- Etat przestaje być domyślnym modelem zatrudnienia, stając się jedną z wielu form współpracy, obok kontraktów projektowych i freelancingu.
- Firmy coraz częściej potrzebują ekspertów do konkretnych, krótszych projektów, a nie na pełen etat, co zwiększa elastyczność i dostęp do specjalistycznych kompetencji.
- Wysoko wykwalifikowani eksperci i menedżerowie współpracują jednocześnie z kilkoma firmami, dzieląc czas, co zapewnia im większą niezależność, a firmom elastyczność.
- Kluczowe jest wypracowanie systemu zapewniającego pracownikom projektowym minimalne bezpieczeństwo, w tym dostęp do opieki zdrowotnej i systemu emerytalnego.
Etat to już nie jedyna opcja. Czym jest gig economy?
Przez lata umowa o pracę była synonimem stabilizacji i zawodowego bezpieczeństwa. Ten model jednak powoli się zmienia. Zamiast wieloletniej współpracy z jedną firmą, coraz częściej pojawiają się konkretne projekty z jasno określonym celem i terminem. To właśnie gig economy, czyli model elastycznej pracy, który rewolucjonizuje polski rynek pracy i dotyka coraz więcej branż, a nie tylko IT czy marketingu.
Zdaniem ekspertów to nie tyle koniec etatu, co jego głęboka transformacja. Umowa o pracę przestaje być jedynym słusznym wyborem, a staje się jedną z kilku opcji obok kontraktów B2B czy freelancingu. Skąd ta zmiana?
– Gig economy nie jest buntem przeciwko etatowi, lecz odpowiedzią na rosnącą zmienność biznesu. W dobie powszechnego wykorzystania sztucznej inteligencji firmy coraz rzadziej będą potrzebowały określonych kompetencji w trybie 40 godzin tygodniowo przez cały rok – wyjaśnia cytowany przez forsal.pl Krzysztof Inglot, ekspert rynku pracy z agencji zatrudnienia Personnel Service. – Zamiast tego wzrośnie zapotrzebowanie na intensywną, ale krótszą pracę przy konkretnych projektach, wdrożeniach czy sytuacjach kryzysowych. Coraz częściej organizacje będą też sięgać po ekspertów na dwa lub trzy dni w tygodniu, zamiast zatrudniać ich na pełen etat – dodaje w rozmowie z portalem Inglot.
Gig economy: dla kogo jest nowa forma pracy?
Rewolucja na rynku pracy dotyka dwie skrajnie różne grupy zawodowe. Z jednej strony są to wysoko wykwalifikowani specjaliści i menedżerowie, a z drugiej – osoby wykonujące proste, usługowe zadania. W przypadku tych pierwszych, zwłaszcza w IT, marketingu czy cyberbezpieczeństwie, popularność zdobywa model „fractional work”. Zamiast zatrudniać dyrektora na pełen etat, firmy wolą „wypożyczyć” go na jeden lub dwa dni w tygodniu. Daje to firmom dostęp do unikalnych kompetencji bez generowania wysokich kosztów stałych, a ekspertom – większą swobodę i wyższe zarobki.
Zupełnie inaczej wygląda to w przypadku kierowców, kurierów czy pracowników serwisowych. Dla nich gig economy znacząco obniża próg wejścia na rynek pracy, ale jednocześnie prowadzi do jego coraz wyraźniejszej polaryzacji. Obok droższych, ale stabilnych pracowników etatowych, rośnie grupa elastycznych „gigersów”, którzy odpowiadają na sezonowe skoki zapotrzebowania, np. w logistyce i e-commerce. Największym wyzwaniem pozostaje tu jednak brak zabezpieczeń socjalnych, takich jak dostęp do opieki zdrowotnej czy systemu emerytalnego.
Przyszłość rynku pracy: etat zostanie, ale się zmieni
Firmy, zamiast walczyć z nowym trendem, próbują go oswoić. Coraz więcej dużych organizacji tworzy wewnętrzne platformy projektowe. Dzięki nim pracownicy etatowi mogą zgłaszać się do dodatkowych zadań w innych działach, łącząc stabilność etatu z elastycznością, jakiej oczekują.
– To próba pogodzenia stabilności etatu z elastycznością. Firmy, które nie zaoferują takiej możliwości, ryzykują, że same staną się kuźnią freelancerów, czyli wyszkolą ludzi, którzy po prostu odejdą na własną działalność – tłumaczy Krzysztof Inglot.
Etat więc nie zniknie, ale zmieni swoją pozycję. Stanie się opcją wybieraną tam, gdzie kluczowe są lojalność, długofalowe relacje i wiedza, której nie da się pozyskać w modelu projektowym.
– Rynek pracy przestaje być jednolity. Wchodzimy w erę wyboru modeli, a nie jednego obowiązującego schematu. I to jest dobra wiadomość zarówno dla firm, jak i dla pracowników, o ile zmiany te nadążą za systemem zabezpieczeń społecznych – podsumowuje Krzysztof Inglot z Personnel Service.
Źródło: Forsal.pl