Fałszowali polskie obligacje i akcje. Szajkę rozpracował Scotland Yard

Polskie obligacje, brytyjskie bony i akcje warte ogromne pieniądze. Międzynarodowa szajka fałszerzy miała ambitny plan, ale na jej trop wpadł Scotland Yard. Śledztwo szybko dotarło do Warszawy, a kulisy tej historii brzmią jak scenariusz kryminału. Tak podrabiano papiery wartościowe przed wojną.

  • W burzliwym okresie II RP, gdzie papierowe obligacje stanowiły majątek, międzynarodowa siatka fałszerzy podjęła próbę oszukania systemu na gigantyczną skalę.
  • W 1934 roku, w filmowej akcji, polskie służby i Scotland Yard rozbiły grupę podrabiającą kluczowe polskie obligacje stabilizacyjne oraz zagraniczne papiery wartościowe.
  • Odkryj kulisy śledztwa, infiltracji agentów i dowiedz się, jaki jeden, pozornie drobny szczegół mógł pogrążyć całą operację fałszerzy.

W świecie finansów II RP papier potrafił znaczyć znacznie więcej, niż ważył. Elegancka karta pokryta ornamentami, numerami, podpisami i urzędowymi znakami mogła reprezentować oszczędności całego życia. Obligacje skarbowe i inne papiery wartościowe były materialnym dowodem tego, że ktoś pożyczył pieniądze państwu albo zainwestował kapitał i miał prawo oczekiwać jego zwrotu wraz z należnymi odsetkami.

Właśnie dlatego były atrakcyjne również dla fałszerzy. Nie musieli podrabiać worków monet ani stosów banknotów. Wystarczyło stworzyć dokument dostatecznie wiarygodny, by ktoś uznał go za autentyczny i zapłacił za niego prawdziwymi pieniędzmi.

Jedna z najbardziej filmowych historii tego rodzaju wybuchła wiosną 1934 r. Jej ślady odnajdujemy w przedwojennej prasie. 11 kwietnia gazety informowały o współpracy policji warszawskiej ze Scotland Yardem w sprawie międzynarodowej grupy podejrzewanej o fałszowanie obligacji państwowych i innych papierów wartościowych. Doniesienia mówiły o 7-procentowych obligacjach polskiej pożyczki stabilizacyjnej, akcjach brytyjskiej spółki Lena Goldfields, brytyjskich bonach państwowych, dolarach, a także fałszywych znaczkach opłat stemplowych i ubezpieczeniowych.

To nie była więc historia o kilku nieudolnie skopiowanych dokumentach. Policja patrzyła na sieć przekraczającą granice państw.

Polska pożyczka, którą znano w Londynie i Nowym Jorku

Wybór celu nie był przypadkowy. 7-procentowa pożyczka stabilizacyjna z 1927 r. należała do najważniejszych zagranicznych zobowiązań II RP. Polska uzyskała wówczas 62 mln dolarów i 2 mln funtów szterlingów, przede wszystkim po to, by wzmocnić stabilizację złotego. Papiery tej pożyczki funkcjonowały na zagranicznych rynkach finansowych, a ich kurs był notowany m.in. w Nowym Jorku.

Według oficjalnego zestawienia długu państwowego na 1 lipca 1930 r. samo zadłużenie z tytułu 7-procentowej Pożyczki Stabilizacyjnej 1927 wynosiło w części amerykańskiej 55,8 mln dolarów. Były to zatem papiery stojące za realnym i ogromnym zobowiązaniem państwa.

Dla fałszerza taki dokument miał jedną niezwykle cenną właściwość: jego nazwa brzmiała wiarygodnie. Kupujący nie otrzymywał obietnicy od anonimowego hochsztaplera. Na papierze widział zobowiązanie Rzeczypospolitej.

