 mln baryłek dziennie, przy popycie około 0,7–0,8 mln baryłek dziennie. Ropy jest dużo i dlatego cena była niska, zmierzała w kierunku sześćdziesięciu kilku dolarów za baryłkę. Iran wydobywa ok. 3,0 mln baryłek ropy dziennie, więc musiałby praktycznie zaprzestać wydobycia, żeby ceny ropy trwale wzrosły.
– Jak to wyglądało w przeszłości?
12‑dniowa wojna z czerwca ubiegłego roku przyniosła wzrost ceny ropy o 10 dolarów. Rynki w tej chwili wyceniają ryzyko podobnie i stąd widzimy wzrosty cen. Trudno jednak przesądzać, bo nie wiadomo po prostu, jak się sytuacja rozwinie.
– Przyjmijmy, że cena za baryłkę wzrośnie o te 10 dolarów. Jak to się odbije na cenach paliw w Polsce?
– To się nie musi odbić na cenach paliw, bo obecnie na rynkach paliw też mamy przewagę podaży nad popytem i w tej sytuacji trudno rafineriom obciążyć wzrostem cen ropy konsumentów.
Polecany artykuł:
– Ile Iran ma ropy w ogóle i ile tej ropy trafia do Polski?
– Jak już wspomniałem, Iran wytwarza około 3,0 mln baryłek ropy dziennie. Natomiast my mamy kontrakty z Arabią Saudyjską, kupujemy też ropę ze Stanów Zjednoczonych. Nie kupujemy jej z Iranu.
– Załóżmy, że dochodzi do otwartego konfliktu. Iran całkowicie blokuje Cieśninę Ormuz. Co to oznacza dla gospodarki?
– Dzisiaj świat jest dobrze zaopatrzony w ropę z różnych innych źródeł. Myślę więc, że byłby to jedynie szok przejściowy, bez długotrwałych następstw dla gospodarki. Trzeba też wziąć pod uwagę, że Donald Trump często mówi o utrzymaniu niskich cen paliw, dlatego działania administracji USA trzeba postrzegać jako ukierunkowane na ograniczenie turbulencji na rynku ropy. Sytuacja geopolityczna jest poważna, ale nie widzę na horyzoncie wydarzenia, które mogłoby wstrząsnąć gospodarkami.
– Czy wobec tego Polacy mogą spać spokojnie? Nie musimy obawiać się gwałtownych wzrostów cen na stacjach paliw?
– Moim zdaniem tak. Rynki ropy i paliw są obecnie w takiej sytuacji, że ryzykiem jest nadpodaż, a nie brak produktu, co w sytuacji częściowego wyłączenia dostaw zadziała jak bufor. Nie spodziewam się wobec tego ani dużych, ani trwałych skutków cenowych.
Rozmawiał: Mateusz Kobyłka