- Centra danych, na których opiera się AI, zużyły w 2025 roku 448 TWh energii i 4,5 bln litrów wody, a do 2030 roku ich wpływ środowiskowy ma się podwoić.
- Samo AI odpowiada za rosnącą część tego zużycia, gdzie codzienne wnioskowanie (np. generowanie tekstu czy wideo) jest znacznie bardziej energochłonne niż trenowanie modeli.
- Rozwój AI opiera się na niewidzialnej pracy "ghost workers" z Globalnego Południa, często opłacanej zaledwie 1-2 USD za godzinę.
- Ci pracownicy, moderując drastyczne treści, cierpią na traumę psychiczną i są pozbawieni wsparcia, praw pracowniczych oraz możliwości zrzeszania się.
Jaki jest wpływ AI na środowisko. Ukryte koszty technologii
Sztuczna inteligencja, choć wirtualna, ma bardzo realny, fizyczny ślad. Jej kręgosłupem są centra danych, które pochłaniają ogromne ilości energii, wody i lądu. Już w 2025 roku globalne centra danych zużyją około 448 TWh energii, emitując 189 mln ton CO₂ i zużywając 4,5 biliona litrów wody. To jednak dopiero początek. Prognozy na 2030 rok wskazują, że globalne centra danych mogą odpowiadać za blisko 3 proc. światowego zapotrzebowania na prąd, a ich zużycie wody wzrośnie do 9,3 biliona litrów.
Sama technologia AI odpowiada za coraz większy kawałek tego „energetycznego tortu”. Jej udział w zużyciu energii przez centra danych ma wzrosnąć z 20 proc. w 2025 roku do 40 proc. w roku 2030. Co ciekawe, choć trening modeli jak GPT-4 jest niezwykle energochłonny, to aż 80-90 proc. całkowitego zużycia energii przez AI generuje codzienne użytkowanie, czyli odpowiadanie na nasze zapytania. Pojedyncze polecenie tekstowe w ChatGPT zużywa ok. 0,42 Wh, ale wygenerowanie krótkiego wideo to już ponad 415 Wh. Do tego dochodzi kolejny problem: do 2030 roku infrastruktura AI może generować nawet 2,5 mln ton elektrośmieci rocznie.
Kim są cyfrowi pracownicy i dlaczego ich praca to „cyfrowy sweatshop”?
Zaawansowane algorytmy nie uczą się same. Za rozwojem zaawansowanych modeli AI stoi masowa, nisko opłacana praca tzw. „ghost workers” z Globalnego Południa, których warunki zatrudnienia określa się mianem „cyfrowych sweatshopów”. To niewidzialna armia ludzi z Kenii, Indii, Kolumbii czy Filipin, którzy wykonują powtarzalne zadania, takie jak oznaczanie danych i moderacja treści dla gigantów technologicznych.
Warunki ich pracy są dramatyczne. Stawki często wynoszą zaledwie 1-2 dolary za godzinę, podczas gdy firmy outsourcingowe otrzymywały od OpenAI nawet 12,50 USD za godzinę pracy jednego pracownika. Zatrudnienie jest niestabilne, a konta pracowników bywają blokowane bez ostrzeżenia i wypłaty zarobionych środków. Największym kosztem jest jednak trauma psychiczna. Moderatorzy treści są zmuszani do wielogodzinnego oglądania drastycznych materiałów, w tym morderstw, tortur czy wykorzystywania dzieci. Prowadzi to do zespołu stresu pourazowego (PTSD), stanów lękowych i depresji. Jednocześnie są oni krępowani umowami o poufności, które uniemożliwiają szukanie pomocy, a próby zrzeszania się w związki zawodowe kończą się zwolnieniami i wpisaniem na czarne listy.
Prawdziwy koszt AI to wyzwanie dla biznesu i społeczeństwa
Obraz sztucznej inteligencji, jaki wyłania się po analizie jej zaplecza, jest daleki od idealistycznej wizji czystej technologii. Z jednej strony mamy do czynienia z rosnącym, niezrównoważonym obciążeniem dla środowiska i coraz większym wyzwaniem energetycznym dla całego świata. Z drugiej – z modelem biznesowym opartym na ukrytym wyzysku tysięcy ludzi, których praca jest kluczowa dla działania AI, ale jednocześnie spychana na margines i okupiona zdrowiem psychicznym.
Te dwa filary – ekologiczny i ludzki – składają się na prawdziwy, często pomijany, koszt rozwoju AI. To cena, którą płaci nie tylko planeta, ale także najbardziej wrażliwe grupy społeczne. Dalszy rozwój tej techologii wymaga zastanowienia się, czy obecny model jest akceptowalny.