Przyjechali do Londynu z kuframi. Policja już na nich czekała

Akcja miała scenariusz, którego nie powstydziłby się przedwojenny kryminał. Prasa podawała, że Icek Jakub Najmark, Benjamin Turek i Edward Popielec znaleźli się w kręgu brytyjskiego śledztwa. Gdy podejrzani przyjechali do Londynu, policja miała już wiedzieć o ich podróży.

Co szczególnie znamienne, służby celne w porcie Harwich otrzymały polecenie, aby nie zatrzymywać ich od razu. Mężczyzn przepuszczono dalej, a następnie objęto nadzorem. Gazety pisały o kufrach pełnych papierów wartościowych. Przy trzech obywatelach polskich ujawniono też tysiące arkuszy podrobionych brytyjskich znaczków ubezpieczeniowych. Sprawą zajmował się londyński sąd, a przedstawiciele Scotland Yardu przyjechali do Warszawy po dalsze materiały.

Brytyjskie i polskie władze musiały nawet rozstrzygać, gdzie podejrzani powinni stanąć przed sądem. W Londynie odbyła się konferencja z udziałem przedstawicieli Scotland Yardu oraz resortów spraw wewnętrznych i zagranicznych, podczas której rozważano kwestię ekstradycji członków grupy zatrzymanych w Warszawie.

Historia przestała być lokalną aferą. Zrobiła się z niej sprawa międzynarodowa.

Fałszywe obligacje na 50 tys. funtów. Prasa pisała nawet o milionie

W pierwszych dniach po ujawnieniu afery informacje były sensacyjne i – co ważne – nie zawsze zgodne. Przedwojenne gazety przyznawały, że londyńskie dzienniki podają różne liczby. Jedne pisały o sfałszowanych papierach wartościowych za 250 tys. funtów, inne podawały nawet 1 mln funtów. Wśród dokumentów wymieniano obligacje 7-procentowej polskiej pożyczki stabilizacyjnej o wartości 50 tys. funtów.

To właśnie w tym miejscu trzeba jednak oddzielić sensacyjne depesze pisane na gorąco od tego, co ujawniono później.

Rok później, relacjonując proces w Warszawie, „Dziennik Bydgoski” pisał, że członkowie grupy proponowali maklerom giełdowym kupno fałszywych obligacji polskiej pożyczki stabilizacyjnej, lecz nie zdążyli wprowadzić tych papierów do obiegu. To istotna różnica. Nie mamy więc podstaw, by twierdzić, że inwestorzy masowo kupowali te konkretne falsyfikaty i tracili na nich majątki. Wiemy natomiast, że według ówczesnych relacji fałszywe papiery zostały przygotowane, miały znaleźć nabywców, a oferta trafiła do maklerów.

Plan został zatrzymany, zanim doszedł do finału.

Agent zamieszkał z podejrzanym przy Siennej

Dopiero podczas procesu wyszedł na jaw jeden z najbardziej zaskakujących wątków całej afery. Według relacji „Dziennika Bydgoskiego”, brytyjski wywiadowca o nazwisku Markham, miał zdobyć zaufanie Neumarka do tego stopnia, że zamieszkał razem z nim przy ulicy Siennej w Warszawie.

Pod jednym dachem z człowiekiem znajdującym się w kręgu podejrzeń agent miał obserwować działalność grupy i zbierać informacje. W śledztwie pojawiły się następnie nazwiska kolejnych warszawskich współpracowników. Policja przeprowadziła rewizję w zakładzie litograficznym „Merkury” przy ulicy Przejazd, gdzie – według przedwojennej relacji – znaleziono obciążające materiały.

Był to szczególnie niebezpieczny rodzaj przestępczości. Fałszerstwo papierów wartościowych wymagało nie tylko człowieka gotowego sprzedać falsyfikat, lecz także zaplecza umożliwiającego stworzenie dokumentu, który wytrzyma choćby pobieżne oględziny kupującego.

