Spis treści
Kto pisze poprawki do ustaw?
Wszystko zaczęło się od projektu ustawy przygotowanego przez Ministerstwo Rozwoju i Technologii, który ma wprowadzić porządek w spółdzielniach mieszkaniowych. Kiedy dokument trafił do konsultacji, swoje uwagi zgłosiły inne resorty. Dwa z nich, Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej oraz Ministerstwo Energii, przesłały niemal identyczne poprawki.
Sprawę zauważył wiceminister rozwoju i technologii Tomasz Lewandowski, który nie krył zdziwienia. Jak stwierdził, „w przypadku większości uwag nawet nie zmieniono szyku zdań”. Podejrzenia o lobbing w rządzie Donalda Tuska dotyczą minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz oraz ministra energii Miłosza Motyki. To właśnie ich resorty złożyły dokumenty, które wyglądają jak skopiowane z jednego źródła.
Portal fxmag.pl wskazuje, że resort rozwoju, który jest autorem ustawy, podejrzewa, że za poprawkami stoi ktoś z zewnątrz. Najprawdopodobniej lobbyści, którym nie podobają się planowane zmiany i którzy chcą zablokować nowe przepisy. To rodzi fundamentalne pytanie o to, kto tak naprawdę pisze prawo w Polsce – posłowie i ministrowie, czy grupy interesów, które dbają wyłącznie o własne korzyści.
Kadencyjność zarządów w spółdzielniach. Co chce zmienić rząd?
Całe zamieszanie dotyczy jednego, ale za to kluczowego pomysłu – ukrócenia wieloletnich, a czasem wręcz dożywotnich rządów w spółdzielniach mieszkaniowych. Resort rozwoju i technologii chce skończyć z sytuacją, w której prezesi, raz wybrani, trzymają się swoich stanowisk przez dekady, często bez realnej kontroli ze strony mieszkańców.
Rozwiązaniem ma być wprowadzenie kadencyjności. Głównym celem ustawy jest wprowadzenie obowiązkowej, pięcioletniej kadencyjności zarządów we wszystkich spółdzielniach mieszkaniowych. To nie oznacza, że dobry prezes po pięciu latach musiałby odejść. Mógłby zostać wybrany ponownie, ale musiałby znów stanąć do wyborów i uzyskać poparcie spółdzielców. To proste i przejrzyste rozwiązanie, które daje mieszkańcom regularną możliwość oceny pracy zarządu.
I tu właśnie pojawia się problem z poprawkami, które złożyli minister Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz i minister Miłosz Motyka. Ich wersja, choć na pierwszy rzut oka też mówi o kadencyjności, zawiera sprytny haczyk. Zakłada, że kadencyjność będzie wprowadzana tylko wtedy, gdy dana spółdzielnia sama zdecyduje się zapisać to w swoim statucie. W praktyce oznacza to, że obecne zarządy musiałyby same sobie ograniczyć władzę, na co trudno liczyć.
Kto stoi za poprawkami? Gra o władzę i wielkie pieniądze
Skoro poprawki wyglądają na przygotowane poza ministerstwami, to pytanie brzmi: komu mogłoby zależeć na osłabieniu ustawy? Wszystkie ślady prowadzą do samych spółdzielni, a konkretnie do ich zarządów. Dla wielu prezesów i członków rad nadzorczych nowe przepisy to realne zagrożenie utraty wpływów i pieniędzy.
Nie jest tajemnicą, że w tle walki o ustawę o spółdzielniach mieszkaniowych toczy się gra o ogromne pieniądze i utrzymanie stanowisk, które często gwarantują pensje rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie. Zarządy dysponują ogromnymi budżetami, decydują o remontach, inwestycjach i zleceniach wartych miliony. Wprowadzenie obowiązkowej kadencyjności zmusiłoby ich do regularnego zabiegania o poparcie mieszkańców.
Dlatego propozycja, by o kadencyjności decydował zapis w statucie, jest dla nich idealnym wyjściem. Trudno sobie wyobrazić, że zarządy, które od lat rządzą niepodzielnie, dobrowolnie zgodzą się na ograniczenie własnej władzy. To sprawia, że ustawa w takiej formie staje się właściwie martwa, a mieszkańcy nadal nie mają realnego wpływu na to, kto i jak zarządza ich majątkiem.