Jeden szczegół mógł zdradzić falsyfikat

Gdy wiadomość o fałszywych obligacjach przedostała się do opinii publicznej, warszawskie banki zaczęły pytać Londyn, jak odróżnić podróbkę od oryginału. Prasa z 9 kwietnia 1934 r. podawała, że bankom przekazano wskazówkę dotyczącą stempli emisyjnych z godłem państwowym i napisem „Rzeczpospolita Polska”. To właśnie ich wygląd miał pozwalać na rozpoznanie falsyfikatów pożyczki stabilizacyjnej.

Dla współczesnego odbiorcy może to brzmieć niemal archaicznie. Dziś wiele instrumentów finansowych istnieje wyłącznie jako zapis elektroniczny. W II RP papiery wartościowe rzeczywiście były jednak papierami – fizycznymi dokumentami, których wygląd, oznaczenia i zabezpieczenia decydowały o zaufaniu właściciela.

Fałszerz musiał więc stworzyć nie tylko druk. Musiał stworzyć wiarygodność.

Akcje, bony, obligacje. Podrabiano wszystko

Afera pokazuje zarazem, że przestępcy nie przywiązywali się do jednego rodzaju dokumentu. W materiałach z 1934 r. obok polskich obligacji pojawiają się akcje Lena Goldfields, brytyjskie bony państwowe, dolary oraz urzędowe znaczki. Jedna grupa mogła więc celować w kilka segmentów finansowego obrotu jednocześnie.

Mechanizm był podobny: papier miał przekonać drugiego człowieka, że przedstawia określoną wartość.

To również tłumaczy, dlaczego fałszerstwo papierów wartościowych traktowano w II RP niezwykle poważnie. Kodeks karny z 1932 r. umieścił takie przestępstwa w tym samym rozdziale co fałszowanie pieniędzy. Art. 175 przewidywał za podrabianie lub przerabianie pieniądza karę więzienia nie krótszą niż dwa lata, a przepis stosowano także do dokumentów na okaziciela zobowiązujących do wypłaty kapitału, odsetek czy udziału w zyskach albo potwierdzających uczestnictwo w spółce. Z kolei za świadome puszczenie takiego papieru w obieg, przyjęcie go w tym celu, przewożenie lub przechowywanie art. 177 przewidywał karę do 10 lat więzienia.

Warszawska drukarnia, londyńska policja i wyrok

Śledztwo zakończyło się przed sądem. Według relacji opublikowanej w maju 1935 r. po dwudniowej rozprawie Czapnik i Drabinka zostali skazani na dwa lata więzienia, a Cukier na pół roku z zawieszeniem wykonania kary na dwa lata. Sprawę Szmula Lewentina wyłączono z powodu jego choroby. Nie wszystkie wielkie afery II RP kończyły się więc sceną, w której oszust znikał z walizką pieniędzy, a poszkodowany zostawał z bezwartościowym świstkiem w dłoni. Czasem policja pojawiała się wcześniej.

W tej historii fałszywe obligacje miały już wyglądać jak prawdziwy majątek. Maklerzy mieli znaleźć dla nich miejsce na rynku. Po drugiej stronie czekali potencjalni kupujący. Zabrakło tylko ostatniego kroku – chwili, w której falsyfikat przeszedłby z ręki do ręki i został opłacony prawdziwymi pieniędzmi.

I być może właśnie dlatego ta afera tak dobrze pokazuje finansowe oszustwa II RP. Najgroźniejszą bronią fałszerza nie była prasa drukarska ani litograficzna klisza. Było nią przekonanie człowieka stojącego po drugiej stronie stołu, że papier, który trzyma w ręku, naprawdę jest wart tyle, ile na nim napisano.

Wojciech Balczun, minister Aktywów Państwowych [IMPACT 2026]
QUIZ od PRL do kapitalizmu. Balcerowicz, bezrobocie, kuroniówka. Jak dobrze znasz polską transformację?
Pytanie 1 z 10
Kiedy wprowadzono Plan Balcerowicza?
Tak zmienił się Leszek Balcerowicz od czasu planu Balcerowicza

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki